Geneza dziwnego konfliktu. Dokuczył Erdoganowi, krzyczał na Zełenskiego, porwał się na Kanadę i Grenlandię… Jako głowa najpotężniejszego państwa świata, Donald Trump niemal zawsze występuje z pozycji mocy. I chętnie korzysta z faktu, że prawie nikomu nie opłaca się wdawać z nim w pyskówkę. „Prawie”, bo całkiem niedawno znalazł się jeden śmiałek. Amerykańscy prezydenci i papieże ścierali się już wcześniej, ale korespondencyjna wymiana uprzejmości między Donaldem Trumpem a papieżem Leonem XIV nie ma precedensu.Wyjątkowość tego starcia nie wynika głównie z faktu, że Robert Francis Prevost jest pierwszym papieżem urodzonym w Ameryce, choć ma to znaczenie. W końcu Leo nie może być zbyty jako cudzoziemiec wypowiadający się o kraju i kulturze, których nie rozumie. To byłoby proste, Trump użyłby tej riposty od razu. Gdy jest krytyczny wobec Ameryki – w sprawach od wojny po masowe deportacje, aż po tych, którzy „manipulują religiami i samym imieniem Boga” – robi to również jako oddany obywatel, kochający swój kraj. Nie chodzi też wyłącznie o naturę sporów, zwłaszcza o wojnę prowadzoną przez Trumpa przeciwko Iranowi. Wcześniejsi papieże krytykowali wcześniejszych prezydentów za prowadzenie wojen. To nic nadzwyczajnego. Czytaj też: Banknoty i pomnik to za mało. Trump chce zastąpić Statuę WolnościTo, co czyni zderzenie Trump–Leon najbardziej niezwykłym, to sposób prowadzenia sporu – nie ze strony papieża, którego krytyka była bezpośrednia, lecz powściągliwa – lecz ze strony prezydenta.Żaden prezydent nigdy nie atakował duchowego przywódcy Kościoła katolickiego tak bezpośrednio i tak personalnie. Trump nazwał Leona „SŁABYM wobec przestępczości” i „fatalnym w polityce zagranicznej”. Atakował papieża za sprzeciw wobec jego polityki wojny z Iranem, określając go jako „bardzo liberalną osobę”, która „schlebia radykalnej lewicy”. Powiedział też, że Leo zawdzięcza swoje papiestwo Trumpowi. To – delikatnie mówiąc – niezwykłe, by głowa państwa – w tym przypadku najpotężniejszego państwa świata – traktowała biskupa Rzymu jak zaciekłego rywala politycznego.Starcie dwóch światówKonflikt ten ma w sobie jednak coś więcej niż tylko polityczną kłótnię. Ma wymiar niemal archetypiczny.Oto bowiem z jednej strony człowiek głęboko religijny, którego całe życie ukształtowały dyscyplina duchowa i tradycja teologiczna. Z drugiej – polityk całkowicie świecki, całkowicie, do bólu wręcz, z tej epoki i tego świata, który sukces mierzy bogactwem, władzą i podbojami seksualnymi. Leon XIV jest augustianinem – członkiem zakonu powstałego w XIII wieku. To tradycja, która łączy życie duchowe z aktywną służbą. Augustianie mówią o pokorze, wspólnocie i ograniczeniach ludzkiej władzy, ostrzegają przed „złudzeniem wszechmocy” i nieufnie patrzą na pychę politycznych liderów.Czytaj też: Długa rozmowa Trumpa z Putinem. Padła propozycja rozejmuTrump funkcjonuje w logice dokładnie odwrotnej. Sam przyznał, że nigdy nie prosił Boga o przebaczenie. Nie jest związany z żadnym Kościołem i wielokrotnie pokazywał dystans wobec podstawowych nauk chrześcijaństwa.To zderzenie widać nie tylko w stylu, ale też w języku. Papież mówi o sprawiedliwości, solidarności i odpowiedzialności za najsłabszych. W swoim pierwszym dokumencie pisał, że „Bóg ma szczególne miejsce w swoim sercu dla tych, którzy są dyskryminowani i uciskani” i że Kościół powinien dokonać „zdecydowanego i radykalnego wyboru na rzecz najsłabszych”.Trump odpowiada językiem politycznej walki.Rywal nie do pokonaniaKłopot w tym, że… Leona XIV to nie wzrusza. „Nie odczuwam żadnego strachu przed administracją Trumpa” – powiedział niedawno.Trump jest przyzwyczajony do tego, że jego przeciwnicy kalkulują. Że zastanawiają się, ile mogą stracić. Że boją się ceł, nacisków, wycofania wsparcia militarnego czy publicznego upokorzenia. Wobec Watykanu te narzędzia nie działają.„Trump nie może użyć swoich typowych metod zastraszania, takich jak cła czy porzucenie zobowiązań bezpieczeństwa” – zauważa Thomas Wright z Brookings Institution, cytowany przez Financial Times.Czytaj też: Trump publicznie krytykuje Merza. „Całkowicie nieskuteczny”Papież nie próbuje wygrać tej konfrontacji w klasyczny sposób. Nie odpowiada obelgą na obelgę. Nie daje się wciągnąć w eskalację. Jednocześnie nie milczy. Zapowiada, że będzie nadal zabierał głos w sprawach wojny i sprawiedliwości.Nawet jeśli ktoś nie zgadza się z jego argumentami, trudno zarzucić mu cynizm. Nie walczy o poparcie w sondażach, nie startuje w wyborach, nie zabiega o dostęp do władzy. Nie próbuje też upokorzyć przeciwnika.To sytuacja, w której – jak zauważają komentatorzy – „nie ma celu, w który Trump mógłby uderzyć”. Prezydent USA świetnie radzi sobie z politykami, gorzej z tymi, którzy mówią językiem moralnym. W takim starciu „uderza w cienie”.Spór o elektoratW Stanach Zjednoczonych żyje około 53 milionów katolików – około jednej piątej społeczeństwa. To ważna grupa wyborcza, szczególnie w kluczowych stanach Środkowego Zachodu. Już przed tym konfliktem sondaże pokazywały spadek poparcia dla Trumpa wśród katolików.Badanie CBS News/YouGov z tego miesiąca, przeprowadzone przed wybuchem konfliktu z papieżem, wykazało, że 54 procent amerykańskich katolików nie aprobuje pracy Trumpa jako prezydenta, wobec 46 procent, które ją aprobuje. Większość sprzeciwiała się działaniom militarnym USA przeciw Iranowi.Sondaż wykazał, że częstotliwość uczestnictwa w nabożeństwach była kluczowym wskaźnikiem poparcia dla Trumpa wśród katolików: 58 procent poparcia wśród tych, którzy chodzą do kościoła co najmniej raz w tygodniu, wobec 42 procent wśród tych, którzy uczestniczą rzadziej.„Z całym szacunkiem uważamy, że prezydent Trump się myli, próbując mówić, że papież Leon nie powinien zabierać głosu w tej sprawie” – mówi John Yep, założyciel Catholics for Catholics, konserwatywnej grupy wspierającej Trumpa, cytowany przez Financial Times. „To zdecydowanie właśnie powinien robić jako namiestnik Chrystusa. Nie jest postacią polityczną, ale duchowym ojcem milionów ludzi na całym świecie”.Choć Yep twierdzi, że nie obawia się wpływu na wybory, dodaje: „Katolik czy chrześcijanin nigdy nie powinien zakładać, że jego głos jest oczywisty. To zdrowe, by nadal zabierać głos bez względu na wszystko. Jeśli tego nie robisz, wpadasz w ryzyko kultu”.Rzeczywiście przez większą część XX wieku katoliccy wyborcy byli bardziej związani z Partią Demokratyczną. Zmienili jednak orientację w latach 80., gdy republikanin Ronald Reagan poparł ruch antyaborcyjny („pro-life”) i nawiązał stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską.Waszyngton i Watykan współpracowały także w walce z komunizmem, związane wspólnym przywiązaniem do wolności religijnej. Jan Paweł II blisko współpracował z Reaganem, zwłaszcza we wspieraniu ruchu Solidarność w Polsce.Kłopotów ciąg dalszy?Wpływ papieża na amerykańskich katolików jest dla Trumpa „dezorientujący” – mówi Christopher Hale, który kierował działaniami skierowanymi do katolików w kampanii Baracka Obamy w 2012 roku. „Całkowicie odwraca to sposób, w jaki Donald Trump pojmuje władzę, bo on zdobywa ją nie siłą, lecz autorytetem moralnym”.Wielu chrześcijan było też zaskoczonych użyciem przez Trumpa wulgaryzmów w poście o Iranie w Niedzielę Wielkanocną oraz publikacją obrazu, który zdawał się przedstawiać go jako Jezusa, kładącego uzdrawiającą rękę na człowieku w szpitalnym łóżku. Prezydent twierdził, że obraz – później usunięty – przedstawiał go raczej jako lekarza niż Mesjasza.Kontynuacja sporu z papieżem niemal na pewno oznaczać będzie kolejne kłopoty Trumpa. To dla niego nowa sytuacja: ktoś inny, w tym przypadku Leon XIV, ma mniej do stracenia niż on. Znacznie mniej.„Kościół, który nie stawia granic miłości i nie zna wrogów do zwalczania, lecz tylko ludzi do kochania – to Kościół, którego świat dziś potrzebuje” – mówi Leon XIV. To wizja, która nie mieści się w logice politycznej polaryzacji. Wizja, której nie akceptuje i nie rozumie Trump. Dlatego jest bez szans. Czytaj też: Trump opublikował grafikę z nową nazwą cieśniny Ormuz