Paraliż turnieju. Czołowi tenisiści świata szykują protest w sprawie podziału pieniędzy z turniejów wielkoszlemowych. Nie chodzi jednak – przynajmniej na razie – o bojkot meczów. Zawodnicy planują natomiast ograniczyć swoje występy medialne podczas Rolanda Garrosa, pokazując w ten sposób, że spór z organizatorami czterech najważniejszych turniejów świata wchodzi w ostrzejszą fazę. Według informacji dziennika „The Guardian”, gracze wybrani do udziału w piątkowej konferencji prasowej otwierającej tRolanda Garrosa mają opuścić ją po 15 minutach. Ten symboliczny gest odnosi się do jednego z głównych zarzutów środowiska tenisowego: turnieje wielkoszlemowe przeznaczają średnio około 15 proc. swoich przychodów na nagrody dla zawodników. Pozostali uczestnicy turnieju mają z kolei odmówić dodatkowych rozmów z głównymi partnerami medialnymi imprezy – TNT Sports i Eurosportem.Źródło zbliżone do zawodników przekazało, że po ogłoszeniu przez organizatorów tegorocznej puli nagród w wysokości 61,7 mln euro, w szatni zapadła decyzja o zastosowaniu w Paryżu strategii „work-to-rule”, czyli wykonywania wyłącznie absolutnego minimum wynikającego z regulaminu. W praktyce oznacza to maksymalne ograniczenie aktywności poza kortem.Protest bez ryzykaZawodnicy mieli dokładnie przeanalizować przepisy turniejowe i uznać, że nie grożą im kary, o ile po każdym meczu spełnią podstawowy obowiązek – krótką rozmowę z nadawcami posiadającymi prawa telewizyjne.Czytaj też: Polska załoga flotylli uwolniona. MSZ chce ukarać izraelskiego ministraW sporze z turniejami wielkoszlemowymi od ponad roku pozostaje grupa dwudziestu czołowych tenisistów i tenisistek świata. Wśród nich są m.in. Novak Djoković, Jannik Sinner, Aryna Sabalenka i Coco Gauff. Ich zarzuty nie ograniczają się wyłącznie do wysokości nagród. Zawodnicy domagają się także lepszych rozwiązań socjalnych, systemu emerytalnego oraz większego wpływu na układanie kalendarza turniejowego.Świątek z dystansemPo ogłoszeniu wysokości puli nagród w Paryżu Sabalenka i Gauff w rozmowach podczas turnieju w Rzymie zasugerowały nawet możliwość bojkotu imprez wielkoszlemowych. Od tak radykalnego scenariusza zdystansowały się jednak m.in. Iga Świątek i Emma Raducanu.Na pierwszy rzut oka tegoroczna podwyżka w drugiej imprezie wielkoszlemowej w sezonie wygląda solidnie. Pula nagród wzrosła o 9,5 proc., a zwycięzcy turnieju singlowego kobiet i mężczyzn otrzymają po 2,8 mln euro. Z punktu widzenia zawodników problem polega jednak na czymś innym: nagrody rosną wolniej niż przychody samego turnieju. W ubiegłym roku wpływy Roland Garros zwiększyły się o 14 proc., do 395 mln euro, podczas gdy pula nagród wzrosła o 5,4 proc. W efekcie udział zawodników w przychodach spadł do 14,3 proc.Tenisiści wskazują, że chcieliby, aby Wielkie Szlemy zbliżyły się do standardu obowiązującego w cyklach ATP i WTA, gdzie na nagrody przeznacza się około 22 proc. przychodów.Czytaj też: Matty Cash z pucharem Ligi Europy. Jego Aston Villa pokonała Freiburg