Przegląd tygodnia. Z ciężkim sercem siadam dziś do politycznego przeglądu tygodnia. W czwartek bowiem dotarła do nas niezwykle smutna wiadomość o tragicznej śmierci Łukasza Litewki, posła Nowej Lewicy, który unikał studiów telewizyjnych i radiowych. Nie chciał brać udziału w codziennej politycznej przepychance, natomiast z konsekwencją i wytrwałością robił to, co uważał za swoją misję: pomagał tym, którzy sami o tę pomoc nie mogą zawalczyć: dzieciom, zwierzętom, osobom dotkniętym wszelakimi kryzysami. Chciałam przede wszystkim złożyć wyrazy współczucia jego najbliższym, dla których to jest najczarniejszy moment. Dodam jednak, że zgadzam się z tym, co napisał Marek Migalski, a mianowicie – bardzo smutne jest to, jak mało słyszeliśmy o naprawdę wspaniałej i ciężkiej pracy charytatywnej posła Litewki, o kolejnych zbiórkach zakończonych sukcesem, o kolejnych uratowanych życiach. Za to bardzo często pochylaliśmy się nad patologicznymi zachowaniami jednego czy drugiego posła, nad kolejnymi złamanymi przepisami ruchu drogowego, nad ordynarnymi wypowiedziami nielicującymi z powagą funkcji parlamentarzysty. I może, jeśli szukać czegokolwiek, co moglibyśmy wynieść z tej śmierci, to właśnie tego, żeby mniej czasu poświęcać temu, co złe i brzydkie, a bardziej doceniać tych, którzy często w ciszy robią rzeczy naprawdę cudowne.Czytaj też: Tragiczny wypadek posła Litewki. Mieszkańcy od dawna skarżyli się na drogę***Jeśli spojrzeć na wydarzenia polityczne ostatnich dni, to jeszcze przed weekendem dominowała narracja, że Prawo i Sprawiedliwość stoi na prostej drodze do rozpadu. Tymczasem w poniedziałek doszło do pojednania, przynajmniej na poziomie deklaracji. Mateusz Morawiecki spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana, które coraz bardziej przypomina nieoficjalne centrum dowodzenia na prawicy. To zresztą to samo miejsce, gdzie latem odbyła się głośna kolacja z udziałem Szymona Hołowni, która wyraźnie odbiła się na politycznym wizerunku byłego marszałka Sejmu.Tym razem rozmowy również trwały do późnej nocy, choć samemu sednu sporu, czyli Stowarzyszeniu Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego, poświęcono ponoć zaledwie kilkadziesiąt minut. Następnego dnia prezes Jarosław Kaczyński ogłosił sukces: kompromis został osiągnięty. Jak mówił, sprowadza się on do tego, że działalność stowarzyszenia będzie prowadzona wewnątrz partii, a Prawo i Sprawiedliwość zyska „dwa płuca”.Było to w istocie przyjęcie argumentacji obozu Morawieckiego, który od początku przekonywał, że Rozwój Plus ma przyciągać wyborców bardziej centrowych, tych, których odstrasza radykalizm Przemysława Czarnka, ale którzy mogliby poprzeć zmianę władzy w 2027 r.Szybko jednak okazało się, że jedność jest co najwyżej deklaratywna. Tobiasz Bocheński, kojarzony z frakcją tzw. maślarzy (określenie narodziło się po incydencie z masłem na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT) ogłosił na platformie X, że działalność stowarzyszenia zostaje zawieszona. Reakcja była natychmiastowa. Michał Dworczyk zapewnił, że nic takiego nie ma miejsca, a stowarzyszenie rusza pełną parą. Waldemar Buda wezwał Bocheńskiego do usunięcia wpisu, a Janusz Cieszyński skwitował całą sytuację złośliwie, że „kiedy wydawało się, że prościej się nie da, on i tak nie zrozumiał”.Ten zgrzyt pokazuje skalę napięć wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, tak dużą, że nawet wyraźne sygnały płynące od prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie są w stanie ich wygasić. Mateusz Morawiecki również nie wykazuje entuzjazmu wobec pomysłu wspólnego wystąpienia z Przemysławem Czarnkiem, choć jego współpracownicy sugerują, że taki gest może wkrótce nastąpić.Cała sytuacja rodzi pytania o realną siłę przywództwa Jarosława Kaczyńskiego. Owszem, wielokrotnie już ogłaszano jego polityczny zmierzch, a on za każdym razem odzyskiwał kontrolę. Trudno jednak nie zauważyć zmiany: jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, by partyjne „buldogi” gryzły się nie tylko pod dywanem, ale otwarcie, na dywanie, a nawet na stole.Do wyborów w 2027 roku pozostało sporo czasu. Ale scenariusz, w którym Mateusz Morawiecki decyduje się na samodzielny projekt polityczny, zaczyna być jednym z realnych wariantów rozwoju sytuacji.***Nie cichnie również burza wokół giełdy kryptowalut Zondacrypto. Problemy zaczęły się już wiele tygodni temu – obszernie opisywała je Wirtualna Polska – kiedy użytkownicy zaczęli mieć trudności z wypłacaniem swoich środków. Początkowo prezes Przemysław Kral tłumaczył to problemami technicznymi, później wskazywał, że dostęp do tzw. zimnego portfela ma były prezes Sylwester Suszek, który od ponad czterech lat jest osobą zaginioną i – wiele na to wskazuje – może już nie żyć.W połowie tygodnia sytuacja osiągnęła punkt kulminacyjny. Najpierw do dymisji podała się rada nadzorcza Zondacrypto, potem pracownicy zaczęli otrzymywać wypowiedzenia, a dostęp do służbowych maili i systemów komunikacyjnych został im odcięty. Z pola widzenia zniknął również sam Przemysław Kral. Przez pewien czas widniał jeszcze jako aktywny użytkownik wewnętrznych systemów, jednak nie odpowiadał na wiadomości.Jak informowała Wirtualna Polska, wśród pracowników spółki krążyła pogłoska, że już w ubiegły piątek Kral miał wylądować w Tel Awiwie, co zresztą nie byłoby zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że dysponuje izraelskim paszportem. W piątek Onet potwierdził, że od tygodnia przebywa on w Izraelu. To oznacza, że nie zostanie wydany do Polski, ponieważ Izrael nie wydaje swoich obywateli innym państwom. Warto dodać, że Kral od lat mieszkał w Monako i w Polsce praktycznie się nie pojawiał.Sprawa ma też wyraźny wymiar polityczny. Kolektyw analityczny Resfutura opublikował badania, z których wynika, że w sprawie afery Zondacrypto w sieci wyraźnie przegrywa prawica i obóz prezydencki. To konsekwencja decyzji prezydenta o wetowaniu ustawy regulującej rynek kryptoaktywów, a także faktu, że głosami Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji weta dwukrotnie nie udało się odrzucić.Choć sama ustawa nie odnosiła się bezpośrednio do Zondy, skojarzenie jest dla wielu oczywiste: z jednej strony próba uregulowania ryzykownego rynku kryptowalut, z drugiej spektakularny kryzys giełdy działającej na polskim rynku (choć zarejestrowanej w Estonii). Ministrowie rządu przekonują, że przyjęcie tych przepisów mogłoby przynajmniej częściowo uchronić obywateli przed stratami, z jakimi dziś się mierzą.***Końcówka tygodnia przyniosła także dość sensacyjną wiadomość. Sławomir Cenckiewicz, szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, złożył rezygnację z pełnionej funkcji. W opublikowanym na platformie X oświadczeniu pisał: „Wobec bezprawnych działań rządu Donalda Tuska, który nie szanuje prawomocnych wyroków sądów i bezpodstawnie odbiera mi prawo dostępu do informacji niejawnych, na ręce prezydenta Karola Nawrockiego w dniu 22 kwietnia 2026 r. złożyłem rezygnację ze stanowiska Sekretarza Stanu – Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego”.Jego miejsce ma zająć generał Andrzej Kowalski. Cała sytuacja jest o tyle interesująca, że jeszcze 15 kwietnia Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargi kasacyjne Kancelarii Premiera od wyroków Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który uchylił decyzję o cofnięciu poświadczenia bezpieczeństwa dla Cenckiewicza. W praktyce oznaczało to, że w świetle tego orzeczenia powinien on mieć dostęp do informacji niejawnych.Czytaj też: Nagła rezygnacja w BBN. Politycy komentują odejście CenckiewiczaJak jednak tłumaczył rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Jacek Dobrzyński, wyrok ten nie oznacza automatycznego przywrócenia dostępu, ostateczna decyzja należy bowiem do służb, które dokonują własnej oceny sytuacji. Mimo to po orzeczeniu NSA w Prawie i Sprawiedliwości oraz w otoczeniu prezydenta dominowała narracja, że Cenckiewicz powinien mieć dostęp do pełni swoich uprawnień i uczestniczyć w spotkaniach, z których wcześniej był wykluczany.Można było się więc spodziewać długiej i intensywnej batalii o jego status. Tymczasem, jak pisze Jacek Gądek w tygodniku „Newsweek”, Pałac Prezydencki nie chce już kontynuować tego sporu i pogodził się z faktem, że niezależnie od kolejnych rozstrzygnięć sądów administracyjnych dostęp do tajemnic państwowych dla Cenckiewicza i tak pozostawałby ograniczony.Na decyzję o rezygnacji wpływ mógł mieć również wewnętrzny konflikt w Pałacu Prezydenckim, o którym mówi się od tygodni. Z jednej strony Karol Nawrocki otoczył się swoimi wieloletnimi współpracownikami, znanymi jeszcze z pracy w Instytucie Pamięci Narodowej. Z drugiej, w jego otoczeniu są politycy ściśle związani z Prawem i Sprawiedliwością. Coraz częściej pojawiały się pytania o to, kto naprawdę ma dostęp do prezydenta i wpływ na jego decyzje, a także sygnały, że niektóre napięcia, także w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, wynikają właśnie z tych wewnętrznych sporów.Jacek Gądek opisuje m.in. konflikt Cenckiewicza z Marcinem Przydaczem, szefem Biura Polityki Międzynarodowej, oraz Zbigniewem Boguckim, szefem kancelarii prezydenta. Według tych relacji Cenckiewicz miał być stopniowo odsuwany od spraw związanych z polityką zagraniczną i kontaktami z partnerami amerykańskimi. W pewnym momencie sytuacja stała się najwyraźniej nie do wytrzymania.Oczywiście trudno sobie wyobrazić, by taka decyzja mogła zapaść bez zgody Karola Nawrockiego. Wszystko wskazuje więc na to, że choć Sławomir Cenckiewicz formalnie opuszcza stanowisko, to zgodnie z własną zapowiedzią pozostanie blisko prezydenta i nadal będzie odgrywał rolę w jego politycznym zapleczu.CZYTAJ TEŻ: Prezes PKOl nie odpuszcza. „Złożę pozew przeciwko ministrowi”