Alfabet Mirosława Oczkosia. Polski alfabet to 32 litery. Każda kusząca. Dziś pierwszy felieton z cyklu „Alfabet Oczkosia”. Nie ukrywam, mam tremę. To może zacząć od T jak Trump. Atrakcyjnie brzmi też Z jak Zbyszek lub Z jak zero. Uśmiecha się do mnie również M jak miękiszon, a zza węgła (kto pamięta jeszcze co to jest węgieł?) wygląda R jak relokacja. Oczywiście jest jeszcze B jak Batyr. Chyba zacznę od O jak oszaleć można. No dobrze, to może jednak od A. A dlaczego by nie. W różnych redakcjach różnych gazet dzieją się różne dziwne sprawy. Ale są redakcje, w których dziwność osiąga poziom nieosiągalny dla innych.Półnaga asystentka Bo oto Polskę i okolice obiegła wiadomość: policja, mieszkanie, redaktor naczelny i półnaga asystentka. Już sam zestaw słów brzmi jak zadanie na konkursie dla młodych kabareciarzy, czyli połącz wątki. Człowiek czyta nagłówek i nie wie, czy będzie rewizja, romans, czy może reklama konaru, co to ma zapłonąć. Najpiękniejsze w takich historiach jest to, że każdy może dopowiedzieć sobie, co tylko zachce. Rodacy, którzy jeszcze rano analizowali cenę masła i benzyny, wieczorem zatapiają się w domysłach. Półnaga? Czyli jaka? I dlaczego pół? I zaczyna się domorosła semantyka. Bo półnaga to przecież pojęcie względne. Dla jednych półnaga to bez swetra. Dla innych – bez spodni, jeszcze innych – bez czapki, a dla najbardziej konserwatywnych komentatorów, półnaga kobieta zaczyna się już przy odkrytej kostce. No ale od czego jest wyobraźnia?Żyjemy w dyktacie języka, czyli sprawy nienazwane nie istnieją. To paradoks, bo z drugiej strony coraz bardziej zaczyna dominować obraz. Wyobraźnia dostaje zestaw słów i za nim policja ujawni nagrania, wyobraźnia szaleje.Wyobrażam sobie tę scenę. Policjanci wchodzą do mieszkania przygotowani na akcję niczym w amerykańskim filmie. Jeden już widzi gang rosyjskich szpiegów, drugi spodziewa się tajnych dokumentów, trzeci po prostu chce to szybko załatwić i wrócić do domu na Eurowizję. Drzwi się otwierają. A tam redaktor naczelny. I asystentka w stanie… nazwijmy to… ograniczonej tekstylności. Zapada cisza. Policjant patrzy na notatnik. Na asystentkę. I szczęka mu opada.Bo oczywiście policja jest przygotowana na wszystko. Pościgi, negocjacje, kontrterroryzm. Ale czy ktoś szkolił z sytuacji pt.: Co zrobić, gdy obywatelka ma na sobie mniej materiału niż zasłona w kawalerce studenta ASP? I znajduje się w mieszkaniu? Tfu. Pardon, w redakcji na wyjeździe z redaktorem naczelnym R-today. Policja policją, ale co wyobraża sobie publika republika?!A tak niewiele potrzeba, wystarczy mieć wyobraźnię i konto na portalu społecznościowym. Reszta zrobi się sama. Po dwóch godzinach internet już wiedział wszystko. Kto, z kim, dlaczego, po co i w jakim kolorze były bokserki redaktora oraz kto trzymał spodnie w zębach.Czytaj też: Kulisy ucieczki Zbigniewa Ziobry. Z Mediolanu w dalszy lotQuo vadis Dokąd zmierza dziennikarstwo i dokąd zmierza moralność prawicowych mediów? Jak to dokąd? Najwyraźniej do mieszkania redaktora naczelnego.I oczywiście pojawia się klasyczne pytanie: Co tam robiła asystentka? No właśnie. Może była w pracy?W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że praca w mediach polega na siedzeniu przy biurku i poprawianiu przecinków. Tymczasem współczesne dziennikarstwo to chaos. Telefony, kryzysy, deadline, politycy dzwoniący o drugiej w nocy i pytający: A da się zrobić, żeby mnie cytować bardziej patriotycznie? Może więc trwała narada redakcyjna? Może redaktor naczelny był w trakcie briefowania owej asystentki?Asystentki, asystenci, stażyści i oczywiście stażystki, mają szczególne miejsce w dziejach świata polityki, biznesu i mediów, zresztą na całym świecie. Słynna Monika od Billa, co to miewał z nią niewłaściwe stosunki po „dwórki” prezesa NBP. Czy fikcyjne zatrudnienia np. w Parlamencie Europejskim. Albo słynna Maria Wiktoria, wiceministra od wydawania na masową skalę polskich wiz obcokrajowcom. Życie asystentek, asystentów, stażystek i stażystów bywa ciekawe, a nawet ekscytujące.Zresztą życie redakcyjne też zawsze bywało ciekawe. Dawniej dziennikarze pili do rana i w oparach dymu pisali manifesty na serwetkach. Dziś wszyscy udają profesjonalne korporacje, a w redakcjach same redaktory przez duże, bo przecież nie przez wielkie R, ale duch absurdu pozostał. Kabaret na pełny etatRedakcja to jedyne miejsce, gdzie człowiek o 23:49 może usłyszeć zdanie: Musimy szybko znaleźć eksperta od geopolityki i kogoś, kto umie zrobić mema z żubrem. Wszyscy w ferworze walki o newsa, a tu wchodzi policja. Kompromitacja w kapciach.Polacy wybaczą politykowi czy dziennikarzowi wszystko. Kłótnie, afery, nawet pomylenie Zielonego Ładu z Mercosurem. Ale nigdy nie wybaczą śmieszności. Śmieszność zabija szybciej niż komisja śledcza, która zresztą sama jest najczęściej śmieszna. I dlatego ta historia będzie żyła długo. Bo ona ma wszystko, władzę redaktora naczelnego, tajemnicę, policję, niedopowiedzenie, element garderoby w stanie szczątkowym. I do tego medium nazywające się prawicowe. To gotowy narodowy mit. Rozumiem oburzenie. To permanentna cecha mediów nazywających się prawicowymi. Jak my zaglądamy komuś pod kołdrę, to jest to słuszne, bo prawda nas wyzwoli. Jednak, jak nam ktoś zaglądnie do alkowy, to skandal i atak na wartości. Jak się okazuje, powiedzenie, że w teorii nie ma żadnej różnicy między teorią a praktyką. Ale w praktyce jest. Polska prawicowa rzeczywistość już dawno przestała konkurować z kabaretem. Ona go po prostu zatrudniła na pełny etat.Czytaj też: „Wielka sława to żart”. TVP2 zaprasza na benefis Wiesława Ochmana