Przewrót majowy rozpoczął się 12 maja 1926 r. Sto lat temu na moście Poniatowskiego spotkali się Józef Piłsudski i prezydent Stanisław Wojciechowski. Rozmowa trwała kilka minut. Nie przyniosła porozumienia. Tego samego wieczoru w Warszawie padły pierwsze strzały, a miasto na trzy dni stało się polem bitwy. Gdyby dziś premier i prezydent podali sobie ręce na tym samym moście, byłby to gest stulecia. Dlaczego doszło do zamachuW połowie lat dwudziestych Polska tkwiła w politycznym impasie. Kolejne rządy padały po kilku miesiącach, parlamentarne spory paraliżowały państwo, a gospodarka nie mogła wyjść z powojennego kryzysu. Piłsudski, który po 1923 roku wycofał się z czynnego życia politycznego, z coraz większą irytacją obserwował to, co nazywał „sejmokracją”. Gdy w maju 1926 roku władzę przejął centroprawicowy rząd Wincentego Witosa, oparty na koalicji chłopsko-endeckiej, były Naczelnik Państwa uznał, że nadszedł moment działania. Liczył, że demonstracja wojskowej siły wystarczy, by obalić gabinet bez rozlewu krwi. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej brutalna.Most Poniatowskiego – początekIdziemy na most Poniatowskiego. 12 maja około godziny siedemnastej Piłsudski, na czele wiernych mu pułków, dotarł właśnie tutaj. Z inicjatywy prezydenta Wojciechowskiego doszło do spotkania obu polityków dokładnie na przeprawie. Most był wówczas w dużej mierze gotowy – w 1925 roku otwarto jedną jezdnię, a całość ukończono w 1927 roku. Charakterystyczne wieżyczki strażnicze przy wjeździe, wzniesione jeszcze przez Rosjan w 1914 roku, przypominały o carskiej przeszłości tego miejsca. Rozmowa prezydenta z marszałkiem nie trwała długo. Żaden z nich nie ustąpił.Według relacji prasowych Piłsudski po wymianie zdań wyprzedził odchodzącego Wojciechowskiego i ruszył w stronę lewego brzegu. Drogę zastąpili mu żołnierze Oficerskiej Szkoły Piechoty, lojalni wobec rządu. Marszałek próbował jeszcze do nich przemawiać, ale kiedy jeden z oficerów zagroził otwarciem ognia, wycofał się na Pragę. Most, który od 1914 roku przechodził z rąk do rąk, teraz stał się linią frontu polsko-polskiego.Przez most Kierbedzia do centrumCofamy się na praską stronę, śladem Piłsudskiego. Mijamy Stadion Narodowy i z nabrzeża patrzymy w dół rzeki – tam, gdzie w 1926 roku stał most Kierbedzia, a dziś przeprawę spinają przęsła mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Sam „Kierbedź” został zniszczony przez Niemców w 1944 roku, ale miejsce, w którym jako pierwsze padły strzały, jest wciąż rozpoznawalne.To właśnie tutaj Piłsudski przekazał dowództwo gen. Gustawowi Orlicz-Dreszerowi. Zgrupowanie „Warszawa” ruszyło na most – najważniejszą przeprawę prowadzącą wprost na plac Zamkowy i Krakowskie Przedmieście. Przedmoście od południa obsadził półbatalion 36. pułku piechoty pod dowództwem mjr. Jana Korkozowicza, lojalnego Piłsudskiemu. O godzinie 18.30 upłynął termin wyznaczony majorowi przez stronę rządową na wycofanie się. Korkozowicz nie ustąpił, więc stojące naprzeciw oddziały rządowe otworzyły ogień.Walka trwała kilkanaście minut. Zniszczono jedno działo i jeden samochód pancerny. Po obu stronach padli pierwsi zabici i ranni. Około godziny 19.00-20.00 oddziały Dreszera przełamały opór, zajęły Zamek Królewski i plac Zamkowy, a następnie wyszły na Krakowskie Przedmieście. Droga do centrum decyzyjnego państwa – placu Saskiego, gdzie mieścił się Sztab Generalny i Prezydium Rady Ministrów – stanęła otworem. Rząd w pośpiechu ewakuował się z Pałacu Namiestnikowskiego, a Sztab Generalny opuścił plac Saski około godziny 21.00.Czytaj też: Szaszłyki na szampurach, menu Stalina i... rosyjskie zbrodnieBelweder pod ostrzałemSchodzimy w dół, w stronę Belwederu. Po utracie centrum legalne władze skupiły się właśnie tutaj i to w Belwederze prezydent Wojciechowski przyjmował meldunki o kolejnych oddziałach przechodzących na stronę Piłsudskiego. Marszałek wprowadzi się tu dopiero po przewrocie. Urządzi się skromnie: zajmie kilka pokoi na piętrze, będzie jadał prosto, chodził po pałacu w szlafroku, a do Sztabu Generalnego na Krakowskim Przedmieściu będzie mieć zwyczaj maszerować pieszo. W pałacu będzie chłodno, bo oszczędzał na ogrzewaniu. Wykonane tu zostanie również jedno z najbardziej rozpoznawalnych zdjęć: marszałek w fotelu, otoczony córkami Wandą i Jadwigą.Budynek ma też starszą, ciemniejszą historię. Tuż przed wybuchem powstania listopadowego rozwieszano wokół niego afisze „Od nowego roku do wynajęcia” oraz „Pałac Lucypera”. Spiskowcy wdarli się do środka od strony Łazienek; wielki książę Konstanty schronił się na poddaszu i w „mysiej dziurze”. W pałacu zginął rosyjski generał Gendre. Po upadku powstania urządzono tu kaplicę prawosławną. Wszystko to jednak cienie wydarzeń przeszłych i przyszłych.13 maja utworzono w Belwederze dwie grupy taktyczne: Grupę Obrony Belwederu pod dowództwem gen. Mariana Kukiela i Grupę Obrony Lotniska z gen. Prichem na czele. Głównodowodzący sił rządowych, gen. Tadeusz Rozwadowski, zdawał sobie sprawę, że bez utrzymania łączności z resztą kraju opór nie ma szans. Dlatego lotnisko na Polu Mokotowskim i radiostacja stały się celami równie ważnymi co sam pałac prezydencki.Decydujące natarcie sił Piłsudskiego rozpoczęło się 14 maja o godzinie 5.00 rano. W Alejach Ujazdowskich i na ulicy Marszałkowskiej do walki weszły samochody pancerne i zdobyczne francuskie czołgi. Artyleria ostrzeliwała Belweder z rosnącą intensywnością. Płk Tadeusz Pełczyński, późniejszy szef sztabu Armii Krajowej, zanotował: „Natarcie w mieście posuwało się powoli, natrafiało na silny opór w rejonie Wojskowej Szkoły Wojennej, Kolonii Staszica, lotniska, Ministerstwa Spraw Wojskowych, parku i Szpitala Ujazdowskiego”. W Alejach Ujazdowskich żołnierze kryli się za drzwiami kamienic, strzelano z okien i bram. Cywile, którzy nie zdążyli opuścić zagrożonych rejonów, chronili się w piwnicach.W południe 14 maja sytuacja obrońców stała się krytyczna. Pałac znalazł się w bezpośredniej strefie ostrzału artyleryjskiego. Około godziny 15.30 prezydent Wojciechowski i rząd opuścili Belweder, wyjeżdżając do Wilanowa. Oddziały gen. Kędzierskiego broniły budynku jeszcze przez półtorej godziny. O 17.15 gmach został zajęty przez wojska Piłsudskiego. Przewrót był już praktycznie rozstrzygnięty.Aleje Ujazdowskie, którymi teraz przechodzimy – dziś szeroka, zadrzewiona arteria z kawiarnianymi ogródkami – noszą ślady tamtych dni głównie w architekturze: w fasadach części budynków niezmiennie widać przedwojenną zabudowę. W maju 1926 roku toczył się tędy front.Czytaj też: Demon-kobieta. Więcej niż kryminał z Galicji Wschodniej Dworce, lotnisko i kontrola nad miastemIdziemy dalej, na południe. Równolegle z walkami o centrum trwała bitwa o transport i łączność. Oddziały Piłsudskiego zdobyły Dworzec Główny i Wiedeński już 12 maja wieczorem. Dworce były węzłami nie tylko kolejowymi, ale też informacyjnymi – to stąd rozchodziły się wiadomości na prowincję, tędy jechały posiłki. Kto je kontrolował, zarządzał informacją i logistyką kraju.Kluczowym punktem na południu stało się lotnisko wojskowe na Polu Mokotowskim. Walki o nie trwały dwa dni. Z meldunków z 14 maja wynika, że około godz. 12.00 „zaczęło się coraz goręcej robić w okolicy lotniska mokotowskiego. Lotnicy już startować nie mogli, bo lotnisko było pod silnym ostrzałem”. Gdy teren został zdobyty przez oddziały marszałka, rząd stracił ostatnią radiostację. Łączność z prowincją urwała się ostatecznie o godzinie 17.00.Pole Mokotowskie po latach stało się symbolem zupełnie innej historii. W 1935 roku, dziewięć lat po przewrocie, przeleciała nad nim żałobna defilada ku czci zmarłego Piłsudskiego – 60 myśliwców i trzy czeskie bombowce. Wcześniej planowano tu wybudować monumentalną „Dzielnicę Marszałka”, z łukiem triumfalnym i szeroką arterią ku Świątyni Opatrzności. Projekt pozostał na papierze. Dziś na Polu Mokotowskim można spotkać biegaczy, rowerzystów i piknikujących warszawiaków.Cytadela – twierdza i jej pamięćDocieramy na Cytadelę. Wzniesiona przez Mikołaja I po upadku powstania listopadowego, była czymś więcej niż fortecą. Car osobiście groził, że z jej murów „zbombarduje i spali Warszawę i na pewno jej nie odbuduje”. Po odzyskaniu niepodległości twierdza nie straciła swojego militarnego charakteru. Stacjonowało tu polskie wojsko, wykonywano wyroki śmierci – w tym na Eligiuszu Niewiadomskim, zabójcy prezydenta Narutowicza. W dawnych celach X Pawilonu, gdzie carat więził kiedyś Piłsudskiego, Traugutta i Dmowskiego, osiedlono żołnierskie rodziny. W podziemiach urządzono prochownię.Z miejscem tym, w swej istocie tragicznym, związane są też inne, nieoczywiste historie. W X Pawilonie, według relacji osadzonych, działała kocia poczta – kot sprowadzony do łapania myszy był wpuszczany do cel, a więźniowie doczepiali mu do sierści grypsy. Piłsudski pisał później z właściwą sobie ironią, że tu „wszystko poruszać można, przerzucić stale z miejsca na miejsce, łóżko przeciągać” – i że nigdy nie widział „takiego więzienia-hotelu”.Już w wolnej Polsce 13 października 1923 roku w piwnicach X Pawilonu doszło do przypadkowego wybuchu prochu. Eksplozja była tak silna, że słyszano go na obrzeżach stolicy, a szyby wypadały na Żoliborzu. Zginęło 28 osób, głównie kobiety i dzieci – rodziny wojskowe mieszkające na terenie twierdzy. Rannych było 89. Trzy lata później, w 1926 roku, w murach Cytadeli znów stacjonowało wojsko, ale tym razem nie odegrała ona kluczowej roli w walkach przewrotu. Była raczej świadkiem niż uczestnikiem wydarzeń.I last but not least, Stefan Żeromski nazwał Cytadelę „szkołą marzeń o Polsce wolnej”. Dziś na jej terenie działa Muzeum Historii Polski i chyba trudno o lepiej dobraną lokalizację.Warszawa poza frontemTramwaje kursowały tak długo, jak było to możliwe. Franciszek Nowak, tramwajarz z Pragi, 13 maja prowadził wagon linii 3. Na wysokości Dworca Wileńskiego usłyszał strzały. Krzyknął do pasażerów, by położyli się na podłodze. Czekali piętnaście minut. Gdy strzały ucichły, wysiedli i rozeszli się do domów.Inni mieli mniej szczęścia. 14 maja do Szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej trafił dwunastoletni chłopiec, który wyszedł na balkon zobaczyć, „jak się biją”. Odłamek trafił go w nadgarstek. Pielęgniarka Maria Kwiatkowska opatrywała go na izbie przyjęć. Chłopiec pytał: „Mamo, czy ja umrę?”. Nie umarł, ale stracił dwie kostki w nadgarstku.W całym mieście większość sklepów była pozamykana na głucho. Restauracje i kawiarnie w rejonie walk świeciły pustkami. W dzielnicach oddalonych od centrum – na Pradze, Woli, Mokotowie – życie toczyło się wolniej, ale nie zamierało całkowicie. Ludzie wymieniali się plotkami przynoszonymi przez gazeciarzy i dorożkarzy. Po odcięciu cywilnych połączeń telefonicznych informacje krążyły głównie drogą ustną – często przekłamane, wyolbrzymione, czasem wręcz fantastyczne.Czytaj też: Wielkanoc A.D. 1025. Jak mogła wyglądać koronacja Bolesława Chrobrego?Po walce – rany i rachunek stratWedług oficjalnych danych komisji likwidacyjnej gen. Lucjana Żeligowskiego z czerwca 1926 roku w walkach zginęło 379 osób – 215 żołnierzy i 164 cywilów. Około tysiąca zostało rannych. Wśród ofiar znaleźli się zarówno wojskowi obu stron, jak i przypadkowi przechodnie trafieni odłamkami. W Szpitalu Dzieciątka Jezus i innych warszawskich placówkach medycznych przez kilka dni trwała walka o życie rannych.18 maja 1926 roku w katedrze polowej Wojska Polskiego przy Krakowskim Przedmieściu odbyły się uroczystości pogrzebowe ofiar przewrotu. Wziął w nich udział ks. płk Józef Panaś, dawny kapelan jednej z brygad Piłsudskiego, który nie mógł pogodzić się z tym, że Polacy strzelali do Polaków. Gdy generał Orlicz-Dreszer – zwycięski dowódca piłsudczyków – stanął przed ołtarzem, Panaś zdarł własne ordery bojowe i rzucił mu je pod nogi ze słowami: „Zrzucam je, bo palą mi piersi”. Ten gest przeszedł do historii jako symbol głębokiego podziału, jaki przewrót wprowadził do polskiego społeczeństwa i armii.Echa na prowincjiPoza Warszawą wieści o przewrocie docierały z opóźnieniem. W Bydgoszczy pierwsze wiadomości o walkach pojawiły się w prasie dopiero 15 maja i od razu trafiły na pierwsze strony. Wojewoda poznański wprowadził stan wyjątkowy i cenzurę prewencyjną, co jeszcze bardziej utrudniło przepływ informacji. W Poznaniu 13 maja kilkutysięczny tłum wyszedł na plac Wolności i odśpiewał „Rotę” jako wyraz poparcia dla legalnego rządu. W Toruniu endeckie „Słowo Pomorskie” pisało o „zbrodniczym czynie Komendanta” i „zdradzie”. Ale w samej Bydgoszczy nastroje nie były jednoznaczne – 15 maja wieczorem na placu Teatralnym zebrała się grupa wznosząca okrzyki poparcia dla Piłsudskiego; policja szybko ją rozproszyła.Wilno przeżywało te dni na swój sposób. 13 maja odcięto cywilną łączność telefoniczną ze stolicą, a dziennikarze zostali bez kontaktu z warszawskimi korespondentami. Informacje zastąpiły plotka i uliczne pogłoski. Doszło do demonstracji na ulicach Zamkowej i Wielkiej. W nocy z 14 na 15 maja aresztowano redaktora naczelnego „Dziennika Wileńskiego” Aleksandra Zwierzyńskiego i jego zastępcę Zygmunta Fedorowicza – za opór wobec lokalnych władz, które – lojalne Piłsudskiemu – zaczęły umacniać swoją pozycję w Wilnie.Sowiecka obserwacjaMoskwa od początku śledziła wydarzenia w Warszawie z dużą uwagą. Wywiad OGPU już 12 maja dysponował szczegółowym raportem o sytuacji w Polsce. Wynikało z niego, że Sowieci znali przygotowania Piłsudskiego co najmniej od kwietnia. Raport wskazywał nawet, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem marszałka, przewrót mógł odbyć się już 3 maja i trwać krócej. 25 marca 1926 roku Stalin polecił powołać tajną Komisję ds. Polskich przy Politbiurze KC WKP(b), która monitorowała wydarzenia na bieżąco.Szef OGPU Feliks Dzierżyński, który sam był Polakiem i doskonale rozumiał polską politykę, uważał, że Piłsudski – wzmocniony zwycięstwem – może zaatakować Związek Sowiecki już w 1927 roku. Wnioski na ten temat zamierzał przedstawić Stalinowi 21 lipca 1926 roku. Dzień wcześniej, 20 lipca, doznał śmiertelnego zawału serca. Jego raport o zagrożeniu ze strony Polski nigdy nie został wygłoszony.Powrót na mostWracamy więc na most Poniatowskiego. Dziś stoją tu samochody w korku, zwalnia tramwaj, mimo wszystko szybszy od aut, na które błyska fotoradar, rowerzyści dzwonią na pieszych, a turyści robią zdjęcia na tle Stadionu Narodowego. Asfalt przykrywa dokładnie to samo miejsce, w którym 12 maja 1926 roku Piłsudski i Wojciechowski wymienili ostatnie zdania przed rozpoczęciem walk. Z mostu widać Pragę, na którą wycofał się marszałek, i lewy brzeg, na który później przeszedł, wsparty już ogniem karabinów i dział.Piłsudczykowska „Polska Zbrojna” napisała w tamtym maju: „To nie jest wojna domowa – lecz zaprowadzenie ładu i sprawiedliwości”. Endeckie gazety odpowiadały słowami o „rebelii” i „zdradzie”. Między tymi dwiema narracjami zostali zwykli ludzie – tramwajarz, który kazał pasażerom położyć się na podłodze, chłopiec postrzelony na balkonie i ksiądz zrywający ordery w geście protestu.Większość miejsc, o które walczono w maju 1926 roku – z wyjątkiem mostu Kierbedzia i Pałacu Saskiego – wciąż istnieje i pozostaje częścią codziennej Warszawy. Ta sama przestrzeń przypomina, jak cienka bywa granica między sporem politycznym a przemocą. Leopold Staff pisał po śmierci Piłsudskiego: „Wielkość w najdroższej trumnie się nie mieści, / Bohater nigdy, nigdy nie umiera”.W tym roku mija sto lat od przewrotu. A gdyby dziś premier i prezydent uścisnęli sobie ręce na moście Poniatowskiego? To by było dopiero wielkie. Być może pierwszy od dawna wielki gest w miejscu, gdzie kiedyś zawiodła polityka.Czytaj też: Car Mieszko I, Wielkanoc, którą zawdzięczamy kobiecie