Felieton. Huśtawka emocji nie jest niczym dobrym, ale jesteśmy na nią skazani. Zondacrypto, Łatwogang, przepychanki polityczne, Poczobut, wojny, piłkarski Puchar Polski. Kilka słów, a sinusoida nastrojów bardzo efektowna. Zapraszam na subiektywne podsumowanie tygodnia. – Majówka, czas odpoczynku, kilku dni wolnych od pracy, pierwszego w roku zachłyśnięcia się pogodą. To także dni, w które na pierwszy plan wysuwa się polskość. Brzmi to potwornie patetycznie, ale to są właśnie dni pełne patosu i dumy narodowej. Często szczerej, czasem też tej na pokaz.Owe trzy pierwsze dni maja to symbole i historyczne wydarzenia. Rocznica wstąpienia do Unii Europejskiej, uchwalenie Konstytucji 3 maja i słusznie wprowadzony w 2004 roku Dzień Flagi. Nic tylko świętować. I nikomu nie odbierać prawa do patriotyzmu.Czytaj też: Kilometry polskiej flagi. Rekord w Bornem Sulinowie*– Tuż przed manifestowaniem swojej polskości, Polacy postanowili zamanifestować swoją dobroć, skłonność do pomocy tym, którzy jej potrzebują. Pokazali też, że potrzebują kogoś, kto ich skrzyknie. A potem pokazali, że nawet takie chwile są świetną okazją, by się pożreć.Łatwogang wystrzelił ze swoją inicjatywą nagle, bez większych zapowiedzi. Powiedział po prostu: zaczynamy. I zaczął. Pewnie nie chciał mieć nad tym większej kontroli i dobrze, bo ją szybko stracił. W tym pozytywnym sensie, bo okazało się, że ludzie garnęli się do jego streamu jak misie do miodu. I stracił on kontrolę nad tym, ile pieniędzy trafia na to jedno konkretne konto. I o to mu chodziło. Wyszło pięknie, intensywnie, hojnie i wzruszająco. Bo kiedy pomaga się dzieciom chorym na raka, zawsze jest wzruszająco.Ale jak zawsze musi być coś nie tak. Na szczęście już nie z samą akcją, tylko z tym, co było po niej. Łatwogang prosił, by nie mieszali się do tego politycy. Wmieszali się po zbiórce, próbując wykorzystać tę akcję, by uderzyć w Jerzego Owsiaka: że jego WOŚP kosztuje, a Łatwogang zrobił to niemal bez kosztów, że Orkiestra Owsiaka gra na długo przed samym finałem, a Łatwogang zaczął bez zapowiedzi, że mimo otoczki i szumu medialnego Owsiak zebrał mniej od Łatwoganga…i tak dalej, i tak dalej. Można było się tego spodziewać, ale i tak budzi niesmak. Dużo prościej i przyjemniej byłoby zsumować obie kwoty i pomyśleć jak wielu chorych będzie mogło skorzystać z zakupionego sprzętu. Ale niektórzy politycy i media im sprzyjające nie potrafią pozytywnie. Tak budują swoją sektę.*– Podzieliło nas także uwolnienie Andrzeja Poczobuta. To druga w tym tygodniu historia, której zakończenie powinno budzić w nas tylko i wyłącznie pozytywne emocje. Powoduje jednak, że wiara w zasypianie przepaści, która dzieli jednych od drugich, jest coraz mniejsza.Andrzej Poczobut przebywał od kilku lat w białoruskim więzieniu za mówienie prawdy o reżimie Łukaszenki. Przez tych kilka lat nie udało się doprowadzić do jego uwolnienia, zwłaszcza tym, którzy teraz przypisują sobie główne zasługi. A właściwie twierdzą, że stało się to za sprawą rozmowy Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem. I niestety za takimi teoriami pójdą wyznawcy tej strony sceny politycznej.Tak, Nawrocki rozmawiał o tym z Trumpem. Tak, prezydent USA odegrał znaczącą rolę w całym procesie, bo podejmuje szereg decyzji czy się to komuś podoba czy nie. Ale intensywna praca nad uwolnieniem Poczobuta rozpoczęła się, zanim Nawrocki został prezydentem. Bo musiała. To nie jest kwestia kilku spotkań i spijania sobie z dzióbków. Oś czasu jest bardzo istotna.Informacja o uwolnieniu polskiego dziennikarza i opowieści o negocjacjach przywołują na myśl znakomity, oparty na faktach, film Stevena Spielberga „Most szpiegów”, w którym Tom Hanks gra człowieka prowadzącego negocjacje w sprawie wymiany więźniów. Doskonale pokazuje on, jak trudne są tego typu rozmowy i jak długo trwają. O negocjacjach w sprawie Poczobuta opowiadał John Coale, wysłannik USA do rozmów z Białorusią. Nigdy nie poznamy całej prawdy, ale ta, którą znamy, jest ekscytująca. I czasem wywołuje uśmiech, kiedy na przykład Coale opowiada, że chcąc dostosować się do rozmówcy, musiał używać wulgaryzmów w odniesieniu chociażby do Unii Europejskiej. Wypił też mnóstwo wódki, a w ekstremalnych przypadkach wylewał ją pod stół, by ulżyć swojej wątrobie.Czytaj też: Pół roku czekał na niego w Polsce. Poczobut odebrał Order Orła Białego*– Giełda kryptowalut ma powiązania z mafią tambowską. Tak wynika z działań służb, na które powołuje się Wojciech Czuchnowski w Gazecie Wyborczej. Takie informacje miał Karol Nawrocki, kiedy wetował ustawę o regulacji rynku kryptoaktywów i miał też Sejm, kiedy dwukrotnie tego weta nie zdołał odrzucić. Trudno powiedzieć, co kierowało wszystkimi tymi posłami, którzy głosowali zgodnie z wolą prezydent w sytuacji, w której wiedzieli już, że Zondacrypto to pieniądze rosyjskiej mafii. Nie byle jakiej mafii, bo działającej już od lat osiemdziesiątych i mającej powiązania z Władimirem Putinem.Atmosfera wokół Zondacrypto jest gęsta od co najmniej kilku lat, jeśli nie od 2018 roku, kiedy to Rosjanie przejęli większościowe udziały firmy, która wtedy nazywała się BitBay. Ale z pewnością dużo do myślenia mogło dać wszystkim zwolennikom nagłe zniknięcie bez śladu jednego z założycieli BitBay Sylwestra Suszka.I w takich okolicznościach z pieniędzy Zondacrypto chętnie korzystają politycy prawej strony sceny politycznej. „(Zondacrypto) sponsoruje wydarzenia polityczne i społeczne w Polsce i promuje bardzo konkretne siły polityczne” – mówi premier Donald Tusk, powołując się na informacje służb. Ale przecież na prawicy w dobrym tonie jest zarzucić Tuskowi kłamstwo i nieróbstwo także w takiej sytuacji. I zapytać, dlaczego do tej pory nic z tym nie zrobił. I przy tym iść w zaparte sugerując: „to nie my”. To nic, że „najciekawsze” rzeczy w historii Zondacrypto działy się za rządów PiS-u.*– Janusz Kowalski odszedł z Prawa i Sprawiedliwości. Lub też został zmuszony do odejścia. Trudno powiedzieć i strach powiedzieć, bo już teraz Wirtualna Polska otrzymała zapowiedź pozwu za sugerowanie powiązań Kowalskiego z Zondacrypto. Sam poseł mówi, że „nikogo tam nie zna”.Oficjalnym powodem tego rozstania jest niezadowolenie z działalności PiS-u w terenie, zwłaszcza jednym. Jak mówi, Prawo i Sprawiedliwości wchodzi tam w układy z ludźmi Palikota. Tego Janusz Kowalski postanowił nie tolerować i zakończył pracę na rzecz największej partii opozycyjnej, z ramienia której jeszcze kilka dni temu atakował z mównicy sejmowej Tuska i ministrę Joannę Henning-Kolskę. Był w to, jak zwykle, bardzo zaangażowany i znów nie zrobił w swojej mowie nawet sekundowej przerwy, choćby po to, by dać szansę wicemarszałkowi Szymonowi Hołownii na przerwanie.Trudno powiedzieć czy PiS doznało osłabienia tą decyzją. Traci bowiem armatę, strzelającą efektownie i głośno, ale za to na oślep.*– Większość sejmowa wybroniła dwie ministry swojego rządu. Zarówno Paulina Hennig-Kloska, jak i Jolanta Sobierańska-Grenda wygrały starcie z tymi, którzy zgłosili wniosek o votum nieufności. Zwłaszcza w przypadku tej pierwszej temperatura rosła w ostatnich tygodniach z powodu postawy Polski 2050, byłej partii ministry. Rosła, a potem nagle opadła, kiedy doszło do spotkania Donalda Tuska z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Wtedy nagle okazało się, że Polska 2050 jednak będzie głosować po myśli rządu. Jak twierdzi szefowa ugrupowania, Paulina Hennig-Kloska spotkała się z zarządem partii i wszyscy doszli do porozumienia. Na przykład w sprawie małpek, które mają zostać włączone w system kaucyjny. To miał być jeden z postulatów wobec ministry klimatu i środowiska. Sprawa małpek brzmi tutaj tak groteskowo, jak rola jaką w polskiej polityce, według Pełczyńskiej-Nałęcz, pełni teraz Polska 2050.*– Czterdzieści lat temu piliśmy płyn Lugola, by ustrzec się przed promieniowaniem grożącym nam po katastrofie w elektrowni w Czarnobylu na terenie dzisiejszej Ukrainy. Podobno piliśmy ten lek niepotrzebnie, ale to tylko dzisiejsze opinie i jedne z naszych wspomnień. Bezpośrednio w katastrofie zginęło wtedy 31 osób. Pośrednio od 4 do 200 tysięcy, w zależności od źródeł.Pamiętam, że kiedy niedługo po tym wydarzeniu zmarł brat kolegi, mówiono, że to skutek promieniowania. Zmarł w wyniku choroby nowotworowej.Czytaj też: Spędził miesiące w Czarnobylu. „Na cokolwiek umrę i tak powiedzą, że to mnie zabiło”*– Król Karol III odwiedził Stany Zjednoczone i siłą rzeczy Donalda Trumpa. To był słowny majstersztyk, którego mam wrażenie Trump albo nie zrozumie, albo zinterpretuje na swoją modłę.Wystąpienie Króla Wielkiej Brytanii w Kongresie było perfekcyjne zarówno w sferze dowcipów, jak i aluzji politycznych. Słowa o tym, że gdyby nie Brytyjczycy, Amerykanie mówiliby teraz po francusku, były sprytną szpilką wobec Trumpa, który niezbyt pochlebnie wielokrotnie wypowiadał się o Francji i Emanuelle’u Macronie. Król stosował także niedopowiedzenia w sprawie artykułu 5 NATO, w sprawie większej kontroli nad tym, co robi Donald Trump i zasugerował czy aby na pewno kongresmeni są przekonani do swojego hasła „America first?”. Taką interpretację zaproponowała gazeta Politico i jest ona wielce prawdopodobna.*– Nie da się zliczyć toczących się obecnie konfliktów zbrojnych na świecie. Często bowiem wybuchają nagle, po czym równie nagle potrafią zgasnąć. Ale są też takie, które trwają latami i giną w nich setki tysięcy, czasem nawet miliony niewinnych ludzi. Wspólnym mianownikiem owych wojen jest to, że decydują o nich politycy, którzy w nich nie uczestniczą.„W 1914 roku zginął od kuli zamachowca pewien arcyksiążę, co przyniosło w późniejszej wojnie śmierć milionów NIEarcyksiążąt”. Mniej więcej tak kiedyś powiedział Alan Alexander Milne, autor „Kubusia Puchatka”. Historia tej bajki i traumy wojennej, z jaką zmagał się Autor, fantastycznie została przedstawiona w filmie „Żegnaj Christopher Robin”. Puchatek był poniekąd próbą ucieczki Milne’a od wspomnień wojennych, przede wszystkim związanych z bitwą nad Sommą. Niezwykłe jest, że w tej samej bitwie udział brał J.R.R. Tolkien, który niedługo później stworzył baśniowy świat Silmarillion, Hobbita i Władcy Pierścieni. Obydwaj wyobraźnią budowali inny świat niż ten, w którym przyszło im żyć, świat, w którym ostatecznie dobro zwyciężało zło.„Żegnaj Christopher Robin” jest filmem niezwykle wzruszającym, głęboko wchodzącym w emocje w relacji ojca z synem (syn Milne’a był pierwowzorem Krzysia z „Kubusia Puchatka”). Co ciekawe wspomniany Tolkien również jest bohaterem filmu o sobie. Tytuł: „Tolkien”.*– Górnik Zabrze zdobył piłkarski Puchar Polski. Finał tych rozgrywek odbył się na PGE Narodowym w obecności około 50 tysięcy widzów. Górnik wygrał 2:0 i zdobył pierwsze trofeum od wielu lat, mimo że to klub, który mistrzostwo Polski zdobywał swego czasu seryjnie. Teraz wraca na szczyty. Wygląda na to, że na dłużej, bo w lidze zajmuje drugie miejsce i nadal walczy o mistrzostwo Polski, a to neguje wszelkie opinie, że Puchar Polski był przypadkiem.Po zakończeniu sezonu, stery w Górniku ma przejąć Lucas Podolski, były mistrz świata z reprezentacją Niemiec, człowiek, który na zakończenie kariery postanowił zająć się śląskim klubem, człowiek, który wie, jak wygląda wielka piłka i taką chce mieć w Zabrzu. To optymistyczne. Wejście ma kapitalne, bo dostaje jedno trofeum i udział w rozgrywkach europejskich. Traktowanie krajowej ligi jako eliminacji do europejskich pucharów nie jest słuszne, ale nie da się ukryć, ze gra w Europie daje pieniądze, a pieniądze rozwój i możliwość gry o krajowe tytuły w kolejnych sezonach. Układ idealny.Podolski wchodzi do klubu jako jego legenda, do tego szanująca starsze legendy. Jego postawa wobec Stanisława Oślizły po wygranym finale była poruszająca.*Ciąg dalszy nastąpi za tydzień...