Czy bilety lotnicze będą droższe? Spokojne, to tylko awaria. Chwilowa, więc bez paniki. Na wakacje dolecimy, nie będzie drastycznego wzrostu cen biletów, paliwa lotniczego w Europie nie zabraknie. Eksperci zajmujący się lotnictwem cywilnym oceniają, że wojna w Zatoce Perskiej wprawdzie wstrząsnęła nieco lotniczym światem, ale go nie zdewastuje. Mimo że końca konfliktu USA z Iranem jeszcze nie widać. – Linie lotnicze to najlepiej zorganizowany biznes na świecie – mówi Dominik Punda, pilot samolotów rodziny Airbus A 320. – Wprawdzie działają na podstawie rynkowych prognoz długoterminowych, ale równocześnie potrafią reagować na nagłe zawirowania – ocenia.Kryzys za kryzysemOstatnie lata są dla przewoźników lotniczych bardzo trudne. Bo pandemia, bo wojna w Ukrainie i od końca lutego tego roku, konflikt w regionie Zatoki Perskiej. Z pandemią branża lotnicza poradziła sobie szybko, chociaż zapowiadano, że odbudowa ruchu lotniczego potrwa nawet sześć lat. Tymczasem samoloty były uziemione tylko kilka miesięcy i zaraz po wprowadzeniu zasad podróżowania dostosowanych do zagrożenia epidemiologicznego, wystartowały ponownie. Z kolei wojna w Ukrainie spowodowała zamknięcie dużego obszaru przestrzeni powietrznej, przede wszystkim nad Rosją. Wtedy linie lotnicze ustaliły nowe szlaki dla swoich maszyn. Można rzec, nie było mocnych, żeby biznes lotniczy powstrzymać i najpewniej w obliczu wojny USA z Iranem będzie podobnie.Czytaj też: Tanie linie kończą działalność. Odwołano wszystkie lotyPo pierwsze paliwo– W Europie go nie zabraknie – ocenia Eryk Kłopotowski, ekspert lotniczy. – Dostawy z Zatoki Perskiej to jedynie 20 procent paliwa dla europejskich linii lotniczych, a te są w stanie czerpać z alternatywnych źródeł – dodaje. Jego zdaniem w gorszej sytuacji są przewoźnicy z Azji, zdecydowanie bardziej zależni od dostaw z krajów regionu Zatoki.Wszystko to nie zmienia faktu, że w przestrzeni publicznej paniki nie brakuje, głośno o drastycznym wzroście cen biletów lotniczych i kasowaniu rejsów w czasie nadchodzących wakacji. – Trochę to po to, żeby newsy się klikały – mówi Eryk Kłopotowski, ale też jego zdaniem po to, żeby linie lotnicze i politycy przy okazji coś dla siebie mogli ugrać. Korzystając z pretekstu, czyli z kryzysu paliwowego wywołanego wojną w Zatoce, przewoźnicy wykonują ruchy, które łatwo takim kryzysem uzasadnić.Na przykład kasują mniej opłacalne połączenia albo redukują liczbę pracowników. To właśnie robi niemiecka Lufthansa, która z poważnymi problemami zmaga się od kilku lat. Teraz ma okazję przeprowadzić zmiany bez wizerunkowej straty, bo przecież wszystko, co złe można usprawiedliwić okolicznościami zewnętrznymi. – Jeśli się dokładnie przyjrzeć, to zmiany w siatce połączeń niemieckich linii są kosmetyczne – ocenia Kłopotowski.Amerykańskie linie lotnicze Spirit Airways – zdaniem części lotniczych analityków – nieprzypadkowo wybrały moment zakończenia działalności właśnie teraz, uzasadniając to wzrostem cen paliwa lotniczego. Wobec takiego argumentu nikt przecież nie będzie drążył i sprawdzał, jak ta firma była zarządzana.Wzajemne podgryzanieKryzys takim metodom sprzyja. Oto bowiem szef Ryanair, Michael O’Leary zdążył już ogłosić koniec swojego największego w Europie rywala, czyli linii Wizz Air. Tyle że nic nie wskazuje na to, żeby węgierski low cost miał bankrutować z powodu wzrostu cen paliwa lotniczego. Słuchając O’Leary'ego warto pamiętać, że to ten sam człowiek, który kiedyś zapowiadał wprowadzenie miejsc stojących w samolotach i opłaty za korzystanie z pokładowych toalet. To showman po prostu, którego występy publiczne są częścią strategii marketingowej Ryanaira. Oczywiście można spodziewać się wzrostu cen biletów, o tym także często mówi O’Leary, jednak nie drastycznego, jedynie od 5 do 10 procent. – Paliwo stanowi tylko jedną piątą kosztów operacyjnych linii lotniczej. – wyjaśnia Eryk Kłopotowski.Jeśli zatem przewoźnicy krzyczą: kupujcie bilety dziś, bo jutro będzie drożej, to może to być po prostu wykorzystanie okazji do zwiększenia sprzedaży.Czytaj też: Popularne linie ograniczają loty do Polski. Mniej lotów już od majaWielcy z ZatokiZnane także na polskim rynku, linie lotnicze z Zatoki Perskiej, czyli Emirates, Etihad i Qatar w wyniku wojny USA z Iranem poniosły bezspornie straty największe. Kryzys dotknął też arabskie linie nisko kosztowe.Samoloty na krótki czas uziemiono i dla bezpieczeństwa, część maszyn przechowywano poza regionem objętym konfliktem. Dziś już latają, choć raczej puste, bez turystów na pokładach.Biznes lotniczy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Katarze rozwijał się bezproblemowo i nieomal wzorcowo. Sprzyjało temu położenie geograficzne, w połowie drogi między Europą i Azją oraz olbrzymie pieniądze inwestowane właśnie w ten sektor. Po to, żeby uniezależnić miejscową gospodarkę od dochodów ze sprzedaży ropy.Emirates i Qatar pozycjonowani są jako przewoźnicy specjalizujący się w przesiadkach. Zgodnie ze statystykami branżowymi 70 procent ruchu przez lotniska w Dubaju i Doha to pasażerowie udający się w dalszą podróż.Nieco inaczej wygląda to w Arabii Saudyjskiej, która zgodnie z planem Wizja 2030 realizowanym przez premiera i następcę tronu równocześnie, Muhammada ibn Salmana, ma stać się światowym centrum biznesu i turystyki. Dlatego linie lotnicze Saudia i tworzone teraz nowe Riyadh Airlines, mają przede wszystkim dowozić ludzi biznesu i turystów do królestwa Saudów.Przestój spowodowany wojną jest dotkliwy, ale zdaniem Dominika Pundy, kraje Zatoki zbyt wiele włożyły w ten biznes, żeby tak po prostu się poddać. Ten pogląd potwierdza Eryk Kłopotowski. – Podczas EXPO 2025 w Osace byłem w pawilonie Arabii Saudyjskiej i widziałem jakie gigantyczne pieniądze ten kraj zainwestował w rozwój – wspomina. – Te pieniądze widać nawet z powietrza – uzupełnia pilot Dominik Punda. – Leciałem raz nad Arabią Saudyjską i mogłem ocenić niezwykle wysokie kwalifikacje tamtejszych kontrolerów ruchu lotniczego – mówi. Mimo że w krajach muzułmańskich wszystko jest inshallah, czyli jak Bóg da, trudno uwierzyć, żeby nadzieja przewoźników choćby tych z Europy, że arabskie linie przestaną być dla nich dokuczliwą konkurencją, była uzasadniona.Czytaj też: Miau, miau. Hau, hau. Śledztwo w sprawie komunikacji pilotów w USALot LOT-emW biznesie prowadzonym elastycznie wykorzystuje się okazje. Robi to także nasz LOT. – Wobec zastopowania ruchu przesiadkowego w Dubaju i Doha, samoloty polskiego przewoźnika w rejsach bezpośrednich do Indii i Japonii są wypełnione po brzegi – informuje Krzysztof Moczulski, rzecznik prasowy firmy. LOT rozszerza ofertę rejsów dalekodystansowych, w maju wystartowały samoloty do San Francisco, w październiku ma zostać uruchomione połączenie do Bangkoku. Sukces ruchu przesiadkowego przez Warszawę to nie tylko zasługa sprzyjających okoliczności zewnętrznych, nie tylko zasługa LOT-u, ale też stosunkowo niedużego, kompaktowego terminala na Lotnisku Chopina. Bramki do samolotów nie są daleko od siebie, a to ułatwia przesiadki, bo nie trzeba błądzić, jak to bywa na wielkich lotniskach. – LOT ma stałych klientów w rejsach przesiadkowych, z Armenii, Gruzji i Indii. Liczy też na pasażerów z Rumunii i Bułgarii, bo tamtejsze linie lotnicze nie oferują teraz rejsów dalekodystansowych – wyjaśnia Krzysztof Moczulski. Wobec planów, zgodnie z którymi LOT chce rozszerzać ofertę rejsów do Stanów Zjednoczonych, w perspektywie są Waszyngton i Boston, problem, kiedy i jak zakończy się wojna USA z Iranem jest bardzo istotny. Kraj uwikłany w długotrwały konflikt zbrojny traci przecież na popularności i istotnie są ludzie, którzy teraz wstrzymują się z podróżami do USA.Światowe dylematyKażdy kryzys polityczny i militarny pozostawia w społeczności międzynarodowej wnioski i generuje działania. Już mówi się o konieczności budowy ropociągu przez Arabię Saudyjską do Morza Czerwonego, być może też Śródziemnego, żeby uniknąć prawdopodobnych blokad cieśniny Ormuz. Włochy podpisały umowy z Algierią na dostawę gazu, Portugalia deklaruje większe dostawy ropy z Brazylii. Powróciła debata o szybszym wdrażaniu do lotnictwa paliw ekologicznych. Presja międzynarodowa na zakończenie wojny USA z Iranem jest olbrzymia, pytanie tylko, czy zadziała na Donalda Trumpa. To nieobliczalna osobowość, skłonna do działania z poziomu emocji, a nie logiki. Poza tym prezydent USA nie chce tracić swojego topniejącego grona fanów. Na ten moment pokój w Zatoce wyobraża sobie jedynie na własnych warunkach, słowo kompromis w jego języku nie istnieje. Jakkolwiek nie ocenialibyśmy reżimu ajatollahów w Teheranie, ma rację premier Italii Giorgia Meloni, mówiąc, że atakując Iran, Trump połamał prawo międzynarodowe. Czy on sam zdaje sobie z tego sprawę – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że zbliża się okazja, żeby wojnę zakończyć. 11 czerwca w Kanadzie, Meksyku i USA zaczynają się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Na to wydarzenie, także w kontekście wojny w Zatoce Perskiej będzie patrzeć cały świat. Zwłaszcza że mistrzostwa mają odbyć się z udziałem reprezentacji Iranu, która swoje mecze grupowe zagra w miastach amerykańskich. Trump jako laureat „pokojowej nagrody FIFA” być może ujrzy powód, żeby z agresora militarnego przeistoczyć się w patrona światowej piłki nożnej. Ku uldze rynków paliwowych i linii lotniczych.Czytaj też: Jeden bilet na pociąg przez całą UE? KE proponuje nowe zasady