Tomasz Majewski dla portalu TVP.Info. W Las Vegas odbywa się w niedzielę inauguracyjna impreza Enhanced Games określana powszechnie jako „igrzyska koksiarzy”. Startujący mogą brać udział w zawodach po stosowaniu środków zakazanych w sporcie profesjonalnym. – Mogą się nakoksować, „naćpać kokainą po uszy”, ale z Usainem Boltem pewnie nie wygrają, bo po prostu nie. To nie ten materiał ludzki – mówi portalowi TVP.Info Tomasz Majewski, dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą. Enhanced Games, co można tłumaczyć jako „wzmocnione igrzyska”, wymyślił Christian Angermayer. To niemiecki przedsiębiorca z branży biotechnologicznej. Odniósł ogromny sukces, portfel ma przepastny i może się bawić. A trzeba przyznać, że bawi się w wyrafinowany sposób.Jest pewny, że z dopingiem będzie jak psychodelikamiW wywiadzie dla dziennika „The Guardian” Angermayer przyznaje, że posiada największą na świecie głowę triceratopsa i próbuje znaleźć sposób na umieszczenie jej w swoim mieszkaniu w Londynie. Na pytanie, za ile ją kupił, odpowiada, że „sam” ją znalazł.Czytaj także: Nie boją się Messiego i Yamala. „Plany może pokrzyżować Trump”– Mam swoich łowców nagród. Nie chcę mówić, jakie są moje koszty. Ale mam też T-Reksa. Tylko nie wiem, gdzie go postawić, więc zamierzam go sprzedać za około 40 mln dol. – stwierdza pomysłodawca „igrzysk koksiarzy”, jak określa się imprezę w Las Vegas.Angermayer działa więc z rozmachem i wbrew powszechnym stereotypom. Do miejsca, w którym dziś jest, dotarł jako jeden z prekursorów wykorzystywania substancji psychodelicznych w leczeniu zaburzeń psychicznych i depresyjnych.Jeszcze nie tak dawno temu takie podejście wzbudzało wiele kontrowersji. Ale dziś jest to najnowszy nurt w leczeniu i nikogo nie szokuje. Niemiecki biznesmen uważa, że tak samo będzie z jego „igrzyskami”. Jest o tym święcie przekonany.„Wiem, że mam rację”– Wiem, że mam rację. Nie mogłem się tego doczekać. Tylko ludzie, którzy nie rozumieją, co robimy, albo czerpią zyski z dobrodziejstw MKOl, nie rozumieją. To my jesteśmy dobrzy. Naprawdę w to wierzę. Jestem o tym głęboko przekonany – mówi „Guardianowi”.O komentarz do kolejnej już – jak się okazuje – kontrowersyjnej idei Angermayera poprosiliśmy Tomasza Majewskiego, dwukrotnego mistrza olimpijskiego z Pekinu i Londynu, mistrza Europy z Barcelony, wicemistrza świata z Berlina. Dziś Majewski jest wiceprezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.Nie nazywajmy Enhanced Games sportem– To jest wypaczenie sportu. Czytałem, że to niby ma być pod kontrolą naukową i lekarzy, tylko – to nie w tę stronę. W lekkoatletyce mieliśmy podobne próby. W połowie lat 70. ubiegłego wieku Michael F O’Hara miał zawodową grupę amerykańskich sportowców, którzy też bez kontroli startowali i oni rzeczywiście uzyskiwali lepsze rezultaty w tamtym czasie niż rekordy świata. Tylko to była impreza pokazowa – ocenia polski mistrz.Majewski nawiązuje do prób innego biznesmena sprzed dekad, który chciał sport olimpijski wyjąć z ram amatorskich, by wprowadzić rywalizację o wysokie nagrody finansowe. Koniec końców O’Hara zwinął swój biznes, ale zawodowstwo, marketing i pieniądze w lekkoatletyce stały się później czymś normalnym. Tyle tylko, że dalej mówiono o sporcie, bo – zdaniem Majewskiego – w przypadku Enhanced Games nie można używać tego określenia, bo zawodowy sport to zupełnie coś innego i polega na zapewnieniu „równości startu”.– Sport ma ileś założeń, które muszą zostać spełnione i tak brzmi teoria sportu. Tutaj mamy zaprzeczenie równości startu. Mamy mieć równość szans, rywalizowania w podobnych warunkach. Cały system kontroli dopingowej opiera się też na tym, że to nie jest tak, że to są wszystko szkodliwe rzeczy, bo nie są. Ale niewłaściwe albo nieumiejętne ich używanie może być szkodliwe. Niektóre rzeczy są zakazane dlatego, że nie wszyscy mają do nich dostęp, np. do niektórych metod wspomagania. Są zakazane ze względu na nierówną dostępność – tłumaczy Majewski i podaje przykład z igrzysk w Soczi.– Część rosyjskich sportowców wdychała gaz szlachetny ksenon. Nikt nie udowodnił, jak to pomaga i czy pomaga, ale zabroniono tej metody ze względu na to, że nie wszyscy mieli takie możliwości. I do tej pory nikt nie udowodnił, jaki to miało niby pozytywny wpływ. To się też na tym opiera, że czasami musimy wyrównywać te szanse – podkreśla były sportowiec.Doping a konsumpcja alkoholuAngermayer nie osiągnąłby swoich sukcesów, gdyby nie był obdarzony wieloma talentami, w tym umiejętnością popierania swoich idei argumentami. W rozmowie z „Guardianem” również je prezentuje. Mówi, że na wspomagaczach ciążą „legendy miejskie”. Przekonuje, że sportowcy i tak stosują doping, a ci, którzy wpadają, stanowią ułamek. Twierdzi, że skoro ludzkość dopuszcza konsumpcję alkoholu, który jest substancją prowadzącą do zgonów, to dlaczego zabraniać stosowania leków w sporcie?Angermayer ma też odpowiedź, gdy padają pytania o Niemcy Wschodnie, państwowy program stosowania dopingu i pozew, jaki niektórzy sportowcy wytoczyli firmom farmaceutycznym w 2005 r.– Niemcy Wschodnie podawały to dzieciom bez ich zgody, bez ich wiedzy, i nie były to leki zatwierdzone przez FDA (amerykańska rządowa Agencja Żywności i Leków – przyp. red.). Nie można tego porównywać – odpowiada.Przesuwanie granic i wrota do nadużyćMożna przyznać mu rację, tylko Angermayer w swojej odpowiedzi pomija jedną rzecz. Konsekwencje – te byłyby różne, nawet gdyby środki miały zatwierdzenie państwowych instytutów i były dozwolone. Sam punkt wyjścia w takim myśleniu otwiera nie furtkę, a wrota do nadużyć. A takimi byłyby potencjalnie szkodliwe dla zdrowia poszukiwania dojścia do zamienników, przechytrzenia konkurencji itd. Innymi słowy – jeśli jedna granica zostałaby przesunięta, to i tak znajdą się tacy, którzy będą ją przekraczać. A to, co za nią by znaleźli, mogłoby się dla nich źle skończyć.– W sporcie jest tak, że jeżeli zazwyczaj ludziom coś pomaga, to rzadko mają hamulce. Po coś te reguły są ustalone. Głównie są po to, żeby ludzie się nie pozabijali, bo do tego – właściwie – można by to sprowadzić. To nie jest tak, że doping wprost zabija. To są, generalnie, leki. Ale długotrwałe stosowanie rzeczywiście jest szkodliwe, na co mamy dziesiątki, setki przykładów. Sama idea sportu jako czystej i równej rywalizacji ma się nijak do tego eventu – mówi Majewski i odnosi się do argumentu o powszechnej dostępności alkoholu:„Wszystko można racjonalizowa攄Ale co ma piernik do wiatraka, jak alkohol też jest zakazany w sporcie jako środek zaburzający czystość rywalizacji. Wszystko można zracjonalizować. Można najgłupsze rzeczy wymyślać i mamy to. Freakfighty i wszystkie odmiany – to nie jest sport. To jest show. Ludzkość potrzebuje show, tylko nie mówmy, że to jest sport. To jest przedsięwzięcie czysto marketingowe i myślę, że się nie powiedzie w dłuższym czasie”.Wszystkie konkurencje podczas „igrzysk koksiarzy” odbędą się w niedzielę 24 maja, choć imprezy towarzyszące trwają od piątku. Na potrzeby wydarzenia wybudowano w Resort World w Las Vegas arenę na 2500 miejsc. Udział w zawodach weźmie 42 uczestników. Na koniec imprezy zagra pochodząca z Las Vegas grupa The Killers.Konkurencji jak na lekarstwoZaplanowano niewielką liczbę konkurencji – pływanie ( 50 i 100 m st. dowolnym i motylkiem), bieg na 100 m, podnoszenie ciężarów (dwubój), strongmani (martwy ciąg).– Ile oni będą razy się ścigać? Raz, dwa? Widziałem, że część to pojedynki strongmanów. Z tej lekkiej to są właściwie tylko sprinty. Jeśli to ma im się powieść, to oni muszą rzeczywiście startować lepiej niż rekordy świata. To jest bardzo trudne. Rekordy są wyśrubowane. Oni się mogą nakoksować, „naćpać kokainą po uszy”, ale z Usainem Boltem pewnie nie wygrają (RŚ na 100 m 9,58 s – przyp. red.), bo po prostu nie. To nie ten materiał ludzki. Możesz być talentem, ale nie jesteś takim talentem – ocenia Majewski.Angermayer położył na stole całkiem spore pieniądze. Zawodnicy dostali roczne stypendia. Przekraczające kilkukrotnie to, na co można liczyć w rodzimych federacjach sportowych. Jest też bonus za występ. Łącznie na nagrody w danej konkurencji przeznaczono 500 tys. dol., przy czym zwycięzca zgarnia 250 tys. dol. Dodatkowo, jeśli najlepszy pobije rekord świata – wtedy dostaje ekstra 250 tys. dol. Ale dla dwóch koronnych dystansów – 50 m stylem dowolnym i w sprincie na 100 m – pobicie rekordu świata wyceniono na milion dolarów.Udział w imprezie weźmie kilkunastu pływaków z przeszłością olimpijską, w tym Brytyjczyk Ben Proud, srebrny medalista na 50 metrów stylem dowolnym na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Do basenu wskoczą też Ukrainiec Andrij Goworow, rekordzista świata na 50 metrów stylem motylkowy oraz były australijski mistrz świata na 100 metrów stylem dowolnym James Magnussen. Będzie też uczestniczka z Polski Natalia Fryckowska.W zasadzie w pływaniu najłatwiej o pobicie rekordów świata, bo takie próby już podejmowano, więc trudno spodziewać się, aby osiągnięte wyniki wzbudzały ekscytację publiki.Na bieżni największą gwiazdą jest Fred Kerley, mistrz świata na 100 m z 2022 r. ze Stanów Zjednoczonych z rekordem życiowym 9,76 s.Droga w jedną stronę– Aż tylu sportowców nie przyciągnęli – uważa Majewski. – W sporcie musi być też masowość. Tutaj tej masowości nigdy nie będzie, bo on (Angermayer) nie znajdzie tylu dobrych zawodników, którzy się na to zgodzą. To zazwyczaj są emeryci sportowi. Tam aż takich pieniędzy nie ma, żeby gwiazdy przyciągnąć – dodaje wiceprezes PZLA.Uczestnicy będą mogli stosować wspomagacze zatwierdzone przez FDA, ale zakazane w profesjonalnym sporcie przez Światową Agencję Antydopingową (WADA). Chodzi o: testosteron i anaboliki, takie jak metenolon i nandrolon. Hormony i czynniki wzrostu, takie jak ludzki hormon wzrostu i EPO. Modulatory metabolizmu, takie jak meldonium, oraz stymulanty, w tym Adderall.– Ludzie jednak potrzebują zasad, bardziej szanują normalną rywalizację – igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata. Część sobie fajnie zarobi, ale łatki dopingowicza już się nie można pozbyć. To jest ruch w jedną stronę. Jak już raz się tam wystartuje, to właściwie powrotu do normalnego sportu nie ma. I tak to trzeba traktować jako wydarzenie, pokaz, show, a nie jako rywalizację sportową – podsumowuje Tomasz Majewski.