Zgładzono już 40 osobistości Islamskiej Republiki. Ta strategia jest znana i stosowana od lat, choć zwykle nie przynosi sukcesu. W przypadku konfliktu zbrojnego najlepiej „wyeliminować” przywódców wroga, bo rosną szanse na porozumienie z nową władzą. Podobną metodę stosują Stany Zjednoczone i Izrael w wojnie z Iranem. Zabito już około 40 przywódców irańskiego reżimu. Liczba ta z pewnością będzie rosła, choć nie ma to wpływu na skuteczność negocjacji. Moment rozpoczęcia wojny Izraela i USA z Iranem nie był przypadkowy. Izraelski wywiad wszedł w posiadanie danych, z których wynikało, że 28 lutego odbędzie się spotkanie irańskich władz. W ramach ataku zbombardowano m.in. oficjalną rezydencję najwyższego przywódcy kraju Alego Chameneiego. Operacja przyniosła pożądane efekty, bo tego dnia zginęło aż 12 wysokich rangą urzędników (głównie wojskowych) z Chameneim na czele. Amerykanie i Izraelczycy liczyli, że wyeliminowanie liderów reżimu wprowadzi chaos w Iranie, ale też zmobilizuje opozycję do przejęcia władzy w kraju. Ali Laridżani zginął, choć nie nocował nigdy dwa razy w tym samym miejscuOprócz Alego Chameneiego pierwszego dnia wojny zginęli m.in. Sekretarz Rady Obrony, kontradmirał Ali Szamchani, dowódca naczelny Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), generał dywizji Mohammad Pakpour, Szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Abdulrahim Musawi, minister obrony, generał brygady Aziz Nasirzadeh czy Szef Biura Wojskowego Najwyższego Przywódcy, generał brygady Mohammad Szirazi.W pierwszej kolejności Izraelczycy i Amerykanie chcieli wyeliminować najbardziej „twardogłowe” jednostki – głównie skupione wokół IRGC oraz ochotniczej policji Basidż. Dowódcy wywodzący się z tych środowisk nie chcą słyszeć o żadnym kompromisie z Izraelem czy Stanami Zjednoczonymi. Jednostki Basidż, znane również jako policja moralna reżimu, to paramilitarna formacja ochotników, której zadaniem jest egzekwowanie lojalności wobec teokratycznych władców Iranu w całym kraju. Są one powiązane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej, stanowiącym trzon sił bezpieczeństwa irańskiego reżimu (odpowiedzialnym także za śmierć ponad 30 tysięcy demonstrantów opozycji przed wybuchem wojny).Brak odpowiedniego odzewu opozycji irańskiej oraz chęci porozumienia ze strony reżimu „zmusił” siły amerykańsko-izraelskie do kontynuacji polowania na żyjących wciąż urzędników ze szczytów władzy. Na czele ich listy znalazł się szef Basidżu, generał brygady Gholamreza Soleimani oraz jeden z najbliższych doradców Alego Chameneiego, Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generał brygady Ali Laridżani. Ten ostatni, na pierwszy rzut oka, nie pasował do krwawych reżimowych izraelskich elit. Laridżani wywodzi się z jednej z najsłynniejszych irańskich dynastii politycznych, którą wiele mediów porównuje do rodziny Kennedych w Stanach Zjednoczonych. Jeden z jego braci, Sadeq, był szefem irańskiego wymiaru sprawiedliwości, a drugi, Mohammad Dżawad, był dyplomatą, który doradzał nieżyjącemu Chameneiemu w sprawach zagranicznych. Ali Laridżani napisał również co najmniej sześć książek filozoficznych, z których trzy są głębokimi analizami dzieł niemieckiego filozofa Immanuela Kanta.Jeszcze dwa tygodnie przed wybuchem wojny był zaufanym doradcą Chameneiego w sprawie strategii rozmów nuklearnych z administracją Trumpa. Udał się w tym celu do Omanu, gdzie odbywał się dialog za pośrednictwem mediatorów (podlegał też surowym sankcjom USA). Ostatecznie zarówno Laridżani, jak i Gholamreza Soleimani, zginęli tego samego dnia – 17 marca – choć w zupełnie różnych okolicznościach.Zobacz także: Bomby to nie wszystko. USA nie wykluczają zabicia ajatollaha i jego synaSekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego zginął podczas ataku rakietowego na obrzeżach Teheranu. Izraelski wywiad zdołał go namierzyć, choć dla bezpieczeństwa nie nocował on dwa razy w tym samym miejscu. Dowódca policji Basidż został „sprzedany” Izraelczykom przez irańską opozycję. Stacjonował w namiocie polowym w pobliżu stolicy, po tym jak w pierwszych atakach zniszczono siedzibę dowództwa.Kulisy eliminacji irańskich przywódcówTaktyka eliminacji najważniejszych osób w irańskim reżimie była przygotowywana skrupulatnie przez miesiące, a być może nawet lata, przez CIA oraz Mossad. Nie ma przy tym zgody, który z wywiadów wniósł więcej i bardziej przyczynił się do realizacji samej operacji.– Jednym z powodów, dla których Iran został zaskoczony na początku wojny z Izraelem i USA, jest to, że jego przywódcy nie przyjęli podejścia Yahya Sinwara (były przywódca Hamasu-red.) ani Hassana Nasrallaha (były przywódca Hezbollahu-red.). Irański reżim, państwo zbudowane na terrorze, zachowywał się jak klasyczna administracja, zapominając, co spotyka tych, którzy szerzą terror. Hamas i Hezbollah rozumiały, a Iran zapomniał, że atakując Izrael, stajesz się ofiarą – powiedział po dwóch tygodniach wojny Amit Segal, główny korespondent polityczny izraelskiego kanału Channel 12 i autor książki „A Call at 4 am” (bestsellerowa analiza decyzji trzynastu premierów Izraela, od Ben-Guriona po Netanjahu, które ukształtowały kraj).Według dziennikarzy arabskiej stacji Al-Jazeera izraelski wywiad przez lata włamywał się do kamer monitorujących ruch uliczny w Teheranie, szczególnie w okolicach rezydencji Chameneiego przy ulicy Pasteura, aby ustalić schemat funkcjonowania jego ochroniarzy. Na chwilę przed atakiem zagłuszone zostały również lokalne stacje bazowe telefonii komórkowej, aby uniemożliwić służbom przekazywanie ostrzeżeń.Przedstawiciele „The Wall Street Journal” dotarli do list celów ataków amerykańsko-izraelskich oraz ocen skuteczności tych operacji. Według relacji dziennika ogólna strategia zakładała zniszczenie głównych kwater irańskich sił militarnych (armii, IRGC, Basidżu itp.) – także dowództw lokalnych. Izraelski wywiad znał wytyczne wroga i wiedział, że w takich sytuacjach jednostki gromadzić się mają w okolicach obiektów sportowych, dlatego kolejnym etapem ataków była tego typu infrastruktura. Efekt, to setki zabitych członków służb bezpieczeństwa i wojska w kompleksie Azadi w Teheranie (piątego marca zniszczono tam m.in. 12-tysięczną halę sportową). Skuteczność operacji w dużej mierze wynikała ze współpracy z ludnością cywilną. Irańska opozycja (pomimo braku internetu) była w stanie przekazywać izraelskim służbom lokalizację jednostek wojskowych, dowództw, a nawet pojedynczych osób (z tego powodu zginął nie tylko Gholamreza Soleimani, ale prawdopodobnie też Ali Laridżani).Zobacz także: CIA wykorzystała Pegasusa, aby uratować zestrzelonego pilotaAgenci Mossadu byli na tyle dobrze przygotowani do operacji, że posiadali kontakty nawet do lokalnych dowódców IRGC czy Basidżu i po pierwszych atakach wykonali serię telefonów do nich. Według informacji „The Wall Street Journal” Izraelczycy mieli dokładne adresy oraz dane dotyczące ich rodzin i składali „propozycje nie do odrzucenia”, aby wojskowi nie włączali się aktywnie w tłumienie ewentualnej rebelii. Większość tych „propozycji” miała zostać zaakceptowana.Czy zabijanie kolejnych przywódców może przynieść korzyści?27 kwietnia w siedzibie Mossadu odbyła się ceremonia wręczenia wyróżnień w związku z operacją w Iranie.– Uzyskaliśmy strategiczne i taktyczne informacje wywiadowcze z tajnych źródeł wroga – powiedział szef Mossadu David Barnea, dodając, że agencja „udowodniła nowe, przełomowe możliwości operacyjne w krajach docelowych”.Dziennikarze Al-Jazeery przekonują, że jednak główną rolę w eliminacji przywódców irańskiego reżimu odegrały dane amerykańskiego wywiadu. „CIA śledziła Chameneiego miesiącami, zdobywając precyzyjne informacje wywiadowcze na temat jego działań. To właśnie CIA potwierdziła, że Chamenei będzie obecny w siedzibie przywódców w Teheranie w ten feralny sobotni poranek, co skłoniło USA i Izrael do wspólnej decyzji o przesunięciu terminu ataku z nocy na dzień” – można przeczytać w jednym z marcowych artykułów na stronie arabskiego serwisu aljazeera.com. Z takim stanowiskiem nie zgadza się były analityk CIA od spraw bliskowschodnich David McCloskey, który obecnie jest autorem podcastu „The Persian”.– Z tego, co się dowiedziałem w oparciu o otwarte źródła, Izraelczycy zasadniczo opracowali możliwość inwigilowania istniejących publicznych sieci monitoringu wizyjnego w Teheranie, a następnie nałożyli na to oprogramowanie do integracji danych, które pozwala im tworzyć pakiety namierzające wyższych rangą przywódców. Moim zdaniem istniała informacja wywiadowcza (humint) pochodząca z USA, którą można było następnie wprowadzić do tego modelu. Byłem jednak zaskoczony, widząc, że faktycznie dysponujemy jakąkolwiek informacją wywiadowczą, która umożliwiała tego rodzaju namierzanie – powiedział amerykański analityk w rozmowie z „The Guardian”, 13 marca 2026 roku.Stany Zjednoczone mają utrudnione zadanie z pozyskiwaniem danych wywiadowczych choćby z tego względu, że nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Iranem od czasów rewolucji islamskiej i obalenia rządów szacha Mohammada Rezy Pahlawiego w 1979 roku. Nie znaczy to jednak, że CIA nie prowadzi tam działań w ogóle.– Ale jeśli porównamy to z tym, co zbierają Izraelczycy i co są w stanie zrobić w Iranie, to nie jest to ten poziom – powiedział wprost David McCloskey.Ponieważ jeszcze przed wybuchem wojny negocjacje USA z Iranem szły dość opornie – chodzi głównie o rezygnację Teheranu z programu nuklearnego – to Amerykanie oraz Izraelczycy nie mieli większych oporów przed decyzją, aby wyeliminować elitę irańskiego reżimu. Skoro nie można z nimi osiągnąć porozumienia, to nie mu już nic do stracenia i należy poszukać nowej opcji – np. negocjacji z ludźmi z nowego rozdania.Teoria ta w przypadku Iranu zupełnie się nie sprawdza. Państwo Islamskie ma mocne i dobrze zorganizowane struktury. Zastąpienie zabitych przywódców nowymi ludźmi nie wprowadza żadnego chaosu w funkcjonowaniu państwa. – Nawet dyktatorzy muszą polegać na całych sieciach, które ich wspierają – powiedział Jon Alterman, kierownik Katedry Bezpieczeństwa Globalnego i Geostrategii w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w amerykańskiej telewizji publicznej PBS (Public Broadcasting Service) 19 marca.Zobacz także: Amerykanie zapowiadali rozmowy. Irańczycy nie poczekali na delegację USAIrańskie stanowisko negocjacyjne nie staje się bardziej elastyczne, a wprost przeciwnie. Po wybuchu wojny Teheran dołożył do listy swych żądań nie tylko gwarancje swobody rozwijania programu nuklearnego, ale także chęć sprawowania kontroli nad cieśniną Ormuz oraz oczekuje reparacji wojennych, których wysokość rząd określił w połowie kwietnia na 270 mld dolarów.Czy to znaczy, że nie ma szans na porozumienie w konflikcie bliskowschodnim? Na razie nie widać światełka w tunelu (ostatnio w Islamabadzie nie doszło nawet do umówionego wcześniej spotkania grup negocjacyjnych), ale nie oznacza to zupełnego braku szans porozumienia.Mówienie głośno o pokoju, w Iranie grozi śmierciąW samej Islamskiej Republice jest kilku polityków, którzy otwarcie nawołują do porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi i zawarcia pokoju. Problem w tym, że samo przedstawienie takiego stanowiska grozi obecnie w Iranie utratą życia.Trzydziestego marca irańscy radykałowie oskarżyli o zdradę i szpiegostwo byłego ministra spraw zagranicznych Mohammada Javada Zarifa. Powodem było jego publiczne wezwanie do zakończenia wojny. Jeden z parlamentarzystów zaapelował do władz sądowniczych o aresztowanie Zarifa.W artykule opublikowanym w „Foreign Affairs” były szef irańskiego MSZ stwierdził, że Teheran powinien „wykorzystać swoją przewagę nie po to, by kontynuować walkę, lecz by ogłosić zwycięstwo i zawrzeć porozumienie”, ostrzegając, że dalszy konflikt doprowadzi do „dalszego wyniszczania ludności cywilnej i infrastruktury”.Zarif zaproponował, aby Iran wystąpił z inicjatywą „ograniczenia swojego programu nuklearnego i ponownego otwarcia cieśniny Ormuz w zamian za zniesienie wszystkich sankcji”. Wezwał też do „kompleksowego porozumienia pokojowego” zamiast zawieszenia broni. Były irański minister spraw zagranicznych postuluje również podpisanie paktu o nieagresji, a nawet do przywrócenia stosunków dyplomatycznych między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. W podobnym tonie wypowiada się też były prezydent Hassan Rouhani. Uważa on, że kraj powinien być gotowy do zakończenia wojny w sposób, który służy interesom narodowym i społeczeństwu. Kontynuacja negocjacji ma m.in. zapobiec atakom na irańskie wyspy Zatoki Perskiej i pozwolić utrzymać kontrolę nad cieśniną Ormuz. Rouhani dodał również, że ochrona kraju i Republiki Islamskiej wymaga natychmiastowych reform politycznych.Zobacz także: Moskwa ogrywa Teheran. „Nie zapłaciła za Shahedy ani grosza”Radykałowie nie chcą jednak słyszeć o złagodzeniu stanowiska negocjacyjnego. Tego typu działanie mógłby zalecić jedynie Najwyższy Przywódca Iranu – Modżtaba Chamenei. Najważniejszy ajatollah, którego dokładny stan zdrowia nie jest ujawniany, przebywa w nieznanym miejscu, pod ochroną elitarnych jednostek Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Naczelny dowódca IRGC Ahmad Vahidi podobno domaga się też, aby w warunkach wojny wszystkie kluczowe i wrażliwe stanowiska kierownicze były wybierane i zarządzane bezpośrednio przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej do odwołania. Takie rozwiązanie z pewnością nie ułatwiłoby osiągnięcia porozumienia pokojowego.Ataki dekapitacyjne rzadko przynoszą pożądany skutekPremier Izraela Benjamin Netanjahu w wystąpieniu telewizyjnym 17 marca powiedział, że Izrael podejmuje działania mające na celu osłabienie irańskiego przywództwa, mając nadzieję, że da to Irańczykom szansę na obalenie reżimu.– Osłabiamy ten reżim, mając nadzieję, że da to narodowi irańskiemu szansę na jego obalenie – przekonywał izraelski premier.W rzeczywistości obywatele Islamskiej Republiki nawet nie podjęli próby wykorzystania tej szansy. Nie jest to zaskakujące, bo historia pokazuje, że niemal wszystkie próby dekapitacji władz państwowych nie przynosiły rewolucji systemu – czyli mówiąc krótko, nie spełniły pokładanych w nich nadziei. W kategoriach sukcesu można rozpatrywać jedynie operację zabicia Osamy bin Ladena w kontekście upadku Al-Quaidy i ew. porwanie (zwane powszechnie pojmaniem) prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro, co w istocie miało wpływ na zmiany w kraju.Izrael od lat podobną taktykę stosuje w odniesieniu do grup terrorystycznych – Hamasu i Hezbollahu. Oba ugrupowania jednak wciąż istnieją i są dobrze zorganizowane. W 1992 roku izraelski nalot zabił ówczesnego przywódcę Hezbollahu, Abbasa Musawiego, w południowym Libanie. Pod rządami jego charyzmatycznego następcy Hasana Nasrallaha, Hezbollah stał się jednak najpotężniejszą grupą zbrojną w regionie. Potem Nasrallah i niemal wszyscy jego zastępcy zginęli w 2024 roku. Wspierana przez Iran grupa poniosła poważne straty także w tym roku, ale wznowiła ataki rakietowe i dronowe na Izrael kilka dni po rozpoczęciu obecnej wojny. Hamas także tracił w zamachach kolejnych swych przywódców. Izrael zabił w nalocie w 2004 r. m.in. założyciela i przywódcę duchowego tej organizacji, szejka Ahmeda Jasina. Zginęli też już prawie wszyscy architekci ataku grupy na Izrael z 7 października 2023 roku. Mimo to nie ma mowy o zaprzestaniu działalności przez tę grupę terrorystyczną.Zobacz także: Netanjahu nakazał ataki na Hezbollah. Pomimo rozejmuDonald Trump też ma wieloletnie doświadczenia w zlecaniu operacji dekapitacyjnych. W 2017 roku wydał zgodę na celowy zamach na ówczesnego prezydenta Syrii Baszara al-Asada. Miała to być zemsta za użycie przez siły Asada broni chemicznej (sarinu) w Chan Szajchun 4 kwietnia 2017 r., w wyniku którego zginęło ponad 80 osób, w tym wiele dzieci. Początkowo prezydent USA zaprzeczał, ale w 2020 roku przyznał się do tych działań. Gdyby atak się powiódł, Baszar al-Asad stałby się pierwszym celowo zabitym wysokim rangą urzędnikiem państwa, z którym Stany Zjednoczone nie były w stanie wojny.