Dzieci w internecie. – Bardzo często się mówi, że internet jest złem naszych czasów. Wtedy myślę o ludziach, którzy ruszają tylko oczami i internet jest dla nich jedynym kontaktem ze światem. Jest dla nich wszystkim. Naprawdę znam takich ludzi. Z internetu można korzystać w cudowny sposób – dźwięczą mi w głowie słowa Anny Dymnej, dlatego znów wracam do ostatniej rozmowy z aktorką. Mam wrażenie, że w świecie, w którym sprawy traktujemy naskórkowo, łatwo o zerojedynkowe oceny i hasła w stylu: „Dzieci jak najdłużej powinny być przez nas chronione przed siecią, bo internet wypierze im mózgi”. Co do zasady się zgadzam. Powinniśmy robić wszystko, by chronić dzieci przed patotreściami, przemocą, pornografią, a tych – jak wiadomo – w sieci nie brakuje. Powinniśmy za cel postawić sobie opóźnianie wieku „wejścia” do sieci naszych dzieci. To dość oczywiste.Sama jestem przerażona pojawiającymi się co kilka miesięcy raportami, w których eksperci biją na alarm, pokazując dane mówiące o zagrożeniach czyhających na dzieci. Ale czy tylko ja mam wrażenie, że głównym apelem płynącym z takich przekazów jest tylko ten, by „ograniczać”? Szkoda tylko, że nikt w pakiecie z dostępem do alarmujących danych nie daje czarodziejskiej różdżki, która rozwiązałaby problem magicznie, zamykając drzwi do sieci tak, by dzieci nie mogły użyć żadnego wytrycha.Czytaj też: Anna Dymna też to przeszła. Dlaczego kwestionujemy dobre intencje?Łatwiej odciąć, niż przemyśleć Czasem sama, tak bardzo pozbawiona czasu na filtrowanie tego, co ogląda moje dziecko, też wpadam w pułapkę pt. „Internet, a głównie jego zamknięta w krótkich filmikach odsłona, to gwarantowany »rak mózgu«. Nie możesz z niego korzystać”. Bo łatwiej rzucić takie hasło, zakazać, odciąć, wyłączyć, niż usiąść i rozłożyć na czynniki wszystko to (albo przynajmniej prawie wszystko), co w sieci nasze dzieci interesuje najbardziej.W świecie, w którym od świtu do zmierzchu bombardowani jesteśmy newsami, a nasze mózgi jednego dnia muszą „przeprocesować” tyle informacji, ile do naszych przodków nie docierało przez całe ich życie, po prostu brakuje czasu na krytyczną ocenę internetowych treści. I ja to rozumiem.Zresztą, czy mamy dzisiaj możliwości przestudiowania każdej nowości książkowej, którą podrzucamy dziecku jako remedium na zły Internet? Nie sądzę, a proszę mi wierzyć, naprawdę nie wszystkie dostałyby rodzicielski znak jakości. Wiele z nich, to taki wycinek Internetu, który jakiś wydawca postanowił wydrukować i spieniężyć.Nie chciałabym, by to, co piszę, było kolejnym tekstem pokazującym, jak jest źle i jak, jako rodzice (często pamiętający jeszcze czasy „przed internetem” i wspominający „jak to kiedyś bywało, jak człowiek całymi dniami po prostu wisiał na trzepaku”), jesteśmy bezsilni. Chciałabym, byśmy w świecie lęków, obaw, strachów i czarnych wizji, od czasu do czasu powiedzieli „stop” i zaczęli racjonalizować. Bo Internet i jego ciemna strona, nie znikną na pewno (a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć perspektywie). Ale na pewno można dzieciom w jego czeluściach wskazać drogę do treści, które ich pasje, wiedzę, czy nawet wrażliwość mogą pomagać (słowo klucz!) kształtować. Zamiast obrażania się na algorytmy, sami je wytresujmy. Wyjdźmy z baniek przypominających kloakę i pokażmy, jak z tego „końca Internetu” mogą wyjść nasze dzieci. Zaprzyjaźnijmy się z opcją „nie interesuje mnie to”, ale wspierajmy twórców treści, którzy dostarczają nam coś, co nas wzbogaca, albo przynajmniej każe nam się zatrzymać.Okno na świat Sama (z różnym skutkiem) podejmuję to wyzwanie, dlatego doskonale wiem, jakie to jest tak naprawdę trudne. Jakim – nie internetowym, ale życiowym – challengem może być świadome porzucenie tego, co powoduje gwałtowne wyrzuty dopaminy. Tak, dopaminy, bo naukowcy dziś już wiedzą, że oglądanie krótkich filmów dostarcza doznań „o wysokim poziomie dopaminy, przy minimalnym wysiłku”, czyli – upraszczając – mogą powodować mechanizmy podobne do tych, o których mówimy w kontekście uzależnień choćby od alkoholu. Zresztą już dziś mówi się o short-video addiction, którego objawem jest kompulsywne oglądanie „reelsów”.Co ciekawe, jednym z pomysłów podrzucanych przez ekspertów na wyjście z tego dopaminowego więzienia, jest sięganie po treści dłuższe, bardziej wymagające, wciąż w sieci, ale inne, bardziej jakościowe, po prostu dla nas lepsze.I tu wracam do naszej rodzicielskiej odpowiedzialności za budowanie umiejętności krytycznego myślenia, a także wyzwania, któremu najpierw podołać musimy my sami. Zaglądajmy do sieci, bo – jak powiedziała Anna Dymna – ona daje nieograniczone możliwości i jest oknem na świat. Tylko to od nas zależy, czy wybierzemy okno z widokiem na mrok, czy jednak na jasną stronę mocy.Czytaj też: Odsiadują karę więzienia, ale chcą się na coś przydać. I odkupić winy