45 lat od pożaru szczecińskiej Kaskady. Wszystko, co odbywało się w Kaskadzie, nie było sztampowe. Nawet striptiz, który w czasach PRL, był jedną z obowiązkowych rozrywek w lokalach gastronomicznych. Miała kilka kondygnacji i pierwszą w mieście automatyczną kostkarkę do lodu. Niestety jej prężnie rozwijającą się „karierę” przerwał pożar. Ta jedna z największych tragedii czasów PRL, która miała miejsce 45 lat temu, często porównywana jest do wybuchu warszawskiej Rotundy. Gastronomia czasów PRL kojarzy się głównie z barami mlecznymi, fast foodem w postaci okienek z bułką z pieczarkami lubi przyczepami kempingowymi z zapiekankami. Choć bywało skromnie, a czasem ubogo, w większych miastach nie brakowało lokali, które uchodziły za ekskluzywne i do dziś wspominane są z ogromnym sentymentem i nostalgią.Był więc warszawski SPATiF czy Kongresowa z fontanną na środku Sali, był Maxim w Gdyni, o którym piosenkę śpiewał Lady Pank. Szczecin z kolei miał swoją Kaskadę. Ten lokal od dnia, w którym została otwarta, do jej dramatycznego końca był synonimem luksusu i rozrywki, a także konsumpcji na najwyższym poziomie.Wojna oszczędziła to miejsce w SzczecinieO tym, że ma się pojawić, prasa czasów PRL rozpisywała się jeszcze przed jej otwarciem. Historia powstania tego lokalu jest dosyć ciekawa. Modernistyczny kompleks, jak pisze w swojej książce „Barmani, kelnerki, wodzireje” Wojciech Przylipiak, powstał jeszcze przed drugą wojną światową. Kawiarnia, która się w tym budynku znajdowała, była reklamowana jako najnowocześniejsza i największa na całym Pomorzu. Wojna oszczędziła to miejsce i po jej zakończeniu otworzono tu Baltic Palace, który był miejscem bali i potańcówek. Ciekawostką jest, że odbywały się tu również występy telepatyczne z medium w roli głównej.W późniejszym czasie miejsce to stało się Powszechnym Domem Towarowym, a w 1957 roku rozpoczęto jego remont. I to właśnie wtedy narodziła się słynna Kaskada. Po kilku latach, dokładnie 21 kwietnia 1962 roku, chwilę przed 17. rocznicą wyzwolenia Szczecina spod niemieckiej okupacji, jej drzwi zostały otwarte.Czytaj też: Największa atrakcja imprez w PRL. Bareja „uwiecznił” ją w serialuKto wymyślił nazwę Kaskada?Pieczę nad pierwszym w tym mieście kombinatem gastronomiczno-rozrywkowym objęły Szczecińskie Zakłady Gastronomiczne – Północ. Jak wybrano nazwę? W konkursie ogłoszonym w „Kurierze Szczecińskim”. Wygrała ta nadesłana przez marynarza Stefana Zawadzkiego. Co w nagrodę otrzymał „ojciec chrzestny” Kaskady? Butelkę zagranicznego wina i tort. Nie był to też jedyny konkurs na nazwy w Kaskadzie. Te rozpisano również na „imiona” dla poszczególnych restauracji w tym kompleksie gastronomiczno-rozrywkowym.„Trzy spośród czterech wymyślił pan Władysław Flis. Nagrodami w konkursie były karty wstępu, bon konsumpcyjny o wartości 200 zł, upieczona kaczka nadziewana jabłkami, tort, gęś w maladze i półmisek budapesztański. Pamiętajmy, że był początek lat 60. i takie dania były rzadko dostępnym rarytasem. Ale nie w Kaskadzie” – pisze Wojciech Przylipiak. Warto w tym miejscu wspomnieć, że średnia miesięczna pensja wynosiła wówczas 1680 zł.„Było siedem cudów świata. Szczecin ma ósmy”W Kaskadzie, poza tym, że można było dobrze i wykwintnie zjeść, można było również potańczyć. Odbywały się tam bale oraz potańcówki. Te pierwsze często dla wybranych grup zawodowych. Były, więc bale lekarzy, prawników, rzemieślników, piekarzy, dziennikarzy. Co roku odbywał się w Kaskadzie również huczny bal sylwestrowy. Tylko jeden jedyny raz impreza została odwołana. Był 1970 rok, gdy na Wybrzeżu w grudniu doszło do protestów.„Lokal, o jakim może marzyć każde miasto na poziomie europejskim”, „Było siedem cudów świata. Szczecin ma ósmy. Kaskadę!” – tak brzmiały pierwsze opinie, które pojawił się tuż po otwarciu kombinatu.– Wszystko, co najlepsze w Szczecinie, toczyło się w Kaskadzie. W tym kultowym na klubowej mapie Polski miejscu można było zjeść kawior, podawany przez kelnerów w białych rękawiczkach, posłuchać najlepszych wykonawców w kraju oraz zobaczyć niesamowite programy artystyczne. Nie wpuszczano tam bez marynarki, a o wejściówki na bale walczono jak o mięso, kiedy rzucili je do sklepów – wspomina w rozmowie z tvp.info Przylipiak. Zasady, o których mówi, były tak restrykcyjne, że Czesław Niemen nie został wpuszczony do Kaskady. Powód? Nie chciał zamienić futra na marynarkę.Do Kaskady przychodzili nie tylko mieszkańcy Szczecina. Osoby, które pamiętały czasy świetności tego miejsca, wspominały, że przyjeżdżały tam także autokary pełne enerdowskich turystów, a z czasem pojawili się tu również klienci ze Skandynawii. Przysmakiem, który często zamawiali, był krem sułtański. Ten znany dobrze z filmu „Dziewczyny do wzięcia” Andrzeja Kondratiuka.Czytaj też: „Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!”. Ostatni lot „Tadeusza Kościuszki”Automatyczna kostkarka do lodu, jedzenie na telefonW Kaskadzie odbywały się także bale maturalne. Pierwszy zorganizowany został w 1963 roku. Rozpisywała się o nim prasa, bawiło na nim kilkuset maturzystów, a taneczne korowody prowadzili zawodowi tancerze. Występy w Kaskadzie należały z kolei do artystów z Operetki Szczecińskiej. „Krystyna (dziennikarka lokalnej gazety w tamtych czasach – przyp. red.) wspomina, że panowała wtedy niesamowita atmosfera. Obsługa nie przyjmowała zamówień, wszyscy milkli, nikt nie kręcił się między stolikami” – czytamy.Loże w niektórych lokalach Kaskady przeznaczone były tylko i wyłącznie dla gwiazd czasów PRL oraz partyjnych prominentów. Tu można było znaleźć pierwszą w mieście automatyczną kostkarkę do lodu, na zapleczu podgrzewacze do talerzy. Istniała także możliwość zamówienia przez telefon zakąsek i deserów z dostawą do domu. Każdy lokal w Kaskadzie miał inne przeznaczenie. Przykładowo w Słowiańskiej dominowały dyskoteki i występy, w Kapitańskiej – dancingi. Oprócz striptizu, który w tamtych czasach był bardzo modną rozrywkę, a legenda głosi, że to właśnie w Kaskadzie został zaprezentowany po raz pierwszy, atrakcjami były także sale telewizyjne, bilard, brydż czy szachy. W menu serwowanym wieczorami można było znaleźć m.in. dania z dziczyzny, tatara, kawior, pieczone prosię podawane na lustrze, czy kotlet à la Kaskada. Był to schabowy z ziemniakami zasmażanymi z proszkowaną papryką, sadzonym jajkiem i sałatką z kiszonych ogórków. Wśród napojów pepsi, cocktaile, polo-coctę, winiaki, brandy, jarzębiak i żubrówkę.Od iskry w kontakcie do wielkiej tragediiNiestety świetnie prosperujący lokal i duma Szczecina w tragiczny sposób zakończyła swoją działalność. 27 kwietnia 1981 roku strawił Kaskadę pożar. Spowodowała go iskra w kontakcie, do której podłączony był odkurzacz jednej ze sprzątających pań.– Momentalnie zaczęły płonąć kolejne pomieszczenia, bo wiele elementów, które się w nich znajdowały, wykonano z łatwopalnych materiałów. Pożar wybuchł w dolnej części Kaskady i uwięził kilkanaście osób na górnych piętrach – mówi Przylipiak.Z kombinatu, w którym pracowało ponad 300 osób i przez którą przewinęły się tłumy gości, zostały zgliszcza. Podczas pożaru zginęło 14 osób, w tym 6 uczniów Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej w Szczecinie, którzy w tym czasie odbywali tam praktyki. Pierwszy wóz strażacki pojawił się na miejscu o godz. 8:11. Po kilku minutach zaczęły pojawiać się następne. Temperatura wewnątrz płonącego budynku sięgała wówczas 1700°C.Żar był taki, że topił znajdujące się w pobliżu Kaskady znaki drogowe, firanki i karnisze w okolicznych budynkach mieszkalnych oraz lakier na wozach strażackich. Płonęły samochody osobowe zaparkowane pod lokalem, a także okoliczne drzewa. Wszyscy jednogłośnie twierdzili, że dobrze, że pożar ten nie wybuchł w nocy, bo wtedy ofiar byłoby więcej.Zarzuty postawiono trzem osobom. Wśród nich był dyrektor „Kaskady”, którego oskarżono o „zaniedbanie obowiązków zapewnienia warunków ochrony przeciwpożarowej w zakresie bezpieczeństwa osób i mienia”. Wyroki zostały umorzone w wyniku amnestii z 21 lipca 1984 roku. W mieście po pożarze ogłoszono żałobę. Flagę miejską opuszczono do połowy, przez kilka dni nie odbywały się żadne imprezy. 27 kwietnia w znajdującej się w miejscu tragedii Galerii Kaskada przy wejściu odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary pożaru. Ta jedna z największych tragedii czasów PRL często porównywana jest do wybuchu warszawskiej Rotundy.Czytaj też: Wróg komunizmu nielubiany przez prawicę. „To lekcja, by się nie poddawać”