Szantażyści chcieli od Shella miliona dolarów. Koncern Shell otrzymał żądanie wypłacenia miliona dolarów okupu. Po dwóch tygodniach na stacji koncernu przy ul. Ostrobramskiej 75 w Warszawie znaleziono reklamówkę z jakimiś kablami w środku. To była bomba, co wykazały wstępne oględziny. Eksplodowała, gdy policyjny pirotechnik Piotr Molak chciał prześwietlić ładunek. Dziś mija 30 lat od tej tragedii, a sprawcy tego zamachu pozostają bezkarni. Wszyscy uczestnicy tego tragicznego zdarzenia pamiętają, że 24 kwietnia 1996 roku, był wyjątkowo ciepłym dniem. Około godz. 11:00 pracownik stacji benzynowej Shell przy ul. Ostrobramskiej 75 na warszawskiej Pradze, zauważył na tyłach myjni foliową reklamówkę z jakimiś „kabelkami”. Natychmiast wezwał policję. Na miejscu bardzo szybko pojawili się policyjni antyterroryści. Na miejsce dotarł ekspert-pirotechnik st. asp. Piotr Molak, nazywany przez kolegów „Krasnalem”. Tego dnia nie miał służby. Zresztą od jakiegoś czasu jego zadaniem było szkolenie mniej doświadczonych saperów z jednostki. – W chwili wezwania przez dyżurnego Piotrek był na ulicy Grzybowskiej z samochodem na stacji obsługi i miał przy sobie radiostację. Usłyszał, że jadę na stację Shell i poprosił, żebym go zabrał po drodze. Gdy podjechaliśmy na stację pirotechnik już tam był ubrany w strój antyodłamkowy i zostało kilka ostatnich elementów, żeby był gotowy do działania. A Piotrek do niego: rozbieraj się dawno nie pracowałem to sobie z chęcią przypomnę na miejscu – wspominał feralny dzień mł. insp. Kuba Jałoszyński, ówczesny naczelnik stołecznych antyterrorystów. Molak założył ważący 40-50 kg specjalny kombinezon. W połowie lat 90. policja nie miała na wyposażeniu specjalnych robotów saperskich. Jak zwykle, braki w sprzęcie usprawiedliwiano niedofinansowaniem i pustą kasą. Już pierwsze prześwietlenie pakunku wykazało, że policjanci prawdopodobnie mają do czynienia z ładunkiem wybuchowym. Gdy Molak po raz trzeci podszedł do reklamówki, nastąpiła eksplozja. Policjant nawet nie dotknął pakunku. Obrażenia, jakich doznał policyjny saper, były ogromne. Tym bardziej, że kombinezon, który miał na sobie chronił przed odłamkami, a nie ciśnieniem. „Krasnal” zmarł w szpitalu. Miał 41 lat i osierocił dwie córki. Bomba, jak się później okazało, zawierała ok. kilograma mieszanki wybuchowej i miała zapalnik zegarowy. Wszystko wskazuje, że to właśnie wadliwy zapalnik doprowadził do tragedii. Po śmierci st. asp. Piotra Molaka awansowano go na podkomisarza i odznaczono. Służby i politycy zapewniali, że zrobią wszystko, aby dopaść jego zabójców. Czytaj także: Zełenski o zamachu we Lwowie. „To Rosjanie. I będą kontynuować”GN-95 grozi zamachami i znika Dopiero kilka dni później media dowiedziały się, że na początku kwietnia dyrekcja koncernu Shell w Polsce otrzymała anonimy, których autorzy żądali miliona dolarów okupu, grożąc poważnymi konsekwencjami w przypadku zignorowania ich żądań. Niespełna tydzień po tragicznej eksplozji do redakcji „Życia Warszawy”, „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” trafiły listy podpisane: „GN-95”. Owo tajemnicze ugrupowanie przyznawało się do podłożenia bomby na stacji benzynowej przy Ostrobramskiej. Swój czyn motywowali walką z „nieuczciwie wchodzącymi firmami, przejmującymi nasz rynek, a nas czyniącymi niewolnikami swojego kapitału”. „Nigdy nie zaatakujemy firmy polskiej. Jesteśmy wrogo nastawieni do Żydów, będziemy ich tępić i wspomagać wszystkich, którzy robią to samo” – twierdzili domniemani zamachowcy (wg. ustaleń Andrzeja Mroczka i Elizy Głąbkowskiej w opracowaniu pt. Akty terroru w Polsce z udziałem „samotnego wilka”). Terroryści zapowiedzieli kolejne ataki. Mimo że do poszukiwań zamachowców włączono poza policją, także służby specjalne, nie udało się znaleźć zamachowców. Nie było już także kolejnych prób szantażu koncernu. Zdaniem fachowców, listy grupy GN-95 były zmyłką mającą utrudnić ustalenie prawdziwych zamachowców. „Całokształt sprawy z wybuchem bomby na stacji Shell, ujawnienie się grupy o nazwie GN-95, być może są początkiem polskiego terroryzmu. Wydaje się jednak, że w tym przypadku bandyci po raz kolejny dorabiają ‘ideologię do problemu’. Żądanie okupu dużych, łatwo zdobytych – bo na ludzkim strachu – pieniędzy, jest prawdopodobnie rzeczywistym motywem działania tej grupy przestępczej, nazywającej siebie bojownikami w ‘słusznej sprawie’” – przekonywał po latach mł. insp. Kuba Jałoszyński w opracowaniu „Prognozy rozwoju terroryzmu”. Jeden ze świadków koronnych - Piotr W. twierdził, że za zamachem nie stała żadna grupa terrorystyczna, ale gang pruszkowski, który chciał wprowadzać lewe paliwo przemycane z Rosji do stacji dużych koncernów. Jednak W., który zeznawał także o okolicznościach zabójstwa byłego szefa policji Marka Papały, okazał się konfabulantem. Czytaj także: Masakra w Kijowie. Dwoje policjantów uciekło, zamiast pomóc ludziomRoboty się znalazły Po śmierci Piotra Molaka, ówczesny rzecznik stołecznej policji Witold Gierałt trafnie przekazał mediom, dzięki czemu można było uniknąć tragedii. – Do rozbrajania ładunków najbezpieczniej jest używać zdalnie sterowanych robotów. Takie urządzenie kosztuje ok. 100 tys. dolarów, nie stać nas na nie. Ale co jest ważniejsze - życie policjanta czy pieniądze? – dopytywał się Gierałt cytowany przez „Gazetę Wyborczą”. I nagle okazało się, że pieniądze mogą się znaleźć. „Było w tym wszystkim coś upokarzającego, że firmy (policji – przyp. red.) przez całe lata nie było stać na sprzęt. Ale kiedy zginął Piotr kupiono od razu trzy roboty” – mówił jeden z antyterrorystów. Trzy miesiące po eksplozji na Shellu, w tragicznym wypadku samochodowym zginął pirotechnik, z którym Piotr Molak zamienił się podczas działań na stacji paliw. Śledztwo w sprawie zamachu zostało umorzone. Od 2008 roku Stowarzyszenie Polskich Specjalistów Bombowych przyznaje nagrody im. Piotra Molaka. Przedstawiają one pirotechnika w kombinezonie przeciwwybuchowym. Rok po śmierci „Krasnala” powstała Fundacja Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Wdowa po pirotechniku – Joanna Molak była przez 21 lat wiceprezeską zarządu fundacji. Zmarła w 2018 roku. Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z książki „Policjanci. Za cenę życia”, aut. Joanna Pasztelańska i Rafał Pasztelański. Czytaj także: Pomoc w przygotowaniu ataku na szkołę. Poważne zarzuty dla 17-letniej Polki