Prezydent Ukrainy dumny z tej broni. Ukraińcy kontynuują nękanie rosyjskiego zaplecza przemysłowego, co osłabia kremlowską gospodarkę i potencjał militarny na froncie. Tym razem na cel wzięto kompleks wojskowo-przemysłowy w Czeboksarach położony ponad 1500 km od granic Ukrainy. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że ataku dokonano przy użyciu jednej z najgroźniejszych ukraińskich broni – pocisków manewrujących FP-5 Flamingo. „Nasze dalekosiężne »sankcje« nadal są w pełni uzasadnioną odpowiedzią na rosyjskie ataki. Minionej nocy wystrzelono pociski manewrujące FP-5 Flamingo w ramach operacji sił zbrojnych Deep Strike, wymierzonej w kilka celów wroga, w szczególności w obiekty kompleksu wojskowo-przemysłowego w Czeboksarach” – napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.Produkcja FP-5 Flamingo rośnieWedług prezydenta, w zniszczonym zakładzie zbrojeniowym produkowano systemy zabezpieczeń przekaźnikowych, automatyki oraz aparaturę niskonapięciową. Zakład dostarczał elementy nawigacyjne dla rosyjskiej marynarki wojennej, przemysłu rakietowego, lotnictwa i broni pancernej. Wszystko to, czego Rosjanie używają w wojnie przeciwko Ukrainie. Zobacz także: „Nie możemy być takimi głupcami”. Zełenski ostro o żądaniach RosjiTygodnik „The Economist” podał, że do końca października 2025 roku Ukraina miała zwiększyć liczbę produkowanych pocisków typu FP-5 Flamingo z dwóch-trzech do siedmiu na dobę. Mają być one używane do atakowania infrastruktury energetycznej i wojskowej w Rosji.Ukraińcy radzą sobie sami, bo nie dostali Tomahawków ani TaurusówOdrzutowy FP-5 (klasyfikowany zwykle jako pocisk manewrujący) ma zdolność przenoszenia głowicy bojowej o masie 1150 kg na odległość do 3 tys. km, co z założenia pozwala na atakowanie celów w głębi Rosji. Tego typu broń spędza sen z powiek Rosjanom. Wcześniej Ukraińcy nie dysponowali własnymi pociskami dalekiego zasięgu i musieli liczyć na sojuszników.Pomimo mglistych obietnic, nie otrzymali od Amerykanów Tomahawków, ani od Niemców Taurusów. Brytyjczycy przekazali im niewielką liczbę pocisków Storm Shadow, a Francuzi – Scalpów. Zwykle wiązało się to też z ograniczeniami w możliwościach użycia tej broni. Zobacz także: Europa musi w ciągu roku stworzyć własny system obrony przeciwlotniczejUkraińcy szybko zrozumieli, że mogą w kwestii opierać się tylko na własnych pomysłach, dlatego – dzięki firmie Fire Point – w ciągu czterech lat przygotowali serie pocisków Flamingo. Początek wyglądał tak, że niezwiązani z branżą zbrojeniową Ukraińcy zajęli się po wybuchu wojny w 2022 r. produkcją dronów (a potem też rakiet). Obecnie ich firma jest warta ok. 2,3 miliarda dolarów. Pod koniec ub. roku zgłosili się Arabowie chętni, by kupić część jej udziałów za blisko 800 mln dolarów, ale zostali odprawieni przez ukraińskie urzędy z kwitkiem.FP-5 Flamingo trzy razy tańszy od TamahawkaFlagowym produktem firmy Fire Point jest FP-5 Flamingo, uznawany za „ukraiński tomahawk”. Jest to pocisk manewrujący napędzany silnikiem odrzutowym. W 225 roku zaprezentowano także dwie kolejne rakiety rodziny Flamingo – FP-7 i FP-9. Ten pierwszy pocisk ma być rakietą taktyczna o zasięgu do 200 km.Ogromną zaletą FP-5 Flamingo, oprócz dużej niezawodności, ma być też niska cena. Koszt wyprodukowania jednego pocisku to oko. 500 tys. – 600 tys. dolarów. Dla porównania cena amerykańskiego Tomahawka (który ma krótszy zasięg 1600-2500 km) to ok. 1,5-2 mln dolarów.Zobacz także: Ukraińcy już nie potrzebują Tomahawków i Taurusów? Mają lepszą rakietę