Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. O akcji Łatwoganga i Bedoesa, dzięki której zebrano rekordową kwotę w czasie youtube’owego streamingu, powiedziano już chyba wszystko. A nawet więcej. Bo komentarze nie zatrzymały się na odnotowywaniu sukcesu, czy też artykułowaniu potrzeby solidnego rozliczenia z powierzonych fundacji Cancer Fighters pieniędzy. Poszły, zresztą jak to u nas często bywa, o wiele dalej i zatrzymały się mniej więcej w miejscu, w którym radość ze spektakularnego sukcesu przyćmiło najzwyklejsze polskie malkontenctwo. A ideę kwestowania zamieniono na specjalizację z kwestionowania cudzych intencji. Oczywiście. To, że transparentność w przypadku takich akcji jest niezbędna, wie chyba każdy, kto choć raz zetknął się z pomocowym zrywem. A gdy za pomaganie zabierają się „chłopak z internetu” i „wydziarany raper”, to już w ogóle nie może być mowy o rozliczeniowej bylejakości. Taki mamy klimat, takie mamy stereotypy i poziom zaufania do tych, którzy wychodzą przed szereg. I nie ma co się obrażać, trzeba po prostu w przejrzysty sposób rozliczać się z każdej złotówki. I oni chcą to zrobić.Ba! Fundacja, dla której zebrali pieniądze, codziennie komunikuje w swoich mediach społecznościowych każdy krok (np. fakt, że zbiórki najpilniej potrzebujących pomocy podopiecznych fundacji zostały już zasilone z puli zebranej w czasie streamingu), wrzuca podsumowania i rozliczenia, wszyscy podeszli do tematu bardzo poważnie. I właśnie to jest moment, w którym – w mojej opinii – powinniśmy dać im chwilę na oddech, a przede wszystkim – dać kredyt zaufania. Obserwować, kibicować, czekać na rezultaty, na spokojnie, ale i z dumą z tego, czego byliśmy świadkami, bo nie codziennie dzieje się w sieci taka magia.Dla mnie to dość oczywiste, ale – co nie dziwi w ogóle – niestety nie dla wszystkich. Zresztą, podobną drogę „udowadniania, że nie jest się wielbłądem” przechodzili lub wciąż przechodzą w Polsce wszyscy ci, którzy postanowili egoizm zamienić na altruizm (choć pomaganie z egoistycznych pobudek wciąż przecież jest pomaganiem, prawda?).Czytaj też: Media społecznościowe bez dzieci? „Rodzice są bezradni”Anna Dymna konsultowała się z Jerzym OwsiakiemW najnowszym odcinku podcastu „Powiem to pierwszy raz” o trudach działalności charytatywnej rozmawiałam z Anną Dymną, aktorką i założycielką Fundacji „Mimo Wszystko”, kobietą, która od lat pomaga dorosłym osobom z niepełnosprawnością intelektualną. Pani Anna sama też musiała mierzyć się z hejterskimi komentarzami, gdy tylko zaczęła swoją społeczną działalność.– O mnie mówiono „dupa jej rośnie, to założyła fundację, będzie szmal zbijała na niepełnosprawnych” – wyznała aktorka. – Najgorsze jest to, że Polsce jak się ma fundację, trzeba cały czas udowadniać, że się nie jest wielbłądem, że się nie kradnie – dodała. I jeszcze przyznała, że kiedy sama zaczynała prowadzić Fundację „Mimo Wszystko”, konsultowała się z Jurkiem Owsiakiem. – Byłam u Owsiaka, bo na niczym się nie znałam. Jurek powiedział mi, co mnie czeka. Wszystko się sprawdziło – zaznaczyła aktorka.A trzeba przyznać, że Jurek Owsiak od 33 lat mierzy się z krytyką, hejtem, czasem nawet groźbami pod swoim adresem, a teraz – po sukcesie Łatwoganga i Bedoesa – znaleźli się nawet i tacy, którzy próbowali przekonywać, że orkiestra Owsiaka powinna przestać grać, skoro mamy duet, który „rozbił bank” w czasie dziewięciodniowego streamingu. Tak jakby w głowach wielu nie było przestrzeni na myśl o tym, że w prawie 38-milionowym kraju naprawdę pomieści się i Owsiak, i Dymna, i Łatwogang z Cancer Fighters i wielu, wielu innych.– Strzelamy do jednej bramki, a chłopcy robią po swojemu. Siedzę cicho i trzymam kciuki – tak całą tę dyskusję skwitowała Anna Dymna.Myślę, że wielu powinno wziąć z aktorki przykład.