Tu zaczyna się problem. Alarmy w Wilnie, poderwane myśliwce NATO, zestrzelony dron nad Estonią i bezzałogowce, które uderzyły w rejon składu paliw na Łotwie. Ostatnie dni w państwach bałtyckich pokazały jedno: wojna dronowa nie zatrzymuje się grzecznie na mapie. Granice państwowe są dla niej linią polityczną, nie zawsze realną przeszkodą. A gdy taki obiekt albo jego szczątki spadną na dom, samochód czy zakład pracy, wielka geopolityka szybko zmienia się w bardzo konkretne pytanie: kto zapłaci za szkody? To nie jest jeszcze wojna na terytorium Sojuszu. Ale nie jest to też zwykła rutyna obrony powietrznej. To seria incydentów, które coraz brutalniej przypominają, że dron nie musi być wymierzony w Litwę, Łotwę, Estonię czy Polskę, żeby stać się ich problemem. Wystarczy, że zboczy z kursu. Że zostanie zakłócony. Że ktoś go zestrzeli. Albo że rozpadnie się nad cudzym terytorium.W komunikacie wojska będzie wtedy mowa o obiekcie, trajektorii i naruszeniu przestrzeni powietrznej. W domu poszkodowanego – o dziurze w dachu, wybitych oknach, zniszczonym aucie i pytaniu: kto za to zapłaci?Polska już zna ten scenariuszBałtyckie alarmy nie są dla Polski odległym ostrzeżeniem z regionu. Są przypomnieniem problemu, który już znamy. W Przewodowie wojna zza granicy skończyła się śmiercią dwóch osób. W Osinach eksplozja obiektu uszkodziła budynki. W Wyrykach-Woli po nocnym wtargnięciu rosyjskich dronów zniszczony został dom i samochód.W takich chwilach państwo mówi o procedurach, wojsko o obiektach, a prokuratura o zabezpieczonych szczątkach. Poszkodowany mówi: mam zniszczony dom. Kto mi za to zapłaci?Polisa? Tu zaczyna się problemOdpowiedź nie jest komfortowa. W wielu polisach wojna oznacza jedno: ubezpieczyciel może odmówić wypłaty. Sam fakt posiadania polisy nie oznacza jeszcze, że pieniądze są pewne. Przy zwykłym pożarze, zalaniu czy wichurze sytuacja jest relatywnie prosta: sprawdza się zakres ochrony, szacuje szkodę i wypłaca odszkodowanie. Przy dronie związanym z wojną za granicą wszystko staje się bardziej śliskie. I mniej wygodne.Czytej też: Myśliwce NATO poderwane. Mieszkańcy Litwy schodzą do schronów– Większość standardowych polis ubezpieczeniowych zawiera wyłączenia dotyczące działań wojennych. To oznacza, że jeżeli szkoda wynika z wojny albo zdarzeń z nią związanych, ubezpieczyciel co do zasady może odmówić wypłaty odszkodowania. I to wynika po prostu z umowy – mówi TVP.Info mec. Tymoteusz Paprocki.Problem nie dotyczy wyłącznie sytuacji, w której dron uderza bezpośrednio w budynek. Równie trudny może być scenariusz, w którym obiekt zostaje zestrzelony, a jego pozostałości spadają na dom, samochód, gospodarstwo albo zakład pracy.– Jeżeli dron wleci na przykład z terenu Ukrainy czy Białorusi albo zostanie zestrzelony, a jego pozostałości uderzą w dom i go zniszczą, pojawia się poważny problem. W pierwszej kolejności trzeba patrzeć w polisę. A większość z nich wyłącza odpowiedzialność za szkody związane z działaniami wojennymi – podkreśla mecenas.Dobra wola zamiast obowiązkuDla właściciela domu różnica między dronem, szczątkami a odłamkami może wydawać się czysto techniczna. Ale dla ubezpieczyciela właśnie te szczegóły mogą mieć znaczenie. Bo od tego, jak zostanie zakwalifikowane zdarzenie, może zależeć, czy odszkodowanie zostanie wypłacone, czy poszkodowany usłyszy odmowę.– Istnieje coś takiego jak kulancja, czyli dobrowolna wypłata odszkodowania przez ubezpieczyciela mimo braku prawnego obowiązku. Można sobie wyobrazić sytuację, w której przy jednym czy dwóch takich zdarzeniach w roku zakład ubezpieczeń zdecyduje się wypłacić pieniądze, choćby ze względów wizerunkowych – mówi Paprocki.Kulancja w praktyce oznacza gest. Ubezpieczyciel może powiedzieć: formalnie nie musimy, ale wypłacimy. Dla poszkodowanego to często jedyna szybka droga do pieniędzy. Tyle że dobra wola ma granice. Szczególnie wtedy, gdy potencjalne straty zaczynają rosnąć.– Jeżeli takich szkód byłoby więcej, ubezpieczyciele najpewniej zaczęliby twardo powoływać się na wyłączenia odpowiedzialności. Straty mogłyby być dla nich po prostu zbyt duże – zaznacza prawnik.Zobacz też: Słowianie, naziści i Rosja. ABW rozbiło siatkę Polaków, szpiegów MoskwyTo ważna różnica. Jeden zniszczony dom może stać się sprawą medialną. Może wywołać presję. Może skłonić ubezpieczyciela albo państwo do działania. Ale dziesiątki podobnych szkód to już nie gest, tylko system. A system ubezpieczeniowy nie lubi ryzyka, którego nie potrafi policzyć. Wojna jest właśnie takim ryzykiem: masowym, nieprzewidywalnym i potencjalnie dewastującym finansowo.Gdy polisa nie działa, zostaje państwoDlatego w praktyce obywatel może zostać sam z problemem, który nie powstał z jego winy, którego nie mógł przewidzieć i przed którym sam nie mógł się obronić. A mimo to może mieć dziurę w dachu i odmowę wypłaty z polisy. Wtedy pojawia się pytanie o państwo.– Można próbować konstruować roszczenie wobec Skarbu Państwa, wskazując na przykład na zaniechanie albo błąd w obronie terytorium Rzeczypospolitej. Ale to jest bardzo daleko idąca ścieżka. Co do zasady działania wojenne zawsze komplikują odpowiedzialność – mówi mec. Paprocki.To nie jest łatwa droga. Poszkodowany musiałby wykazać, że państwo popełniło błąd albo czegoś zaniechało. Że system obrony nie zadziałał tak, jak powinien. Że istniał związek między tym błędem a konkretną szkodą. Brzmi logicznie. W sądzie mogłoby być jednak długie, kosztowne i bardzo trudne.Zwłaszcza że przy takich zdarzeniach niemal zawsze pojawia się mgła wojny. Kto wystrzelił obiekt? Skąd leciał? Czy został zakłócony? Czy był rosyjski, ukraiński, czy może był wabikiem? Czy szkoda powstała od samego drona, jego szczątków, czy od środka użytego do jego neutralizacji? To nie są drobiazgi. To mogą być kluczowe elementy odpowiedzialności. Dlatego Paprocki wskazuje rozwiązanie bardziej realne. Mniej sądowe. Bardziej administracyjne i polityczne.– Najbardziej możliwy wydaje się wariant pomocy publicznej: fundusze celowe, pomoc administracyjna, dotacje albo inne wsparcie finansowe dla poszkodowanych – ocenia mecenas. I dodaje: – Państwo ma konstytucyjne zobowiązanie do ochrony obywateli. W takich sytuacjach mogłoby działać podobnie jak po klęskach żywiołowych.Czytaj także: Premier alarmuje po incydentach z dronami. „Nie ma żartów”To może być najważniejszy praktyczny wniosek. Właściciel zniszczonego domu niekoniecznie będzie miał prostą drogę do odszkodowania z polisy. Nie zawsze będzie też w stanie skutecznie pozwać państwo. Ale państwo może uruchomić specjalną pomoc. Tak jak robi to po powodziach, wichurach czy innych katastrofach. Nie dlatego, że każde zdarzenie automatycznie rodzi odpowiedzialność odszkodowawczą Skarbu Państwa, tylko dlatego, że są sytuacje, w których obywatela nie można zostawić z fakturą i wzruszeniem ramion.Polskie przypadki pokazują, że właśnie ten model już się pojawiał. Po tragedii w Przewodowie rodziny ofiar otrzymały pomoc. Informowano o zasiłkach celowych, wsparciu psychologicznym i pomocy przyznanej decyzją premiera. Szczegóły nie były publicznie ujawniane, bo dotyczyły prywatności bliskich ofiar. W przypadku przedsiębiorstwa, na terenie którego doszło do wybuchu, pojawiały się informacje o ustaleniach z ubezpieczycielami.W Osinach po eksplozji obiektu szacowano straty w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Mowa była o wybitych oknach, uszkodzonych drzwiach i zabezpieczaniu potrzeb mieszkańców. Tam także naturalnym kierunkiem stała się pomoc publiczna, a nie wyłącznie klasyczna ścieżka ubezpieczeniowa.W Wyrykach-Woli, po uszkodzeniu domu i samochodu, państwo zadeklarowało odbudowę budynku niezależnie od ostatecznych ustaleń dotyczących tego, co dokładnie w niego uderzyło. Rodzina otrzymała lokal zastępczy, pojawiły się też informacje o dodatkowym zadośćuczynieniu i wsparciu samorządu.Firma traci więcej niż dachOsobny problem dotyczy firm. Bo jeśli dron albo jego szczątki spadną na dom, mamy dramat rodziny. Jeśli spadną na zakład produkcyjny, magazyn, halę albo skład paliw, zaczyna się także problem gospodarczy. Zniszczona infrastruktura to dopiero początek. Dalej jest przestój, kontrakty, pracownicy, utracone przychody i odpowiedzialność wobec klientów.– Jeżeli dron spada na zakład produkcyjny, fabrykę albo magazyn, sytuacja może wyglądać trochę inaczej. Jeżeli firma przez lata współpracowała z ubezpieczycielem, miała duży portfel polis, można sobie wyobrazić negocjacje. Nie tylko prośbę o dobrą wolę, ale realne rozmowy biznesowe – wskazuje Paprocki. Ale i tu prawnik studzi emocje: – Spór sądowy też byłby możliwy, choć bardzo trudny.Firma może mieć większą siłę negocjacyjną niż zwykły właściciel domu. Może mieć rozbudowane polisy, historię współpracy z ubezpieczycielem, obsługę prawną i realny argument biznesowy. Ale wyłączenia wojenne nadal pozostają wyłączeniami wojennymi. Duży klient może negocjować mocniej. Nie oznacza to jeszcze, że wygra.Za zniszczenia odpowiada agresor? Na papierze takW tle pozostaje też odpowiedzialność państwa, które wysłało drona. Jeśli byłby to obiekt rosyjski, na poziomie prawa międzynarodowego odpowiedź wydaje się oczywista. Odpowiada agresor. Tylko że ta oczywistość może niewiele znaczyć dla człowieka, który potrzebuje pieniędzy na remont teraz, nie po latach.– Jeżeli dron został wystrzelony przez Rosję, odpowiedzialność Federacji Rosyjskiej w świetle prawa międzynarodowego jest oczywista. Problem polega na tym, że Rosjanie najpewniej winy nie uznają – mówi Paprocki. I dodaje: – Dochodzenie roszczeń przed trybunałami międzynarodowymi albo trybunałami ad hoc oznaczałoby lata postępowań i niepewny efekt. Nawet jeżeli taka ścieżka nie jest iluzją, to na pewno nie jest szybką drogą do pieniędzy dla poszkodowanego.System musi zdążyć przed kolejnym hukiemTo jest brutalna różnica między prawem a praktyką. Prawo może wskazać odpowiedzialnego. Może nazwać agresora. Może dać podstawę do roszczeń. Ale niekoniecznie da szybki przelew. A poszkodowany nie remontuje domu wyrokiem międzynarodowego trybunału, który może zapaść za kilka albo kilkanaście lat.Dlatego Paprocki uważa, że o tym problemie trzeba rozmawiać wcześniej. Nie dopiero po kolejnym incydencie. – Niewykluczone, że ubezpieczyciele powinni się nad tym zastanowić. Być może państwo również powinno zwrócić uwagę na ogólne warunki ubezpieczenia. Można sobie wyobrazić dodatkowe, droższe ubezpieczenia od ryzyk wojennych. To jest pewna nuta przyszłości, ale warto o tym mówić już teraz – mówi mecenas.Najłatwiej byłoby uznać, że to zdarzenia nadzwyczajne. Zbyt rzadkie, zbyt skomplikowane, zbyt „wojenne”, by budować pod nie osobne mechanizmy. Tylko że właśnie tak zaczynają się luki w systemie – od przekonania, że problem jest za mało prawdopodobny, żeby się nim zająć. A potem przychodzi nocny huk, wybite szyby i odpowiedź z polisy, która zaczyna się od słowa „wyłączenie”.Dlatego pytanie nie brzmi już tylko, czy polska obrona powietrzna wykryje kolejny obiekt. Brzmi także: czy państwo, ubezpieczyciele i prawo mają gotową odpowiedź dla tych, którym ten obiekt zniszczy życie po cywilnej stronie granicy. Bo wojna dronowa nie kończy się w powietrzu. Czasem kończy się dopiero przy decyzji o wypłacie pieniędzy.Zobacz też: Alarm powietrzny u sąsiada Polski. Co robić, gdy usłyszysz syreny?