Karolina Opolska komentuje. Prezydent Karol Nawrocki chciałby, żeby w Polsce odbyło się referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Głowa państwa zdecydowała o skierowaniu do Senatu wniosku dotyczącego przeprowadzenia takiego referendum i poinformowała o tym na swoich platformach cyfrowych. Prezydent przypomniał przy tej okazji, że już w trakcie kampanii wyborczej deklarował podjęcie działań mających hamować, jak to określał, negatywne skutki Europejskiego Zielonego Ładu, a także zapowiadał złożenie w tej sprawie wniosku referendalnego.Jak miałoby brzmieć pytanie, na które odpowiadaliby Polki i Polacy? Oczywiście absolutnie nie jest to pytanie z tezą… A mianowicie: „Czy jest pan/pani za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”.Dość szybko w sieci zaczęły pojawiać się propozycje innych, równie „neutralnych” pytań referendalnych. Mnie najbardziej przypadły do gustu te brzmiące mniej więcej tak: „Czy jest Pan/Pani za kontynuacją kosztownej polityki energetycznej opartej na wydobyciu węgla, do którego dopłacamy miliardy złotych rocznie?”. A co!Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że swoją inicjatywą referendalną prezydent Karol Nawrocki może próbować przykryć problemy wizerunkowe, które niewątpliwie ma w związku z aferą wokół Zondacrypto i dyskusją o regulacji rynku kryptowalut w Polsce. Oto bowiem we wtorek, 5 maja, premier Donald Tusk zapowiedział, że rząd po raz kolejny będzie próbował wprowadzić w życie ustawę regulującą rynek kryptoaktywów w Polsce. Rada Ministrów przyjęła projekt i skierowała go do Sejmu.Maciej Berek, minister do spraw nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, napisał w piątek na platformie X: „We wtorek premier Donald Tusk zapowiedział, że rząd jeszcze w tym tygodniu skieruje do Sejmu po raz kolejny projekt ustawy o rynku kryptoaktywów. I tak właśnie robimy. Projekt został przyjęty przez Radę Ministrów i właśnie został skierowany do Sejmu. Robimy to po raz trzeci. I po raz trzeci Sejm i Senat uchwalą ustawę, która ma ochronić osoby inwestujące na tym rynku”. Dodał również, że Karol Nawrocki tym razem nie ma już żadnych argumentów przeciwko tej ustawie, a projekt prezydencki skierowany do Sejmu jest niemal dosłowną kopią projektu rządowego. I rzeczywiście, Karol Nawrocki oraz jego otoczenie zapędzili się w tej sprawie w kozi róg. Przypomnijmy: prezydent dwukrotnie zawetował ustawę dotyczącą kryptowalut, a szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki jeszcze kilka miesięcy temu zapowiadał przygotowanie własnego projektu prezydenckiego. Potem temat ucichł, ale projekt właśnie wrócił.Niewątpliwie dzieje się tak dlatego, że sprawa Zondacrypto nie tylko nie przycicha, ale niemal każdego dnia poznajemy jej nowe, coraz bardziej wstrząsające wątki. „Gazeta Wyborcza”, piórem Wojciecha Czuchnowskiego, informowała o pieniądzach mafii tambowskiej, powiązanej z ludźmi Putina, które miały w pewnym momencie ratować giełdę przed utratą płynności. W tle pozostaje oczywiście sprawa zaginionego cztery lata temu byłego prezesa Sylwestra Suszka, prawdopodobnie już nieżyjącego.W tym tygodniu Jacek Harłukowicz w Onecie pisał z kolei, że za całą sprawą de facto może stać niejaki Marian W., pseudonim „Maniek” - osoba, u której Suszek był widziany po raz ostatni i która usłyszała zarzuty dotyczące pozbawienia wolności byłego prezesa. Człowiek powiązany z mafią paliwową, a jak się okazuje również osoba, z którą obecny prezes Przemysław Kral miał przebywać w Monako, a następnie wyjechać do Izraela i prawdopodobnie dalej do Dubaju. Według tych ustaleń zarówno Kral, jak i Suszek mieli być jedynie słupami w całym przedsięwzięciu Mańka.Wszystko to brzmi jak scenariusz mrocznego kryminału. Dla samego prezydenta Nawrockiego, jego otoczenia i szerzej, prawicy, która dwukrotnie uniemożliwiła odrzucenie prezydenckiego weta, oznacza jednak co najmniej poważny polityczny dyskomfort.Czytaj też: Afera Zondacrypto. To trzeba wiedzieć o skandalu w świecie kryptowalutTrudno bowiem oddzielić sprawę Zondacrypto (co prawda giełdy zarejestrowanej w Estonii) od dyskusji o potrzebie regulacji rynku kryptoaktywów w Polsce. Nawet jeśli ustawa nie zapobiegłaby wszystkim problemom, dawałaby państwu pewne narzędzia nadzorcze i możliwości działania przy próbach wyjaśniania podobnych afer. Tymczasem to właśnie prawicowe środowiska konsekwentnie sprzeciwiały się regulacjom rynku kryptowalut. Te same środowiska, które w taki czy inny sposób korzystały z hojności Zondacrypto: czy to poprzez bezpośrednie dotacje, czy udział w finansowanych przez giełdę wydarzeniach.Na koniec tego tematu jeszcze jedna ciekawostka. Jednym z głównych argumentów prawicy przeciwko projektowi rządowemu miała być jego nadmierna objętość i przeregulowanie. Tymczasem projekt prezydencki jest… o dwa artykuły dłuższy.Co wydarzy się teraz? Najbardziej prawdopodobny wydaje się dalszy pat. Prezydent zapewne nie będzie chciał podpisać ustawy rządowej, argumentując, że przedstawił własny, lepszy projekt. Rząd z kolei będzie forsował swoje rozwiązania. Badania opinii publicznej pokazują jednak, że to właśnie prezydent i prawica mogą politycznie najwięcej stracić na tym konflikcie.***Tymczasem wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości nieustannie gorąco. Po tym, jak okazało się, że zgoda między środowiskami Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka, tak efektownie pokazana na wspólnych zdjęciach z kolacji, jest wyjątkowo krucha, emocje znów wybuchły ze zdwojoną siłą. Mateusz Morawiecki ma już nie chcieć brać udziału w tak zwanym PKP, czyli spotkaniach kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, a Jarosław Kaczyński miał przyjąć tę decyzję ze smutkiem.Odpowiedzieć postanowili politycy skupieni wokół tak zwanej frakcji „maślarzy”. Kontrą dla stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego Rozwój Plus ma być nowe stowarzyszenie „Po Pierwsze Polska”, bardziej radykalna, bardziej prawicowa odpowiedź wewnątrz samego PiS. Na jego czele ma jednak stanąć nie sam Przemysław Czarnek, typowany przez Jarosława Kaczyńskiego na przyszłego premiera, lecz Tobiasz Bocheński albo Jacek Sasin – o czym informował w tym tygodniu Patryk Michalski z TVN24.Hasło „Po Pierwsze Polska” rzecz jasna nawiązuje do sloganu Karola Nawrockiego: „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, i ma przyciągnąć tych bardziej radykalnych wyborców prawicy, którzy odpłynęli z PiS do Konfederacji albo ugrupowania Grzegorza Brauna.A wszystko to pokazuje, że emocje wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości wciąż utrzymują się na najwyższym poziomie. I że przed nami zapewne jeszcze wiele kolejnych odsłon tego tlącego się konfliktu.Czytaj też: Odsiadują karę więzienia, ale chcą się na coś przydać. I odkupić winy***W piątek, 8 maja, w siedzibie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów podpisana została umowa SAFE. Dokument podpisali wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, minister finansów Andrzej Domański oraz unijni komisarze Piotr Serafin i Andrius Kubilius. Umowa została zawarta w obecności premiera Donalda Tuska.Warto podkreślić, że Polska jest największym beneficjentem programu SAFE i otrzyma z niego 43,7 miliarda euro. Jesteśmy również pierwszym krajem, który podpisał taką umowę.SAFE, czyli Security Action for Europe, ma wspierać inwestycje w przemysł obronny i zakupy sprzętu wojskowego. Środki mają trafić między innymi na Tarczę Wschód, cyberbezpieczeństwo, ochronę infrastruktury krytycznej oraz systemy antydronowe. Ponad 80 proc. pieniędzy z programu ma zostać wydane w polskich firmach zbrojeniowych. Co więcej, środki mają zacząć płynąć praktycznie od razu.W tym kontekście trudno nie zapytać o inicjatywę prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego, czyli projekt „SAFE 0 proc.”, który miał być polską odpowiedzią na unijną pożyczkę i opierać się na środkach z zysku Narodowego Banku Polskiego.Czytaj też: Rząd ograł Nawrockiego w sprawie SAFE? „Nie te kategorie”Problem polega na tym, że NBP w 2025 roku zanotował ponad 35 miliardów złotych straty. Dla porównania: rok wcześniej strata wynosiła 13,3 miliarda złotych. I choć ekonomiści przekonują, że sama strata banku centralnego nie ma większego znaczenia dla kondycji polskiej gospodarki ani polityki pieniężnej, to naturalnie pojawia się pytanie: skąd właściwie miałyby się wziąć pieniądze na projekt „SAFE 0 proc.”?W czwartek prezes Adam Glapiński podczas konferencji poświęconej sytuacji ekonomicznej w Polsce zaczął właśnie od tego tematu. Przekonywał, że przecież projekt miał być oparty o potencjalny zysk NBP za 2026 rok, a więc środki mogłyby zostać przekazane dopiero w 2027 roku. To jednak stoi w sprzeczności z wcześniejszymi wypowiedziami polityków PiS, którzy po ogłoszeniu inicjatywy zapewniali, że pieniądze będą dostępne niemal natychmiast.Co więcej, Glapiński tłumaczył, że przyszły zysk miałby wynikać przede wszystkim z różnicy między ceną zakupu złota przez NBP a jego obecną wartością rynkową. Jednocześnie przyznał, że bank centralny nadal skupuje złoto, ponieważ, jak można wywnioskować, sam nie wierzy, że politycy rzeczywiście dojdą do porozumienia w sprawie przeznaczenia tych środków na projekt „SAFE 0 proc.”.Prezes NBP dodał również, że cała propozycja opierała się przede wszystkim na „przypływie patriotyzmu”. Można więc odnieść wrażenie, że Adam Glapiński zaczyna się z tej inicjatywy po cichu wycofywać.