Kłamstwo, które niszczy. Rodzice powiedzieli mi, że mama, która mnie urodziła, umarła przy porodzie, trafiłam do domu dziecka – skąd mnie wzięli – i nie mam żadnej innej rodziny. Dwa lata temu dowiedziałam się, że to nie prawda, a moja biologiczna mama żyje. Bohaterka tekstu zdecydowała się pozostać anonimowa. Nie podaję szczegółów, które mogłyby zidentyfikować ją czy jej bliskich.Większą część życia nie wiedziałam, kim jestem ani skąd jestem.Miałam siedem lat, gdy dowiedziałam się, że zostałam adoptowana. Byłam z mamą adopcyjną w ogrodzie, tam powiedziała mi, że ona i tata nie są moimi prawdziwymi rodzicami. I że mama, która mnie urodziła, umarła przy porodzie, trafiłam do domu dziecka, skąd rodzice mnie wzięli, i nie mam żadnej innej rodziny.Żyłam z tą informacją, dopóki dwa lata temu nie dowiedziałam się, że to nie prawda. Że mam rodzinę, a moja biologiczna mama żyje.Te dosłownie kilka zdań w ogrodzie zmieniło całkowicie moje dzieciństwo. Doznałam szoku. Byłam siedmioletnim dzieckiem, ale nie umiałam przejść nad tym, co usłyszałam do porządku dziennego. Zawalił mi się świat. Pojawiły się lęki, które mnie już właściwie nie opuściły. Ciągle myślałam o tym, że skoro moja mama umarła, to ja pewnie też niedługo umrę.Kumulowało się we mnie mnóstwo emocji, z którymi nie wiedziałam, jak sobie poradzić. Najgorszy był ten ciągły strach, codziennie miałam koszmary, śniło mi się, że się duszę. Nie potrafiłam też się na niczym skupić, szczególnie na nauce, w szkole zaczęło mi źle iść. Czytałam to samo zdanie pięć razy, a nadal nie rozumiałam, co czytam. Byłam w tym osamotniona, nie mogłam powiedzieć rodzicom, co przeżywam.Wiedziałam, że z mamą o adopcji nie porozmawiam, bo unikała tematu. Rodzice w ogóle nie chcieli go poruszać. Ale gdy sobie ze mną nie mogli poradzić, nie wiązali tego, jak się zachowuję z tym, co usłyszałam w ogrodzie. Mówili, że jestem nadpobudliwa, rozkojarzona, ale nie szukali przyczyn. Woleli myśleć, że jestem po prostu dzieckiem trudnym do wychowywania.Zresztą ja sama nie rozumiałam wtedy, co się ze mną dzieje, dlaczego taka jestem przygaszona, otępiała.Dorastając, próbowałam wielokrotnie wrócić z rodzicami do rozmów o mojej adopcji, bo o tym, że jestem adoptowana, myślałam codziennie. I za każdym razem, gdy chciałam ich o to zapytać, ucinali rozmowę. Mówili, że teraz jestem u nich i że nie ma do czego wracać. Że mama powiedziała mi cokolwiek tylko dlatego, że bała się, że o adopcji dowiem się od innego dziecka w szkole albo od kogoś na ulicy.Czytaj także: „Raj dla cwaniaków”. Bez zmiany prawa dzicy lokatorzy pozostaną bezkarniRaz pamiętam, jak byłam w ciąży, miałam 27 lat, zapytałam mamy, co właściwie stało się z moją matką biologiczną przy porodzie? Niebawem miałam sama rodzić, chciałam wiedzieć, czy jest coś, na co powinnam się przygotować. Mama powiedziała tylko, że kiedyś medycyna była inna, a teraz będzie wszystko dobrze.Czasem, po jakimś moim pytaniu, rodzice karali mnie milczeniem, nie odzywali się. Miałam poczucie winy, że ich skrzywdziłam, że nie powinnam drążyć, bo sprawiam im tym przykrość. Ale obiecałam sobie chyba jeszcze w podstawówce, że jak tylko skończę 18 lat, sama się wszystkiego dowiem. Że tak tego nie zostawię.Minęło więcej czasu, nim się za to zabrałam. Dopiero urodzenie synka przypomniało mi, w jakim stanie jestem. Kiedy płakał, wściekałam się, wrzeszczałam. Jego płacz doprowadzał mnie do szału. Wiedziałam, że tak dłużej nie może być, że powinnam coś ze sobą zrobić, bo inaczej się rozpadnę.Mąż też mnie namawiał, żebym poszła po pomoc. Widział przecież, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Nie rozumiał, dlaczego jestem taka nerwowa. Poszłam na terapię. To psycholożka, do której trafiłam, przekonała mnie, że muszę poznać przeszłość, jeśli chcę się poczuć lepiej, że nie ma innego wyjścia. I że adopcja, luki w tożsamości są sednem moich problemów ze złością. Terapeutka pokazała mi też, że nie wychowam własnego dziecka, dopóki nie uporam się sama ze sobą.Byłam też ciekawa, do kogo syn jest właściwie podobny. Kogo ja przypominam? Mąż jest blondynem, ma jasną karnację, syn wygląda raczej jak tata niż ja. Patrzyłam na to swoje dziecko i zastanawiałam, czyja płynie w nim krew? Wiedziałam przecież, że spokrewniony jest nie z moimi rodzicami adopcyjnymi, ale z ludźmi, o których nic nie wiem.Sama od małego miałam bardzo ciemną karnację, czarne, grube, gęste włosy, duże oczy w niemal czarnej oprawie. W podstawówce dzieci mnie za ten wygląd wyśmiewały, pojawiały się wyzwiska. Na pierwszy rzut oka widać, że nie mam typowo polskiej urody, prawda? Myślałam, że może moi rodzice biologiczni pochodzą gdzieś z południa? Może z Hiszpanii?Kiedy dowiedziałam się, że niemal wszystko, o czym mówili mi rodzice, jest kłamstwem, przeżyłam wstrząs. A to, co przeczytałam w dokumentach, jeszcze bardziej mnie przygniotło. Informacje te spadły na mnie naraz, miałam ataki paniki, musiałam zacząć brać leki.Czytaj także: Poparzona twarz i dwa miesiące w szpitalu. W salonie Ady wybuchł biokominekRodzice adopcyjni nie przyznali się, że nie mówili mi prawdy. Sama musiałam zacząć z nimi rozmowę o tym, czego się dowiedziałam. Któregoś dnia po prostu oznajmiłam im, że już wszystko wiem. Dotyczyło to też kwestii zdrowotnych, bo od dzieciństwa byłam słabego zdrowia, miałam gorszą kondycję, szybko się męczyłam. I miałam problemy z płucami, z niedotlenieniem, z krwią, która była zbyt gęsta. To się wyjaśniło, kiedy dostałam dostęp do papierów. Przeczytałam w dokumentacji choćby to, że mama, która mnie urodziła, chorowała w ciąży na gruźlicę.Gdy opowiadałam o tym rodzicom, słuchali, nic nie mówili. Okazało się, że o wszystkim doskonale wiedzieli wcześniej. Nie tłumaczyli się. Powiedzieli tylko, że te dokumenty miały być zniszczone i miałam się nigdy o nich nie dowiedzieć.Ich reakcja mnie zabolała. Bo dla mnie to była tożsamość, wiedza o sobie, po prostu prawda. Od początku wiedzieli, że mam chorobę dziedziczną i nie powiedzieli mi ani słowa! Poczułam ogromny żal, rozczarowanie. To był początek kryzysu naszej relacji.Informacji o swojej przeszłości nie uzyskałam od razu. Gdy pierwszy raz pojechałam do domu dziecka, napotkałam mur. Niczego nie chcieli mi tam powiedzieć. Poprosiłam wtedy o pomoc prywatną detektywkę specjalizującą się w sprawach adopcyjnych Małgorzatę Miklaszewską. To ona pomagała mi pisać pisma do sądu, wyciągać akta. Część była już przechowywana w archiwach, sąd nie chciał mi wydać zgody na wgląd do nich.Gdy je dostałam, wyczytałam czarno na białym: narodowość romska ze strony ojca, narodowość romska ze strony matki.Ucieszyłam się! Nie wiedziałam nic o Romach, nie myślałam o tym, czy to dobrze, czy źle. Po prostu byłam szczęśliwa, że poznałam prawdę. I w końcu mi się zgadzała ta karnacja, te włosy, oczy. Mieszkam przy czeskiej granicy. Sporo jest tu osób romskiego pochodzenia. Patrzyłam na te dziewczyny i wydawało mi się, że jestem do nich podobna. Ale jakoś wcześniej nie łączyłam faktów. W szkole też nigdy nie zdarzyło się, by ktoś mnie nazwał w ten sposób.Czy chciałam odnaleźć rodziców? Od razu! Detektywka na podstawie akt ustaliła w pierwszej kolejności mojego ojca biologicznego, ale okazało się, że nie żyje, zmarł lata temu. Odnalazła też grób taty, pojechałam na cmentarz, na nagrobku było zdjęcie. Niesamowite, móc zobaczyć, jak wyglądał człowiek, dzięki któremu jestem na tym świecie.Czytaj także: Nie ma rąk ani nóg. „Nie zamknę się w pokoju i nie będę płakać”Mama. Nie tylko okazało się, że żyje, ale i że mieszka w tym samym mieście, co ja i to bardzo blisko. Że mam rodzeństwo.Kiedy dostałam od pani detektyw adres mamy, pojechałam pod jej dom. Zabrałam ze sobą przyjaciółkę, żebym nie była z tym sama. Ale nie potrafiłam zapukać, po prostu nie umiałam. Minęło pół roku. Wymyśliłam, że zrobię to tak: poprosiłam dzielnicowego, żeby dostarczył mojej mamie list. Napisałam w nim, że ja to ja i że chciałabym się z nią spotkać. Zaniósł go jej do drzwi. Czekałam w napięciu, co odpowie. I zgodziła się. Dwa dni później przyjechałam. I było to piękne spotkanie. Tam się morze łez wylało. Przytuliła mnie. Opowiedziała, że kiedy była ze mną w ciąży, z tatą żyli w strasznej biedzie. I że zabrali mnie im przez chorobę. Później od siostry się dowiedziałam, że to też nie była prawda.Okazało się, że mam piątkę rodzeństwa. Cztery siostry i brata. On też był w domu dziecka, odnalazłam i jego, poznaliśmy się. Wychowaliśmy się obok siebie, a nigdy nie spotkaliśmy. Mieszkał z rodzicami adopcyjnymi po drugiej stronie ulicy. Najbardziej zbliżyłam się do jednej z sióstr.To ona powiedziała mi, że w domu owszem, była bieda, ale był też alkohol. Mama piła nawet w ciąży. I wcale nie zostałam jej odebrana, sama mnie oddała.Chciałam ją z tym skonfrontować, pojechałam w odwiedziny. Zrobiła się afera, kłótnia na cały dom. Wynikała głównie z tego, że ja chciałam bardzo wszystko wiedzieć, ciągle pytałam, czemu, czemu, czemu? Chyba za bardzo na mamę naciskałam, a ona ewidentnie nie chciała za wiele mi mówić. Kontakt nam się urwał, całkowicie. Dopiero tydzień przed tym, jak pani pierwszy raz zadzwoniła, znów się do siebie odezwałyśmy.Z siostrą jesteśmy w kontakcie codziennie, piszemy ze sobą i widujemy się tak często, jak nam się udaje. Mieszkamy niedaleko, w tym samym mieście. Ona nie przestrzega romskiego kodeksu, wybrała życie poza społecznością. Jesteśmy do siebie podobne, mamy dzieci w zbliżonym wieku, lubimy te same rzeczy. I fakt, że ją mam, jest najlepszym, co mnie w całej tej historii spotkało.Pozostałe siostry mieszkają z mamą, żyją zgodnie z tradycją. I mi ta tradycja się spodobała, gdy szłam do nich pierwszy raz, żeby uszanować zasady, założyłam nawet spódnicę. Na początku nie wiedziałam, czego się spodziewać, na czym polega romski kodeks, jak ta moja nowa rodzina żyje. A dzisiaj wszystko, co związane z kulturą romską jest mi bliskie. Mnie tam jakoś bardzo ciągnie.Skoro chcę być częścią rodziny, odwiedzać mamę i rodzeństwo, nie mogę rozdrapywać ran. Widzę po sobie, jak potrzebne mi jest przebywanie z nimi, nie chcę znowu ich stracić. Dlatego nie mam już żalu do mamy, że mnie zostawiła. Staram się to akceptować, bo wiem, że inaczej nie ruszę do przodu.Czytaj także: Społeczeństwo zmęczenia. Coraz więcej obowiązków, mniej poczucia sensuNa początku się z mężem baliśmy. Bo o Romach nic nie wiedziałam, myślałam stereotypami, nie chcę dziś tego powtarzać, co sobie wyobrażałam. Teraz jeżdżę do mamy i rodzeństwa jak do siebie. Alkoholu w domu już nie ma, jest czysto, schludnie, choć skromnie. Jedyne, z czym ciężko mi się pogodzić, to że wiele osób z mojej rodziny nie pracuje. Tłumaczyli mi, że kodeks im nie pozwala. Chciałabym móc na nich jakoś wpłynąć, żeby po prostu mieli lżej. To mądrzy, dobrzy ludzie, którym nikt nigdy nie pokazał, że można żyć inaczej.Sama pracuję w administracji. Rodzice inwestowali w moją edukację, nie mieli innych dzieci, było dla nich ważne, żeby mnie wykształcić. Dali mi naprawdę wszystko. Poza jednym, dostępem do wiedzy o sobie samej. Gdybym mogła powiedzieć coś innym rodzicom adopcyjnym, którzy wahają się, czy mówić swoim dzieciom prawdę – tak. Bo ta potrzeba, by do niej dojść, nie zniknie, a może zaoszczędzić cierpienia.Pamiętam, jak poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego po dokumenty i za którymś razem urzędniczka poprosiła, bym podpisała się imieniem sprzed adopcji, bo chciała mieć porządek w papierach. Olśniło mnie! Że wtedy w ogrodzie mama powiedziała mi, że miałam na imię inaczej, ale rodzice wybrali mi nowe. Użyłam go w tym urzędzie pierwszy raz i spodobało mi się.Dziś lubię, gdy ktoś się do mnie zwraca moim romskim imieniem. Nie wyobrażam sobie wrócić do imienia adopcyjnego, mało kto z moich bliskich – poza rodzicami – i znajomych jeszcze go używa. Tym bardziej, że wiem, że moje romskie imię dostałam po tacie.Żałuję, że nie mogłam go poznać, zobaczyć, jaką był osobą. Mama jest kobietą z charakterem, dość upartą. Ale kiedy się spotkałyśmy pierwszy raz, płakała jak dziecko, jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak strasznie płakał, jak ona wtedy. Mówiła, że co roku w dniu moich urodzin cała rodzina śpiewała mi sto lat, że wszyscy wiedzieli, że gdzieś jestem na świecie i czekali przez te wszystkie lata, aż się odnajdę. Nie wiem, czy wierzyć w to, czy nie, ale miło było mi to usłyszeć.Z rodzicami adopcyjnymi mam już dzisiaj lepszą relację. Odwiedzamy ich z mężem i synem, dzwonimy do siebie. Ale mimo że mnie przeprosili i zrozumieli, że nie powinni byli zatajać przede mną wiedzy o mojej rodzinie i pochodzeniu, pewien żal pozostał. Wybaczyłam im, bo muszę skupić się na moim życiu tu i teraz, i na mojej rodzinie.Czytaj także: To była majówka. „Powiedział kolegom, że zaraz wraca, ale już nie wrócił”Kocham ich, bo mnie wychowali, ale nie widzę też niczego złego w tym, że chcę widywać mamę biologiczną i rodzeństwo. Na razie mówię rodzicom adopcyjnym tylko o kontakcie z siostrą. Nie wiem, jak zareagują na wieść o moich wizytach u mamy. Do tej pory jeździłam do niej sama, a chciałabym zabrać ze sobą męża i syna. I móc rodzicom otwarcie o tym powiedzieć, tylko że jeszcze się nie odważyłam.Napisz do autorki: paula.szewczyk@tvp.plPaula Szewczyk – podejmuje tematy społeczne. Nominowana do nagrody Grand Press, nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej i Journalism Excellence Awards. Autorka książki „Ciała obce”, nagrodzona Koroną Równości oraz nagrodą NGO Hero, wyróżniona w konkursie „Pióro Nadziei” Amnesty International