To zaskoczyło wszystkich. W połowie ubiegłego tygodnia pojawiła się informacja o odwołaniu wysłania czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski. Jako pierwsze opisały to amerykańskie media branżowe zajmujące się wojskowością. Kilka godzin później wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywał na platformie X, że sprawa Polski nie dotyczy. Szybko okazało się jednak, że dotyczy jak najbardziej, chodziło o żołnierzy z 2. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej, będącej częścią 1. Dywizji Kawalerii. Co istotne, ta informacja zaskoczyła praktycznie wszystkich. Nie tylko polski rząd i kancelarię prezydenta, ale także europejskich sojuszników, a nawet samych amerykańskich żołnierzy, którzy przygotowywali się już do przyjazdu do Polski. Część sprzętu została zresztą wcześniej przetransportowana do Europy.Gaszenie dyplomatycznego pożaruDecyzja Donalda Trumpa spotkała się z krytyką również ze strony polityków jego własnej Partii Republikańskiej. W kolejnych dniach narracja zaczęła się jednak zmieniać. Coraz częściej słyszeliśmy, że nie chodzi o całkowite wstrzymanie czy anulowanie rotacji, ale raczej o opóźnienie wynikające ze zmiany strategii Stanów Zjednoczonych. Pojawił się też chaos interpretacyjny. Część komentatorów przekonywała, że tych czterech tysięcy żołnierzy w Polsce już nie ma, inni zwracali uwagę, że mówimy wyłącznie o opóźnieniu kolejnej zmiany. Ostatecznie liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Polsce ma pozostawać względnie stabilna: na poziomie około dziesięciu tysięcy.To, co wydarzyło się później, było próbą szybkiego gaszenia politycznego i dyplomatycznego pożaru. Rząd niemal natychmiast przeszedł do ofensywy negocjacyjnej. Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz rozmawiał między innymi z Petem Hegsethem, natomiast wiceministrowie obrony Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski udali się do Stanów Zjednoczonych, by prowadzić rozmowy z doradcami i współpracownikami Donalda Trumpa. Wszystkie strony nieustannie podkreślały, że Polska pozostaje wzorowym, modelowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Tym bardziej pojawia się pytanie: dlaczego właśnie tego „modelowego sojusznika” Waszyngton postanowił potraktować w taki sposób?Wcześniej Donald Trump zapowiadał ograniczanie obecności wojskowej w Niemczech, argumentując to politycznymi sporami i krytyką swojej polityki, choćby na Bliskim Wschodzie. Polska miała wciąż pozostawać tym partnerem najwierniejszym. Problem polega jednak na tym, że w Niemczech Amerykanie posiadają stałe bazy. Żołnierze mieszkają tam od lat, ich dzieci chodzą do szkół, współmałżonkowie pracują. Dużo łatwiej jest więc po prostu wstrzymać kolejną rotację do Polski niż likwidować wieloletnią infrastrukturę wojskową za Odrą. Samo zaś ograniczanie amerykańskiej obecności w Europie nie powinno być dla nikogo szczególnym zaskoczeniem. To element strategii bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, o którym Donald Trump i jego współpracownicy mówią od dawna: przesuwanie ciężaru polityki bezpieczeństwa w stronę Pacyfiku i rywalizacji z Chinami.Czytaj też: Odchodzi bliska współpracownica Trumpa. Powód jest dramatycznyW tym wszystkim pojawia się jeszcze pytanie o rolę Karola Nawrockiego. Prezydent wielokrotnie podkreślał swoje dobre relacje z Donaldem Trumpem. Tymczasem z doniesień Onetu wynika, że próbował dodzwonić się do amerykańskiego przywódcy bezskutecznie. Z kolei, jak pisał Jacek Gądek w „Newsweeku”, Karol Nawrocki miał wysyłać Trumpowi wiadomości SMS, korzystając z faktu, że posiada jego prywatny numer telefonu. W wiadomościach miał nawiązywać do rozmów obu polityków z września 2025 roku, kiedy pojawiały się sugestie dotyczące możliwości stałej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nie da się ukryć, że przynajmniej do czwartkowego wieczora obóz prezydencki wizerunkowo tę sprawę przegrywał. Przedstawiciele rządu spotykali się z amerykańskimi urzędnikami i wojskowymi, prowadzili rozmowy, wykonywali kolejne telefony, podczas gdy Karol Nawrocki milczał.Oczywiście nie mamy pełnej wiedzy o tym, co działo się za kulisami. Można jednak dość bezpiecznie założyć, że gdyby rzeczywiście doszło do rozmowy telefonicznej Donalda Trumpa z Karolem Nawrockim, opinia publiczna zostałaby o tym szybko poinformowana.Przełom nastąpił pod koniec tygodnia. W czwartek wieczorem polskiego czasu Donald Trump opublikował wpis na platformie Truth Social, w którym napisał, że bazując na zwycięstwie Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich oraz swoich relacjach z polskim prezydentem „z przyjemnością informuje”, iż Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowe pięć tysięcy żołnierzy. Wygląda więc na to, że kontakt SMS-owy okazał się skuteczny, a wiadomości wysyłane przez Karola Nawrockiego najwyraźniej zostały odczytane.Choć, jak zauważa Kamil Dziubka w Onecie, za zmianą decyzji mógł stać również chaos organizacyjny panujący w Białym Domu, a także zbliżające się wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych. Wstrzymanie wysłania czterech tysięcy żołnierzy spotkało się bowiem z krytyką także ze strony republikanów w amerykańskim Kongresie. Część z nich odbierała tę decyzję jako policzek wymierzony zarówno Polsce, jak i całemu NATO.I być może właśnie to jest w tej historii najciekawsze. Bo niezależnie od tego, czy zadziałała dyplomacyjna ofensywa rządu, osobiste relacje Karola Nawrockiego z amerykańskim prezydentem, wewnętrzne spory w administracji Trumpa czy przedwyborcza kalkulacja polityczna, Polska po raz kolejny zobaczyła, jak wiele zależy dziś od nastrojów i politycznych turbulencji w Waszyngtonie.Czytaj też: USA wstrzymują sprzedaż broni do kluczowego sojusznika***Tak jak decyzja o wstrzymaniu (opóźnieniu, anulowaniu?) rotacji czterech tysięcy amerykańskich żołnierzy do Polski była zaskoczeniem, tak samo wpis Donalda Trumpa o wysłaniu dodatkowych pięciu tysięcy żołnierzy również okazał się niespodzianką, także dla samego Pentagonu. Pisał o tym w piątek „The New York Times”.To tylko wzmacnia przypuszczenia, że w Białym Domu panuje atmosfera zbliżona do tej z pierwszej kadencji Donalda Trumpa, gdzie nikt do końca nie wie, czego się spodziewać, i w jakim kierunku pójdzie kolejna decyzja prezydenta.Jednocześnie trzeba jasno podkreślić: jeśli zapowiedź Trumpa z Truth Social rzeczywiście się potwierdzi i Stany Zjednoczone wyślą dodatkowe pięć tysięcy żołnierzy do Polski, będzie to dla nas bardzo dobra wiadomość. Obecność amerykańskich wojsk ma znaczenie nie tylko militarne, ale i polityczne. Nie ma dziś wątpliwości, że zagrożenie dla Polski płynie przede wszystkim ze strony Rosji, a amerykańska obecność sprawia, że nawet potencjalne prowokacje stają się dla Moskwy znacznie bardziej ryzykowne.Byłoby jednak dobrze, gdyby tak istotne decyzje zapadały w sposób uporządkowany, po przygotowaniu, w oparciu o jasne procedury i z większą przewidywalnością wobec sojuszników. Równie ważne jest to, by w sprawach bezpieczeństwa Polska mówiła jednym głosem, zamiast natychmiast przerzucać się odpowiedzialnością i szukać winnych.Tymczasem właśnie to zrobiło Prawo i Sprawiedliwość, które po pojawieniu się informacji o zamieszaniu wokół amerykańskich rotacji szybko zaczęło wskazywać na rząd Donalda Tuska jako odpowiedzialny za sytuację, sugerując brak jego relacji z Donaldem Trumpem.Z kolei sam premier Donald Tusk w piątek napisał na platformie X: „Decyzja prezydenta Donalda Trumpa dotycząca obecności wojsk amerykańskich w Polsce to dobra wiadomość dla Polski i USA. Wszystkim zaangażowanym w tę sprawę, prezydentowi Nawrockiemu, ministrom, kongresmenom i przyjaciołom Polski w USA dziękuję za skuteczność i jedność działania”. Chciałabym się wierzyć, że to sygnał, iż przynajmniej część spraw dotyczących bezpieczeństwa może zostać wyłączona poza nawias bieżącego sporu politycznego.***Pozostając w temacie amerykańskim, choć schodząc już nieco z poziomu spraw kluczowych dla bezpieczeństwa państwa – na początku tygodnia agencja Reuters poinformowała o szczegółach dotyczących wyjazdu Zbigniewa Ziobry do Stanów Zjednoczonych.Według tych doniesień, w organizacji podróży miał pomagać zastępca amerykańskiego sekretarza stanu Christopher Landau, czyli druga osoba w hierarchii amerykańskiej dyplomacji. Jak podaje Reuters, Landau miał kontaktować się w tej sprawie z Biurem ds. Konsularnych w Waszyngtonie. Jedno ze źródeł agencji twierdziło również, że wjazd do USA umożliwić Ziobrze miała wiza dziennikarska, którą były minister sprawiedliwości miał otrzymać jeszcze przed zmianą władzy na Węgrzech i przejęciem rządów przez Pétera Magyara.Nie ma natomiast żadnych informacji wskazujących, by sprawą zajmował się bezpośrednio Donald Trump czy sekretarz stanu Marco Rubio. Warto przy tym zauważyć, że administracja Trumpa deklaruje wsparcie dla konserwatywnych środowisk w Europie, co w tej narracji miałoby stanowić tło dla ewentualnych działań dyplomatycznych.***Czytaj też: Kulisy ucieczki Zbigniewa Ziobry. Z Mediolanu w dalszy lotW tym kontekście szczególnie interesujący staje się wątek wizy dziennikarskiej. Zbigniew Ziobro ma obecnie pełnić rolę komentatora w Telewizji Republika. I właśnie ten fakt stał się przedmiotem zainteresowania prokuratury. Szef stacji Tomasz Sakiewicz został w środę wezwany w charakterze świadka.Wcześniej Prokuratura Krajowa informowała, że w sprawie prowadzone są czynności sprawdzające, co oznacza, że na tym etapie wciąż raczej więcej jest pytań niż odpowiedzi.***Jeśli natomiast chodzi o Marcina Romanowskiego, między bajki można włożyć tezę, że jest obecnie w Stanach Zjednoczonych. Bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza formułowana przez część komentatorów, że może on przebywać w jednym z państw bałkańskich.Przypomnijmy: za Marcinem Romanowskim wystawiony jest europejski nakaz aresztowania, co znacząco ogranicza jego możliwość swobodnego poruszania się po Europie i komplikuje jego sytuację prawną. Na pytanie, gdzie dokładnie znajduje się były wiceminister sprawiedliwości, zapewne wkrótce poznamy odpowiedź.Czytaj też: Premier Węgier: Romanowski mógł uciec przez Serbię