Koniec strategicznej stałej. Na początku 2025 roku wydawało się, że Rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała Rosji kolejny gospodarczy oraz polityczny oddech. Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe Rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. Rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. flotę cieni, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.Czytaj też: Cicha dyplomacja. Jak państwa „wymieniają się” ludźmi?Koniec strategicznej stałejTo właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. Rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…Definitywny koniec programówW kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–Putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony Rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.Jednocześnie Rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała Rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z Rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.Pragmatyczne podejście do sankcjiWiosną 2026 roku Trump zrobił Putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.Dla Rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie Rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza Rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. Rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.Zmiana priorytetów Zachodu?Bliski Wschód przyniósł Rosji jeszcze jedną korzyść – rozproszenie uwagi USA. Amerykańska administracja zaczęła koncentrować się na bezpieczeństwie regionu, ochronie szlaków energetycznych i ryzyku dalszej eskalacji wojny. Ukraina zeszła z pierwszego planu światowej polityki dokładnie w momencie, gdy rosyjskie ataki rakietowe i dronowe ponownie zaczęły przybierać na sile.Konsekwencje okazały się nie tylko polityczne, ale i wojskowe. Wojna z Iranem uszczupliła amerykańskie zapasy amunicji precyzyjnej, zwłaszcza przeciwlotniczej. Chodzi przede wszystkim o pociski do systemów Patriot, które pozostają jednym z kluczowych elementów ochrony ukraińskich miast i infrastruktury energetycznej. Według amerykańskich wojskowych uzupełnienie tych zapasów może potrwać lata. Dla Ukrainy oznacza to bardzo niebezpieczną sytuację – Kijów spada jeszcze niżej na liście amerykańskich priorytetów, bo Waszyngton musi najpierw odbudować własne zdolności.Ukraińskie problemy z OPL częściowo rozwiązują dostawy z Europy, do europejskich systemów wykorzystywanych przez Kijów. Ale i kontynentalne wsparcie może na skutek polityki Donalda Trumpa ulec zawirowaniom. Waszyngton wycofuje się z Europy, w związku z czym kolejne europejskie państwa zwiększają wydatki obronne, przyspieszają inwestycje w przemysł zbrojeniowy i coraz częściej mówią o konieczności budowy większej strategicznej autonomii wobec USA. To pragmatyczna polityka, rzecz jednak w tym, że osiągnięcie owej autonomii zajmie lata i będzie niezwykle kosztowne. Z perspektywy Kijowa może to oznaczać bardzo niebezpieczną zmianę. Im mocniej Europa skoncentruje się na przygotowaniach do własnej obrony, tym trudniej jej będzie utrzymać dotychczasową skalę wsparcia dla Ukrainy. Kreml i na taki scenariusz zaciera ręce – oczekuje, że z czasem priorytetem Zachodu stanie się nie zwycięstwo Ukrainy, lecz ograniczanie kosztów i zabezpieczanie własnej stabilności.Czytaj też: „Nie wpłynie na plany NATO”. Szef Sojuszu uspokaja po decyzji USA