Przegląd ostatnich wydarzeń. Nazwałbym ten tydzień wyjątkowym, gdyby nie fakt, że od dłuższego czasu takie tygodnie zdarzają się… co tydzień. Subiektywnie należałoby oceniać wydarzenia co kilka dni, by zmniejszyć szanse na to, że coś umknie. Ale do rzeczy: siedem dni, wydarzeń i emocji bez liku. Zarówno politycznie, jak i sportowo, i muzycznie. A nawet filmowo. Zapraszam. *– Nagle sport stał się tematem numer jeden. Ale skoro mowa o piłkarzu numer jeden, żegnającym się z klubem numer jeden, to nic nie może dziwić.Robert Lewandowski żegna się z Barceloną, bo nadal, mimo wieku, jest niezwykle ambitny i nie odpowiada mu rola rezerwowego. Nie odpowiada mu nawet wątpliwość, czy będzie pierwszym napastnikiem drużyny. On musi być tego pewny.Lewy to fenomen. Liczba trofeów, liczba goli i indywidualnych wyróżnień jest powalająca, zwłaszcza jak na polskiego piłkarza, w Polsce wychowanego i w Polsce nauczonego gry w piłkę. Absolutnie nikt nie mógł się spodziewać tak fantastycznej kariery nawet wtedy, kiedy z Lecha Poznań przenosił się do Dortmundu. Ani nawet wtedy, kiedy strzelił Realowi Madryt cztery gole w jednym meczu. To wtedy narodził się pomysł „Pogromcy Realu”, książki – wywiadu rzeki, którą wydałem, oszołomiony jego świetnie rozwijającą się karierą. Ale gdyby ktoś w tamtym momencie powiedział mi, że Robert będzie grać w Barcelonie i podniesie ją po słabszym okresie, da jej znowu emocje najwyższego rzędu i trzy tytuły mistrza Hiszpanii, uśmiechnąłbym się z politowaniem.A teraz? Lewy odchodzi, bo sam tak zdecydował. Nie jest piłkarzem niechcianym w światowym gigancie. Odchodzi, bo chce grać pierwsze skrzypce i nadal go na to stać. Odchodzi też dlatego, że nadal uważa się za piłkarza wartościowego i nie godzi się na obniżenie zarobków. I wie, że są pracodawcy, którzy z przyjemnością zaoferują mu wysoki kontrakt.Kończy swój barceloński rozdział zdobyciem tytułu mistrza Hiszpanii. Tydzień temu jego zespół pokonał w El Clásico Real Madryt. Idealny moment na zapewnienie sobie mistrzostwa – wygrana z odwiecznym rywalem.Zobacz też: Wyjątkowe spotkanie „Lewego”. Kibice pożegnają legendę*– Iga Świątek odpadła z tenisowego turnieju w Rzymie na etapie półfinałów. To jej najlepszy występ od dłuższego czasu, nie tylko z powodu wyniku, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę styl gry. Jeśli ktoś czekał na efekty pracy z nowym trenerem, Francisco Roigiem, to zobaczył je właśnie w stolicy Włoch.Wcześniej było źle. Obiecujący Indian Wells, zakończony przegranym z Eliną Switoliną ćwierćfinałem, i koszmarny Miami Open, zakończony w pierwszej rundzie. Potem, już z nowym szkoleniowcem, ćwierćfinał w Stuttgarcie i pechowy Madrid Open, który skończył się kreczem z powodu dolegliwości żołądkowych. Rzym miał być długo oczekiwanym powrotem i pokazem siły nabytej po zajęciach z byłym szkoleniowcem Rafaela Nadala. I był. Iga była pewna siebie, mocna, w kilku pojedynkach grała jak walec, nawet kiedy naprzeciwko stanęła wysoko rozstawiona Jessica Pegula. Przegrana ze Switoliną, druga w tym roku, nie przekreśla tego wszystkiego, bo Ukrainka gra w ostatnim czasie rewelacyjnie i tak też spisała się w pojedynku z Polką.*– Zbigniew Ziobro w Stanach Zjednoczonych. Dumny z siebie i kpiący z organów ścigania. I podejmujący nową pracę, bo przecież z posłowania raczej zrezygnował, choć zapewne oficjalnie on i jego zwolennicy zapewniać będą, że nadal jest pełnoprawnym posłem na Sejm Rzeczypospolitej, tylko obecna koalicja uniemożliwia mu sprawowanie mandatu.Ucieczka Ziobry jest jak gotowy scenariusz filmowy, choć nie do końca jeszcze jasny, bo nadal nie wiadomo, jak udało mu się wyjechać z Węgier i wjechać do Stanów Zjednoczonych, które wiedzą prawie wszystko o każdym obcokrajowcu wjeżdżającym do tego kraju. Pytanie tylko, kto kręciłby film… Mógłby zarówno Władysław Pasikowski, jak i Stanisław Bareja. Historia jest bowiem tyle ekscytująca, co groteskowa.Jedno jest zastanawiające, o ile oczywiście prawda jest taka, jaka jest nam podawana. Dlaczego polskie władze ograniczają się do wysyłania pism do strony węgierskiej i amerykańskiej? Od początku było jasne, z jakim środowiskiem ma się do czynienia. Po pierwsze z ostatnimi dniami rządów Victora Orbana, którego z pewnością nie można określić mianem krystalicznie uczciwego. Po drugie z postacią, która powinna odpowiedzieć za 26 zarzutów, z których wszystkie są zarzutami o skrajną nieuczciwość. Po trzecie to postać związana ze środowiskiem, które z prawem i sprawiedliwością niewiele ma wspólnego. Dlaczego w tej sytuacji polskie służby decydują się na tak delikatne działania? Dlaczego Ziobro i Romanowski nie byli obserwowani? Dlaczego zapanowała wiara w to, że ci dwaj azylanci nie znajdą nikogo, kto im pomoże, co więcej, ma możliwości, by pomóc w ucieczce? Okazało się, że pomogli zarówno Węgrzy, jak i Amerykanie. To prosty wniosek, ponieważ bez ich pomocy ucieczka nie mogłaby dojść do skutku. Zostaliśmy spoliczkowani.Wiele lat temu Marcin Daniec zażartował sobie z Andrzeja Gołoty, mówiąc, że polski pięściarz nie spodziewał się, że po wejściu do ringu Lennox Lewis zacznie go bić. Przypomnijmy, Gołota przegrał walkę przez nokaut po 95 sekundach, nie oddając żadnego ciosu.Polskie służby, tak jak Andrzej Gołota, zostały zaskoczone czymś, czego absolutnie powinny się spodziewać – kombinowaniem, oszustwem i kolejną już ucieczką. Nie było żadnego zabezpieczenia przed takim działaniem oskarżonych. Nie było założenia, że w tej konkretnej sprawie działać należy jeszcze bardziej zdecydowanie i w myśl zasady ograniczonego zaufania do kogokolwiek.Tymczasem media społecznościowe zalane zostały wpisami polityków koalicji rządzącej, w których najczęściej powtarzanym słowem był „tchórz”. Do tego przepowiednie, że w końcu Ziobrę dosięgnie sprawiedliwość i że skończył się w Polsce czas bezprawia. Nic, kompletnie nic takie prawdy objawione nie zmieniają. Jedynie podnoszą ciśnienie. Zmienia tylko zdecydowane działanie. I tego zabrakło. Zabrakło kogoś pokroju Bartłomieja Sienkiewicza, skutecznie realizującego założone zmiany.Czytaj także: Bliski współpracownik Maduro deportowany do USA*– Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji. Celem jest opracowanie nowej konstytucji „dla generacji 2030”. Ustawa zasadnicza rzeczywiście potrzebuje korekt, dostosowania jej do obecnych warunków, bo świat i nasz kraj zmieniają się w szybkim tempie. Ale w sytuacji, w której nową konstytucję wymyśliła ekipa, która tej obecnej nie szanuje i działa wbrew jej podstawowym zasadom, trudno być zwolennikiem tego planu. Około 60% badanych Polaków źle ocenia powstanie owej rady, bo my nie chcemy nowej konstytucji, chcemy jedynie korekt, które pozostałyby bez wpływu na ustrój panujący w Polsce.Karol Nawrocki chce systemu prezydenckiego, który generalnie nie jest dobrym rozwiązaniem, a w naszym kraju, przy tak głębokiej polaryzacji, jest złem w czystej postaci. Podział, który utrzymuje się od dłuższego czasu i będzie się jeszcze długo panoszył, gwarantuje brak szacunku połowy społeczeństwa do głowy państwa. Z założenia, niekoniecznie z przekonania. Rada jest zatem kolejnym krokiem prowokacyjnym i polaryzującym. Wystarczy bowiem spojrzeć na jej skład, choć wypominanie obecności w niej Julii Przyłębskiej jest pastwieniem się nad prezydentem. Niczego mniej logicznego i kompromitującego nie mógł wymyślić.Gwoli formalności, przy prezydencie Karolu Nawrockim działa obecnie siedemnaście różnego rodzaju rad. Nie wszystkie budzą wątpliwości. Na pewno rodzi je Rada Nowych Mediów. Tu też ciekawy jest jej skład.*– Donald Trump odwiedził Chiny. Był zachwycony. Przede wszystkim obietnicą zamówienia przez Chiny 200 maszyn Boeinga. Poza tym wychwalał przywódcę Xi Jinpinga, piękno ogrodów, które zwiedził, a także dzieci witające go po przylocie. Wielokrotnie komplementował komunistycznego przywódcę, nazywając go swoim przyjacielem, wspaniałym człowiekiem i „silnym przywódcą, który żelazną ręką kontroluje 1,4 mld ludzi”. Trumpowi imponują przywódcy, którzy kontrolują państwo i naród. Stąd jego brak stanowczości wobec Putina.Xi Jinping reagował na słowa Trumpa jedynie uśmiechem, sam nie wydobył z siebie żadnej pochwały wobec amerykańskiego przywódcy. Nie musiał. Trump znał od początku swoje miejsce w szeregu, a Xi Jinping mu je dodatkowo wskazywał. A jeszcze niedawno prezydent USA był wobec Chin buńczuczny i nałożył wysokie cła. Szybko musiał zweryfikować swoje działania, kiedy okazało się, że bardziej cierpi na nich Ameryka niż kraj środka.Obie strony mówią o dobrym spotkaniu, dobrej wizycie, o uzgodnieniach i wzajemnej współpracy. Wychodzi jednak na to, że Xi Jinping pokazał Trumpowi, żeby nie podskakiwał, bo sobie i tak nic z tego nie robi.Czytaj również: Rekord nie z tego świata. Po raz kolejny dotarł na szczyt Everestu*– Jak co roku, mniej więcej o tej porze, zmagamy się z rywalizacją wykonawców o zwycięstwo w konkursie Eurowizji. Dla jednych są to rzeczywiście trudne zmagania z wszelkimi relacjami, których nie da się uniknąć w całym tygodniu związanym z konkursem, dla innych to duża przyjemność i chwile ekscytujące.Eurowizja to w większości wokaliści o świetnych warunkach głosowych z – w większości przypadków – nieudanym repertuarem, tworzonym na siłę po to, by wyeksponować wokalne umiejętności artystów, w efekcie wokaliści wystawiają na próbę możliwości mikrofonów, i po to, by przypodobać się jury. Stąd pojawiające się w tych konkursach kiczowate „zwrotkorefrenowe” utwory, które później trudno jest sobie zanucić pod prysznicem, tak jak nuciło się „Waterloo” ABBY czy choćby „Fairytale” Alexandra Rybaka. W ostatnim czasie dołożono jeszcze próby zwrócenia uwagi poprzez choreografię, bo taki jest świat komercyjnej muzyki. Kiedy ktoś po prostu na scenie śpiewa i gra, może zostać skrytykowany przez artystę, który nastawia się na show, kostiumy i taniec, najlepiej z zabarwieniem erotycznym. Przecież pamiętamy, jak Stingowi dostało się od Dody po Sylwestrze z Dwójką.W tym roku Eurowizję wygrała Bułgaria, Polska na miejscu 12. Konkurs zbojkotowało pięć państw z powodu udziału Izraela.*– „Wichrowe wzgórza” można już oglądać w telewizji. Od premiery kinowej minęło już trochę czasu i przeprowadzono wiele dyskusji na temat tej ekranizacji. Zarzutów jest tyle samo, co pochwał, a to znaczy, że twórczyni filmu, Emerald Fennell, odniosła sukces – przyciągnęła uwagę.Filmowi zarzuca się emanujący z ekranu erotyzm. W powieści Emily Brontë z XIX wieku, 1847 rok, relacja Cathrine i Heathcliffa była czysto romantyczna, żeby nie powiedzieć platoniczna. Nie mogła być inna, zważywszy na czas publikacji. Można odnieść wrażenie, że nigdy nawet się nie dotknęli. Ale łatwo sobie wyobrazić, że miłość, którą nawzajem siebie darzyli, musiała być okraszona cielesnością i pożądaniem. Miłość bez fascynacji erotycznej? Istnieje? Z takiego założenia wyszła Fennell, kręcąc ten film.Kilka elementów tej historii zostało przedstawionych inaczej niż na kartach powieści Brontë. Ale musiało? Nie musiało. To wolność twórców, którzy nie obiecywali wiernej książce ekranizacji.Zobacz też: „Moralność pani Dulskiej” na nowo. „Jesteśmy tak samo zakłamani”„Wichrowe wzgórza” Emerald Fennell grają obrazem, pięknymi krajobrazami i barwami. Ale uderzają też świetną grą Margot Robbie, mniej Jacoba Elordiego. I mimo że nadal jestem absolutnym wielbicielem ekranizacji z 1992 roku z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem, to nie wykluczam bycia fanem także tej najnowszej wersji. Nie trzeba opowiadać się po czyjejś ze stron. A wszystkim tym, którzy zrezygnowali z obejrzenia po przeczytaniu kilku krytycznych zdań, polecam poleganie na własnym zdaniu.I koniecznie w wersji oryginalnej. Polski dubbing jest ponownie na wysokim poziomie, głosu Margot Robbie udziela ponownie Paulina Gałązka, która była także „Barbie”, granej przez Robbie, ale nic nie zastąpi oryginalnych szeptów Margot Robbie i emocji w głosie Elordiego.Ciąg dalszy nastąpi za tydzień