Bejrut pod ostrzałem. Od 17 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni, ale nikt nie ma wątpliwości, że wojna nadal trwa, a każdego dnia sytuacja staje się coraz gorsza. Przez trzy tygodnie od wstrzymania działań wojennych w izraelskich bombardowaniach zginęło prawie 400 osób. Izrael zbombardował bez ostrzeżenia południe Bejrutu, a codziennie kilkadziesiąt razy bombarduje wschód i południe kraju, równając z ziemią całe miejscowości i wydając kolejne nakazy o ewakuacji. Na prawie 6 mln mieszkańców kraju, ponad 1,3 mln jest przesiedlonych. Kraj pogrąża się w katastrofie gospodarczej i humanitarnej. – Już w pierwszej wojnie w 2024 roku nasz dom został zniszczony. Nie wiem, czy tam kiedyś wrócimy – mówi pochodząca z miejscowości An-Naqoura w południowym Libanie Rima. Teraz mieszka w jednej ze szkół zamienionej na schronisko dla uchodźców w mieście Saida. Opowiada o warunkach, pokazując mi kąt w jednej z klas. W pomieszczeniu mieszka dwadzieścia osób z najbliższej rodziny Rimy. Ona z mężem i trojgiem dziećmi, mają do dyspozycji tę jedną stronę. Odsłoniętą plandeką zawieszoną na lince, by było trochę prywatności. W rogu piętrzą się materace i koce, stoi butla gazowa.– Przyjechaliśmy z niczym. Dostaliśmy materace, poduszki. Mieliśmy oszczędności, ale długo już nie pracujemy, więc zaczęło się robić ciężko. Tułamy się od dwudziestu miesięcy – mówi.Kiedy 2 marca rozpoczęła się obecna wojna mieszkali w Shaaitiyeh, ale z powodu bombardowań musieli uciekać. – Zanim tu dotarliśmy, byliśmy w drodze 19 godzin. Córka była przerażona, dostała ataku paniki, jak tylko słyszała samoloty. Teraz ciągle płacze, izoluje się od wszystkich. Syn stał się agresywny. Szkołę mają online. Nie mamy komputera, więc łączą się w telefonie, ale ciężko im się skoncentrować, przez wojnę i te warunki, bo w pomieszczeniu jest pięcioro dzieci – mówi.Warunki są trudne, jest tłoczno, za mało łazienek, często brakuje ciepłej wody. – Mąż dorabia w kuchni, która gotuje dla uchodźców. Otrzymujemy od organizacji jeden ciepły posiłek dziennie. Dostajemy też chleb i wodę. Czasem środki higieniczne – mówi Rima.Czytaj też: Setki ludzi umierają na oczach świata. „Wszyscy musimy o tym mówić”Ostry niedobór żywnościOstatnie raporty IPC, czyli Zintegrowanej Klasyfikacji Faz Bezpieczeństwa Żywnościowego są alarmujące, ostrą niepewnością żywnościową zagrożonych jest w Libanie 1,24 mln osób. – Kiedy mówimy, że mniej więcej co czwarta wg tych danych osoba zmaga się z ostrym niedoborem żywności w fazie IPC 3, nie mamy na myśli osób, które jedzą mniej, niż by chciały. Faza 3 to poziom „kryzysowy” – oznacza, że ludzie spożywają niewystarczającą ilość żywności, bo ich po prostu nie stać – komentuje dane z raportu Elie Yaacoub, koordynator zespołu analitycznego amerykańskiej organizacji Mercy Corps w Bejrucie. Na południu Libanu sytuacja jest jeszcze gorsza.– W najbardziej dotkniętych dystryktach – Bint Dżbeil, Mardżajun, Nabatijja i Tyr – na tym poziomie znajduje się od 55 proc. do 65 proc. populacji, a około 10 proc. jest już w fazie 4, to stan „nadzwyczajny”. Jeszcze pod koniec roku 2025 roku, 874 tys. osób było zagrożonych niedoborem żywności. Wzrost do 1,24 miliona w ciągu zaledwie kilku miesięcy pokazuje, że sytuacja szybko zmierza w złym kierunku – mówi ekspert.4,5 tysiąc obiadów dziennieGdyby nie lokalna organizacja prowadząca kuchnię wspólnotową, która dostarcza posiłki do schronisk, wiele rodzin, takich jak Rimy nie zjadłoby ciepłego posiłku. – W samej Saidzie jest 27 schronisk, dostarczamy posiłki do 16 z nich. Codziennie gotujemy 4,5 tysiąca obiadów – mówi Salah, koordynator ds. komunikacji lokalnej organizacji, który oprowadza mnie po kuchni. Jest późne popołudnie. Właśnie ją sprzątają, ale jutro wcześnie rano, praca zacznie się od nowa.– Zaczęliśmy projekt w trakcie wojny w 2024 roku. Potem w trakcie zawieszenia broni po pierwszej wojnie, dostarczaliśmy 350 posiłków do rodzin mieszkających blisko niebieskiej linii (umownej granicy między Izraelem a Libanem – przyp. red.). Teraz, kiedy rozpoczęła się druga wojna, potrzeb jest jeszcze więcej. Mogliśmy rozwinąć projekt dzięki międzynarodowym organizacjom jak Action in Humanity, która nas wspiera – mówi. Schodzimy do piwnicy, gdzie znajduje się duża, nowoczesna piekarnia. – Przygotowujemy 3,3 tys. opakowań dziennie, w każdym jest sześć chlebów – mówi.Również dla Kudmy i jej rodziny ciepły posiłek, który dostarcza organizacja, jest jedynym. – Mąż nie pracuje. Jemy, co nam dadzą. Nie mam nawet na lek, który cały czas powinnam brać. Opakowanie kosztuje 24 dolary. Brakuje ubrań, bielizny. Piorę to, co mamy – mówi kobieta.Choruje na chorobę Leśniowskiego-Crohna. Zostali wysiedleni w trakcie poprzedniej wojny, wtedy też miała operację, usunięto jej fragment jelita, do tej pory jej stan zdrowia nie jest najlepszy. Jednak bardziej niż o siebie, martwi się o dziewięcioletniego syna. Jest niepełnosprawny intelektualnie. – Nie może się wyrazić. Nie rozumiem go. Nie zdążyłam spakować jego zabawek sensorycznych. W domu od sześciu lat miał dwa razy w tygodniu sesje terapeutyczne. Teraz nas nie stać. Zrobił się bardzo agresywny, uderza kuzynów, którzy mieszkają w naszej sali. To nie jest dla niego dobre miejsce. Jest za tłoczno. Mieszkamy w pięć rodzin w jednej sali. Kiedy tu dotarliśmy, spałam z nim cztery dni w samochodzie, nie chciał wyjść, był tak przerażony. To było jedyne miejsce, które znał i w którym czuł się bezpiecznie – opowiada kobieta.Stara się poświęcić mu jak najwięcej czasu, ale syn potrzebuje specjalistycznej pomocy. – Osiągnęliśmy pewien poziom w tej terapii, teraz widzę, jak jego stan się pogorszył, wszystko co wypracowaliśmy, się cofnęło – mówi zasmucona.Czytaj też: Polowanie na elity irańskiego reżimu. „Atakując Izrael, stajesz się ofiarą”Poważny kryzys gospodarczySytuacja staje się coraz dramatyczniejsza, bo gospodarka załamuje się coraz bardziej, a dla wielu rodzin to oznacza pogłębiającą się biedę. Straty ekonomiczne obecną wojną i wojną w 2024 roku, szacowane są na 18 mld dolarów – podaje libańskie Ministerstwo Finansów.– Sytuacja nakłada się na kryzys finansowy z 2019 roku, z którego kraj jeszcze się nie otrząsnął. Prognozy PKB na 2026 rok wahają się od 7 proc. spadku według libańskich urzędników do nawet 12–16 proc. według Instytutu Finansów Międzynarodowych. Ucierpiały wszystkie główne sektory. Turystyka, która przed konfliktem generowała do 20 proc. PKB, w praktyce załamała się. Wpływy spadły o ponad 80 proc., pozbawiając pracy tysiące pracowników sezonowych i dorywczych. Rachunki za elektryczność, którą Libańczycy kupują z generatorów, wzrosły o 34 proc. Do bezprecedensowego poziomu wzrosły czynsze za wynajem, więc ludzie koczują w namiotach, samochodach – wylicza Elie Yaacoub z Mercy Coprs.Tysiące wysiedlonych rodzin, których nie stać na wynajem i nie znalazło pomocy w tymczasowych, darmowych schronieniach i mieszka po prostu na ulicach, w namiotach lub samochodach. Tak, jak przy nadmorskim Biel w stolicy kraju Bejrucie. Koczuje tu kilka tysięcy osób.Pomaga… obcinając włosyOd drugiego dnia wojny przyjeżdża tu Daniel, fryzjer z miasta Saida. Codziennie rano pakuje narzędzia fryzjerskie i motorem pokonuje 45-minutową drogę do Bejrutu, by w swój sposób pomagać przesiedlonym osobom. – Nie mogłem pomóc finansowo, ale umiem obcinać włosy – mówi 23-latek, robiąc właśnie fryzurę chłopcu.– To pierwszy raz od początku wojny, kiedy mam skrócone włosy. Nie chodzę na razie do szkoły, ale tak bardzo cieszę się, że Daniel zrobił mi fryzurę – mówi 11-letni Ali. Daniel rozkłada stanowisko około 10 rano, przyjmuje „klientów” do zachodu słońca.– Kiedy tylko przyjeżdżam, z daleka widzę, jak biegną dzieci i krzyczą: barber przyjechał, barber już jest. Doświadczam od nich tak dużo wdzięczności. Nawet jeśli to bardzo mały gest – mówi.Przed stanowiskiem postawił kartonik na wynagrodzenie. Podnoszę, jest pusty. – Ci ludzie naprawdę mają trudną sytuację, dlatego tym bardziej cieszę się, że mogę coś dla nich zrobić – mówi.W kolejce czeka już pięć osób, co chwilę dochodzą nowe. Następny jest Abboud. Przywiózł na wózku swojego niepełnosprawnego kuzyna. – Nie chodzi i nie mówi. Czasem bywa też agresywny – mówi chłopiec.Obaj pochodzą z Syrii. Mieszkali na południu Bejrutu w Dahieh, ale kiedy zaczęły się bombardowania, ich rodziny przeniosły się tutaj. Mieszkają w namiotach. Choć Abboud ma trzech braci i dwie siostry, opiekuje się swoim kuzynem. – Nie mamy łazienki, ale chciałem, by miał obcięte włosy – mówi 13-latek.Kiedy Daniel zajmuje się kuzynem, chłopiec nie odstępuje go na krok. Pędzlem oczyszcza jego szyję, ze ścinków włosów, podtrzymuje głowę, trzyma za rękę i uspokaja, kiedy zrobi się niespokojny. – Jesteśmy przesiedleni już drugi raz. Rodzice nie mają pieniędzy, więc nie poszlibyśmy od fryzjera. Nie chodzimy do szkoły – mówi chłopiec.Pytam, czy kuzyn chodzi na jakąś terapię. – Nie. Jego rodzice nie mają pracy, nie mają pieniędzy – odpowiada Abboud. Daniel nie tylko obcina włosy. Rozmawia z dziećmi, dorosłymi. – Wielu z nich dzieli się ze mną tym, czym nie dzieli się nawet z bliskimi. W tym zawodzie nie tylko obcinasz włosy – uśmiecha się.Cieszy się, że może być potrzebny. – Niezależnie od tego, czy to szyici, sunnici. W takim momencie powinniśmy myśleć w kategoriach, że wszyscy jesteśmy po prostu Libańczykami – mówi.Czytaj też: Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Dla Chin wojna USA-Iran to geopolityczny bonusTrudne warunki dla dzieciSpotykam młodą matkę. Rodzina śpi w samochodzie. Właśnie w kocu ze swoim tatą, czyli dziadkiem dziecka kołysze sześciomiesięczną córeczkę do popołudniowej drzemki. Nie chce rozmawiać. – Nie ma o czym mówić, sytuacja jest koszmarna. Żyjemy w samochodzie. Nie będę ci nic mówić. Sama widzisz, jak to wygląda. Niczego nie mamy – mówi.Pozwala zrobić zdjęcie.Z powodu takich warunków, więcej małych dzieci choruje. – Mamy około 6-8 porodów dziennie. Wszystkie rodziny, które do nas trafiają, są przesiedlone. Mieszkają głównie w namiotach na ulicy. Takie warunki sanitarne są koszmarne dla kobiet w połogu i noworodków. Z tego powodu dzieci wracają do nas z wirusami, biegunkami. Mamy są zestresowane, niedożywione, niektóre z tego powodu nie mogą karmić. Nie mają nawet wody, by myć czy wyparzać butelki. Od nas dostają doraźnie mleko modyfikowane, czy pampersy, kiedy opuszczają szpital, ale wiele z nich ma potem trudności z ich zakupem. Na ulicach sytuacja jest bardzo trudna – mówi dr Pia Kiwan, pediatra neonatolog, pracująca w jednym z publicznych szpitali w Bejrucie. I dodaje: – wiele z tych rodzin, nie będzie miało, dokąd wrócić.Pas bezpieczeństwaZniszczenia przeprowadzane przez izraelską armię na południu Libanu są bezprecedensowe. – To, czego jesteśmy świadkami w południowym Libanie, to zniszczenia w tempie i intensywności, które nie miały miejsca w najnowszej historii Libanu. Od początku wojny, czyli 2 marca, do końca kwietnia 62 tys. budynków mieszkalnych zostało uszkodzonych lub całkowicie zniszczonych. Dla porównania, w trakcie działań wojennych w latach 2023–2024 spowodowała uszkodzenie lub zniszczenie około 230 tys. mieszkań – ale to trwało ponad dwa lata i trzy miesiące. Obecnie mamy do czynienia z niecałymi dwoma miesiącami. Siły izraelskie kontynuują systematyczne niszczenie infrastruktury na południe od rzeki Litani. To właściwie polityka systematycznego wyburzania wiosek w obrębie ogłoszonego „pasa bezpieczeństwa” – mówi Elie Yaacoub, ekspert z Mercy Corps.Ten pas bezpieczeństwa ogłoszony przez Izrael to w niektórych miejscach od kilku do nawet 25 km w głąb Libanu. Działania Izraela nie oszczędziły też ziem rolniczych. — Ministerstwo Rolnictwa poinformowało, że 22 proc. zdolności produkcyjnej rolnictwa zostało uszkodzone, a bombardowania dotknęły uprawy, systemy nawadniające i hodowle zwierząt. Zniszczono drogi, infrastrukturę telekomunikacyjną i mosty na rzece Litani, pozostawiając około 150 tys. na odizolowanych obszarach. To nie są straty uboczne – to celowy demontaż infrastruktury całego regionu – mówi analityk Mercy Corps.Odbudowa tych zniszczeń zajmie dekady. Niektóre miejscowości przestały istnieć. Tak jak Rimy. – Nie wiem, czy tam kiedyś wrócimy, bo nawet jeśli wojna się skończy, nie mamy pieniędzy, żeby odbudować dom – mówi.Pytam, czy mimo wszystko nadal wspiera Hezbollah, mówi, że tak. – W rodzinie, mamy trzech męczenników, bronili naszej ziemi, przed Izraelem – mówi. Kudma też jest za Hezbollahem. – Nie chcemy wojny, ale oni nas bronią, Izrael niszczy i zabiera naszą ziemię – mówi kobieta. Ona też straciła członków rodziny, ale byli cywilami. – Wczoraj zabili mojego kuzyna. Został na południu ze swoich starszym ojcem, który nie chciał opuścić swojego domu. Wiózł jedzenie do niego. Jechał na motorze i zabili go- mówi. Jej rodzina była wysiedlona w 2024 roku również, dom był zniszczony, ale nie zrównany z ziemią. Cały czas liczy, że kiedyś wrócą i go odbudują. Na razie pozostaje rozpacz. – Jak patrzę na zdjęcia moich ukochanych miejsc z południa, nie rozpoznaję ich. Już ich nie ma – mówi ze łzami w oczach.Czytaj też: Wietnam kontra Chiny. O miskę ryżu„Mama otrzymała ostrzeżenia od Hezbollahu”Z południa Libanu pochodzi też Mirna, dokładnie z Nabatijje. Spotykamy się południowym Bejrucie, w mieszkaniu, które wynajmuje. Mieszka tu od sześciu miesięcy z trzema córkami. W pierwszej wojnie w 2024 wyjechały pierwszy raz. Wróciły w styczniu 2025, ale nie zostały długo.– Mama otrzymała od Hezbollahu ostrzeżenia, żeby nie wyrażała swojego sprzeciwu – mówi jej córka Seba. Mirna od zawsze była przeciwko organizacji. Urodziła się na południu i pamięta, kiedy było inne, zanim ideologia organizacji zmieniła to miejsce.– Kiedy wróciłam po pierwszym zawieszeniu broni do Nabatijje wszyscy wywieszali na swoich domach, ruinach flagi Hezbollahu. Ja wywiesiłam libańską. Nie było ich wiele. To mnie zasmuciło. Widziałam jak Nabiatijje pod ich wpływem się zmieniało. Nie było tam życia powoli, Hezbollah zamykał wszystko, co było radością, powodem do uśmiechu. Zamknęli kino, nie było barów. Wszystko było smutne, wszędzie ich banery. Sąsiedzi słuchali religijnych recytacji a ja zawsze rano Fairuz. Zaczęli narzekać, że za głośno. Jak miałam tyle lat co córki, co sobotę chodziliśmy tańczyć. Teraz nie było takich miejsc w mieście. Wszystko zamknęli – mówi Mirna.Do wojny pracowała jako twórczyni lokalnego rękodzieła, pisała też dla lokalnych portali. Mimo szykan za sprzeciw wyrażany przeciwko Hezbollahowi, po pierwszej wojnie wróciła. – Mieszkanie było zniszczone, zaczęliśmy je sprzątać, naprawiać. Zawsze byłam zdania, że musi tu przyjść libańska armia, rozbroić Hezbollah, pozbyć się tej broni, żeby Izrael nie miał pretekstu. Codziennie zasypialiśmy w strachu i budziliśmy się w strachu, że nas zbombardują. Kiedy mówiłam, że jestem przeciwko Hezbollahowi i wojnie, mówili, że jestem zdrajczynią – opowiada.– Mama dostawała nie tylko obelgi, ale i groźby, że ją zabiją, że zrobią nam krzywdę – mówi dwudziestojednoletnia córka Seba. Dziś to ona jedyna utrzymuje rodzinę. Daje lekcje angielskiego. – Jestem młoda, ale nie miałam tam wielu znajomych. Byliśmy inni niż nasi sąsiedzi. Zdarzało się, że wchodziliśmy do jakiegoś sklepu i nie chcieli nas obsłużyć, bo mówili, że jesteśmy proizraelscy – opowiada.Czytaj też: Militarna supremacja USA? Iran pokazuje jej granicę„Mamo, uciekniesz beze mnie?”Wojna najbardziej odbiła się na najmłodszej córce, ośmioletniej Lour. Sama nie chce iść nawet do drugiego pokoju. – Kiedy wróciliśmy po pierwszej wojnie i poszła do szkoły, któregoś dnia zapytała „jeśli wojna znów wybuchnie, a ja będę w szkole. Czy uciekniesz beze mnie? – opowiada mama dziewczynki.Lour opowiada, za czym najbardziej tęskni. – Zostawiłam tam rower. Lubię jeździć na rowerze. Tęsknię za naszą zieloną sofą. Lubiłam na niej leżeć. Pokazuje mi ulubioną lalkę, którą wzięła, bo nie może bez niej spać i kolorowe kartki, które od koleżanki dostała na urodziny.– Napisała tu, że różne rzeczy o mnie, jak mnie lubi. Często je oglądam – mówi dziewczynka i dodaje: – Nie jest tak głośno od bomb jak w Nabatijje, bo tu tak często nie bombardują, a jak bombardują, to strzelają z broni z ostrzeżeniem, więc mogę się przygotować – mówi dziewczynka.I co wtedy robisz? – pytam.– Zatykam uszy. O tak! Kładzie dłonie na uszach i mocno je przyciska. Wszystkie mają lęki, problemy ze spaniem. – Czasami leżę tak do rana, myślę wtedy: a co zrobimy, jak znów zaczną bombardować, szukam miejsca, gdzie mogłybyśmy się wtedy schronić – opowiada najstarsza córka.Nie chce tam jednak wrócić. – Dlatego, że jak wróciliśmy tam po pierwszej wojnie, to ja już niczego nie poznawałam. Nie wiedziałam, gdzie jest mój ulubiony sklep z cukierkami, a poza tym już nie wierzę mamie i siostrom – mówi. Jak to im nie wierzysz? Pytam. – Nie wierzę, że nie będzie już wojny. Wróciłyśmy jak pierwsza się skończyła. Powiedziały, że już koniec, a potem znów zaczęli bombardować – mówi ośmiolatka. – Nie wiem jak długo tu zostaniemy, ale wiem jedno, dopóki Hezbollah jest na południu, nie wrócimy tam – mówi jej mama.O powrocie do domu marzy czternastoletni Hadi. Pochodzi z południa Libanu, ale przenieśli się na południe Bejrutu, potem stamtąd też musieli uciekać. Od początku wojny Izrael bombarduje te części miasta. Uciekło stamtąd około 400 tys. osób.– W ten dzień przed bombardowaniem grałem z kolegami w piłkę, ale w nocy zaczęła się wojna. Tata nas obudził. Usłyszeliśmy wybuchy i krzyki ludzi. Mama bardzo się bała. Bała się o nas. Ja się nie bałem – mówi chłopiec.Zanim dotarli tu do szkoły, spędzili cały dzień w samochodzie przy rondzie Tayouneh. Pokazuje mi, co zabrał ze sobą. Rybkę i ptaszka. Opiekuje się nimi. – Cieszę się, że zdążyliśmy je zabrać. Wziąłem samolot, który ułożyłem z puzzli. Tęsknię za moim łóżkiem. Nie sypiam tu dobrze, bo to nie jest mój dom. Nikt nie zaakceptowałby takiego życia. Chcę wrócić do domu – mówi.Na razie dla niego i setek tysięcy przesiedlonych powrót do domu pozostaje marzeniem, bo coraz częściej słychać w Libanie, że końca tej wojny nie widać. Prognozy nie są optymistyczne, a o dyplomatyczne rozwiązania, które przyniosłyby długotrwały pokój na razie trudno.Wojna, w której zabito od początku marca ponad 2,8 tys. osób albo się zamrozi i będzie trwała miesiącami, a Izrael tak jak kiedyś, będzie okupował południowy Liban albo jej rozwiązaniem jest kolejna wojna – słychać coraz częściej na libańskiej ulicy.