Głos, który kochają miliony. Gdyby natura mogła przemówić ludzkim głosem, pewnie brzmiałaby jak on. Spokojnie, z nienaganną dykcją. Tonem łączącym dziecięcy zachwyt z powagą sędziwego mędrca. Sir David Attenborough kończy sto lat. Opowieść o nim to nie tylko opowieść o człowieku. To historia telewizji, przyrody, świata… Choć barwna, kolorowa, to nie brakuje w niej szarości. Nie jest kochany bezgranicznie. Choć łatwo wystawiać mu liczne laurki, ogromny żal – wyrażany na rozmaite sposoby – mają do niego przede wszystkim koledzy po fachu, miłośnicy przyrody. Skarżą się, że przez trzy, a może i cztery dekady… milczał. Mówił wiele, opowiadał pięknie o przyrodzie, ale pomijał wątki niewygodne. Jak gdyby nic się przez lata nie zmieniało: nie było wycinki drzew, wylewania asfaltu, ocieplenia klimatu. Wszystko w jego produkcjach było wciąż tak samo piękne, tak samo unikatowe. Przyroda – niezmiennie fascynująca i dziewicza.To był świadomy wybór. Attenborough chciał przede wszystkim w przyrodzie rozkochać. Bał się, że jeśli zacznie „prawić kazania”, widzowie przełączą kanał. Przez lata jego filmy były więc kojącą dobranocką dla klasy średniej. O tym, że jest źle, ludzie przecież nie chcieli słuchać. Albo wydawało mu się, że nie chcą. W serialu „Błękitna Planeta” z 2017 roku długo opierał się włączeniu wątku plastiku, bojąc się, że takie moralizowanie kogoś odrzuci. Ostatecznie uległ. I… odniósł olbrzymi sukces. Produkcja wywołała tzw. „efekt Attenborough” – globalną krucjatę przeciwko jednorazowym opakowaniom.Ale krytycy i tak nie byli zadowoleni. Pytali: dlaczego tak późno? Dlaczego przez 20 lat wolał opowiadać o godach rajskich ptaków niż o ich systematycznym znikaniu?Za duże zębyUrodził się w 1926 roku, kilka dni po Elżbiecie II, z którą połączy go zresztą później szczera przyjaźń. Oboje staną się symbolami brytyjskiej solidności i trwałości Królestwa. Odrobinę starszy brat, Richard, pchał się na scenę. Wszędzie go było pełno. David był spokojniejszy. Uwielbiał naturę, skały, kamienie. Długimi godzinami mógł przechadzać się w tę i z powrotem w poszukiwaniu małych skarbów. Gdy miał 23 lata, pracował jako młodszy redaktor w londyńskim wydawnictwie edukacyjnym, robiąc korektę książek naukowych dla dzieci. Dni spędzał na liczeniu słów, ale przede wszystkim na odliczaniu godzin. Miał dyplom z nauk przyrodniczych z Cambridge i raczej naiwnie sądził, że pozwoli mu on prowadzić badania w najdalszych zakątkach świata. Po Cambridge został powołany do marynarki. Liczył, że trafi do jakiegoś odległego miasta portowego, choćby Trincomalee na Sri Lance. Dalekie kraje miały w sobie romantyzm – znacznie mniej romantyczna była niemal nieczynna flota rezerwowa, do której go przydzielono. W północnej Walii, niespełna 800 kilometrów od domu.Nuda skłoniła go do odpowiedzi na ogłoszenie w „The Times” dotyczące posady producenta radiowego w BBC. Pracę dostał ktoś inny, ale jego aplikacja zrobiła wrażenie na początkującym dziale telewizji. Nie był oczywistym kandydatem. W życiu widział program telewizyjny tylko raz, u teściów. Mimo to świetnie wypadł na rozmowie i przeszedł szkolenie. Zależało mu – choćby dlatego, że miał młodą rodzinę na utrzymaniu.Mary Adams, uznała, że ma „zbyt duże zęby”, by pokazywać się na wizji. Przez lata pracował więc jako producent, co – jak wspomina po latach – wcale nie wyszło mu na złe. Jak DarwinJego przeznaczeniem była jednak wizja. Przełomowy okazał się rok 1954 i seria „Zoo Quest”. David, zmuszony zastąpić chorego prowadzącego, wyruszył do Sierra Leone. Dziś na taki program nikt by nie wpadł, nikt takich nagrań nie odważyłby się robić. Attenborough, w nienagannym stroju, chwytał pytony, warany i rzadkie ptaki, by następnie przewozić je do londyńskiego ogrodu zoologicznego. Kłusownictwo w białych rękawiczkach. Smażył żółwie jaja na śniadanie na borneańskiej plaży i wabił smoki z Komodo gnijącą padliną kozy.„To było złe, nie powinniśmy tego robić” – kajał się po latach. Ale co miał powiedzieć?Attenborough rozwijał się jako producent, dyrektor, szef. W latach 60. był już jedną z najważniejszych postaci brytyjskiej telewizji. Gdy odbiorniki zaczęły rozróżniać kolory, wypychał na antenę… snooker. „Gdzie, jeśli nie tam, ludzie mają poznać magię obrazkowej rewolucji?” – pytał retorycznie. To on dał zielone światło igrającemu z ogniem kabaretowi Monthy’ego Pythona. Jego pracę, wizję i pomysły doceniano na tyle, że zaoferowano mu ponoć kierowanie całym oddziałem BBC. Odmówił. Wiedział, że ciągnie go gdzie indziej. Czytaj też: Sir Attenborough inspiracją świata nauki. Osa nazwana na jego cześćPrzez lata odkrywanie świata przyrody i próby jego zrozumienia były dla niego czymś w rodzaju ucieczki. Nowa rzeczywistość dawała jednak szansę, by tę potrzebę zamienić w życiową misję. Efektem pełnego zaangażowania Attenborough było „Life on Earth” z 1979 roku – prometejski punkt wyjścia dla wszystkich współczesnych dokumentów przyrodniczych. Karol Darwin opublikował „O powstawaniu gatunków” w wieku 50 lat; Attenborough miał 53 lata, gdy prowadził „Life on Earth”. Cała wiedza zgromadzona przez niego przez lata pracy w BBC prowadziła do tego momentu. To było wyjście Attenborough z poczwarki.„Life on Earth”, w 13 odcinkach, prowadziło widzów przez ewolucyjną historię roślin i zwierząt – od najwcześniejszych organizmów jednokomórkowych po pojawienie się człowieka. Seria ustanowiła wczesny wzorzec tego, co stanie się znakiem rozpoznawczym dokumentów Attenborough: cierpliwe prowadzenie narracji, najnowocześniejsze zdjęcia i od czasu do czasu nuta wzniosłości. – Jeśli piękno bierze się z doskonałości, jeśli wdzięk jest miarą umiejętności, to ptak w locie musi być jednym z najpiękniejszych widoków w naturze – mówił Attenborough w jednym z odcinków.Brytyjczycy, trochę jak Polacy z komentarzem Włodzimierza Szaranowicza, lubią z tych barwnych opowieści czerpać, chłonąć je, nawet jeśli… nie widzą obrazka. W tym tkwi siła takich postaci. Ich głosu, charyzmy, erudycji.Najważniejsza scena w karierzeW 1978 roku Attenborough pojechał w góry Wirunga w Rwandzie, licząc na sfilmowanie dzikich goryli – co w tamtym czasie udawało się niezwykle rzadko. On i ekipa współpracowali z prymatolożką Dian Fossey, która od lat badała zachowania goryli w Rwandzie i poświęciła życie ich ochronie. Po przyjeździe Attenborough dowiedział się o niedawnym zabiciu młodego goryla imieniem Digit, z którym Fossey przez lata nawiązała więź. Kłusownicy odcięli Digitowi głowę i dłonie, by sprzedać je w sklepie z pamiątkami dla turystów – wspominał Attenborough w „Life on Air”.Ona była nieufna, on ostrożny. Dała im jednak szansę. Przyrodnik, wraz z ekipą, spędzili kilkanaście dni w tamtejszych lasach, próbując oswoić zwierzęta ze swoją obecnością. Gdy w końcu zauważył siedzącą spokojnie samicę, a wraz z nią grupkę jej dzieci, uśmiechniętych, chętnych do zabawy, dosiadł się i… bawił razem z nimi. To miał być wykład o przeciwstawnych kciukach. Miał siedzieć obok, w jakiejś bezpiecznej odległości, ględząc coś o potędze ewolucji. Zamiast tego, milczał i cieszył się wraz z dzikimi zwierzętami. Piękny, bardzo intymny moment.– W wymianie spojrzeń z gorylem jest więcej znaczenia i wzajemnego zrozumienia niż z jakimkolwiek innym zwierzęciem, jakie znam – powiedział słynnie Attenborough w scenie z „Life on Earth”. – Jeśli więc kiedykolwiek istniałaby możliwość ucieczki od ludzkiego losu i wyobrażeniowego życia w świecie innego stworzenia, musiałoby to być życie z gorylem.*Gdy przychodził na świat, żyły na nim nieco ponad dwa miliardy ludzi.W młodości Ziemia wydawała mu się niewyczerpana. Serengeti – bezkresne. Oceany – zbyt wielkie, by człowiek mógł im zaszkodzić. Lasy – tak gęste, że nawet wszechmocna kamera była wobec nich bezradna. W 1960 roku, gdy po raz zobaczył afrykańską sawannę, największe wrażenie zrobiły na nim nie pojedyncze zwierzęta, lecz przestrzeń. Masajskie słowo „Serengeti” oznacza zresztą przecież „niekończące się równiny”. Myśl, że jeden gatunek – nasz – mógłby zagrozić takiemu ogromowi, wydawała się absurdem. Nawet dla kogoś tak wrażliwego i mądrego jak on.Obudził się późno. Za późno, mówi wielu. Dopiero w produkcjach z ostatnich kilkunastu lat widać i słychać krzyk rozpaczy. Attenborough nie paraduje z transparentami, nie wykrzykuje niczego na ulicach – to nie on. „Krzyczy” pokazując plastik połykany przez ptaki; sieci, w które plączą się wieloryby i pustoszejące morza. Staje w miejscach, w których kiedyś był las. „Byłem tu, widziałem go” – mówi przejętym głosem.Nie mówi już: „popatrzcie, jak tu pięknie!” Mówi: „popatrzcie, jak tu pięknie, nacieszcie się, bo zaraz może tego wszystkiego nie być”. Coraz spokojniejszym, coraz starszym głosem. Dziś: głosem stulatka.Wszystkiego najlepszego. Czytaj też: Ponad centymetr miesięcznie. Stolica Meksyku się zapada