40 lat od katastrofy. Zarządzanie sytuacją kryzysową to kluczowa umiejętność, zarówno jeśli kieruje się przedsiębiorstwem, jak i całym państwem. Kryzysy zawsze się bowiem pojawiają. Podejście do nich odróżnia dobrych menedżerów od złych. Dobrych przywódców od złych. Dobrą władzę od złej. Reakcja na katastrofę w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, od której mija właśnie 40 lat, daje wgląd w mechanizmy rządzenia Rosją, nie tylko sowiecką – daje też wyobrażenie o skali degrengolady Rosji Putina. W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku doszło do największej katastrofy w historii energetyki jądrowej i jednocześnie jednej z największych katastrof przemysłowych i psychologicznych XX wieku. Przypuszczalnie można jej było zapobiec, ale chodziło o Związek Sowiecki, czyli Rosję – kraj wszechobecnego rozmemłania, tandety, tumiwisizmu i działania w myśl idei jakoś to będzie.Budowę elektrowni jądrowej w pobliżu Prypeci na terytorium dzisiejszej Ukrainy, około 110 kilometrów na północ od Kijowa, rozpoczęto w latach 70. ubiegłego wieku. Pierwszy reaktor postawiono już w 1977 roku, kolejne odpowiednio rok później, w 1981 i 1983 roku. Wszystkie to lekkowodne, wrzące reaktory jądrowe z moderatorem grafitowym RBMK-1000 o mocy 3,2 gigawata pozwalające przetwarzać nisko wzbogacony uran na energię elektryczną.Reaktory tego typu same w sobie były niebezpieczne. Przy projektowaniu pominięto grube obudowy czy ołowiane kopuły, które powinny zabezpieczać instalację w przypadku awarii. Dalej, jak to w przypadku sowietów, wszystko odbywało się na łapu-capu, byle zdążyć przed wyznaczonym terminem, zwykle jakąś ponurą rocznicą. Przed uruchomieniem reaktora zawsze trzeba przeprowadzić test bezpieczeństwa, ale w przypadku reaktora numer 4 tę procedurę pominięto. Chciano oddać go przed terminem, poza tym po co test, skoro trzy inne reaktory działały i nic nie wybuchło.Spartaczony test bezpieczeństwaDo katastrofy doprowadził spartaczony test bezpieczeństwa, ironia niestety potrafi być wyjątkowo złośliwa. Elektrownie jądrowe działają tak, że podczas normalnej eksploatacji reaktora część wytwarzanej energii zużywana jest na własne potrzeby instalacji, przede wszystkim pomp chłodzących oraz całej automatyki. Do tego reaktor musi być stale chłodzony, nawet po wyłączeniu. Służą do tego spalinowe agregaty prądotwórcze, ale też inne bloki energetyczne lub też oddzielne elektrownie.(Na marginesie warto dodać, że podczas trwającej bandyckiej agresji na Ukrainę Rosjanie stale atakują zasilanie elektrowni w Czarnobylu. Można sobie wyobrazić konsekwencje tego typu bezmyślnych, ale zapewne celowych działań armii Władimira Putina.)Celem testu było sprawdzenie pracy reaktora w sytuacji awaryjnej. Eksperyment miał wykazać jak długo po ustaniu napędzania turbin generatorów parą z reaktora, energia kinetyczna ich ruchu obrotowego może produkować wystarczającą ilość energii elektrycznej, by utrzymać awaryjne sterowanie reaktorem. W tym czasie należy uruchomić system awaryjnego zasilania elektrycznego do sterowania reaktorem, czyli generator elektryczny napędzany przez silnik spalinowy.Podczas testu miano stopniowo obniżyć moc reaktora o około dwie trzecie, następnie miał zostać odcięty dopływ wody do turbin. Chodziło o sprawdzenie, jak długo energia generowana przez obracające się siłą bezwładności turbiny wystarczy, aby podtrzymać zasilanie pomp do rozpędzenia się silników spalinowych. Po niecałej minucie takiej pracy reaktor miał zostać wyłączony.Ustalono, że moc z agregatów awaryjnych jest wystarczająca po 60 sekundach od włączenia, tymczasem bezwładność turbogeneratora zapewnia energię tylko przez 15 sekund, później napięcie jest zbyt niskie. Prosty rachunek pokazuje, że przez 45 sekund systemy nie byłyby zasilane.Mylne rachunki naukowcówSowieccy naukowcy uznali, że wystarczy dołożyć do generatora stabilizator napięcia, zamiast postawić na szybciej uruchamiające się agregaty. Stabilizator miał utrzymać zasilanie, ale oczywiście tego nie sprawdzono. Trzeba pamiętać, że mówimy o kraju, w którym poważnie traktowano pseudonaukowe teorie Trofima Łysenki odrzucające genetykę jako wymysł zgniłego zachodu.Jeszcze więcej sowieckich absurdów. Datę testu wyznaczono na piątek 25 kwietnia, miała go przeprowadzić dzienna zmiana, na której pracowali najbardziej doświadczeni specjaliści. Zaczęto zmniejszać moc, ale dopiero o godzinie 23:04 czasu lokalnego dyspozytorzy z Kijowa pozwolili wyłączyć reaktor. O północy przyszła nocna zmiana, która miała kontynuować eksperyment, czekały na nią pokreślone opisy procedur z nabazgranymi poprawkami.Potem niemal wszystko szło nie tak, ale eksperymentu nie przerwano. Naukowcy nie zdawali sobie zresztą sprawy, jak poważna jest sytuacja i jakie siły uruchamiają. Na przykład, gdy moc za słabo spadała, operatorzy ocenili, że to awaria automatyki, a to powstało dużo ksenonu 135, który pochłania neutrony i wygasza reakcję rozszczepiania.Dalej, gdy moc była trzykrotnie za niska, operatorzy usunęli zbyt wiele prętów kontrolnych. O godzinie 1:05 zwiększono obieg wody chłodzącej, wobec czego spadła temperatura rdzenia i spadło wytwarzanie pary wodnej. Pozostał nadmiar ciekłej wody, który pochłaniał więcej neutronów niż para, więc jeszcze bardziej spadła moc.System bezpieczeństwa wyłączonyWysunięto więc kolejne pręty, a to sprawiło, że reaktor stał się niestabilny i pozbawiony kontroli. W normalnych warunkach automatyczny system bezpieczeństwa powinien go wygasić, ale operatorzy wcześniej go wyłączyli. To wszystko odbyło się jeszcze przed właściwym eksperymentem. Nikomu w zespole Anatolija Diatłowa nie włączyła się lampka.Moc cały czas spadała, ale operatorzy i tak nie bardzo mieli, jak monitorować stan reaktora, bo instrumenty pomiarowe były nieszczególnie precyzyjne, do tego ich obsługa była czasochłonna. O godzinie 1:22, na minutę przed rozpoczęciem właściwego testu, ponownie gwałtownie spadła moc, choć akurat naukowcy mogli to przegapić, bo byli zajęci samym zbliżającym się eksperymentem.Operatorzy odłączyli dopływ pary do pomp, więc moc reaktora zaczęła gwałtownie rosnąć, nawet po awaryjnym opuszczeniu prętów sterujących, co nastąpiło dokładnie o godzinie 1:23.40. W ciągu kilku sekund moc podskoczyła do 30 gigawatów, przekraczając około dziesięciokrotnie maksymalną zakładaną moc reaktora.Fizyka jest nieubłagana. Zaraz nastąpiła eksplozja spowodowana błyskawicznie rosnącym ciśnieniem wody wrzącej w kanałach chłodzących. Wybuch rozerwał grafitowe elementy rdzenia reaktora i uszkodził pręty paliwowe z uranem, a to był dopiero początek. Będący wyściółką dla uranu w prętach cyrkon wszedł w reakcję z wodą i spowodował powstanie łatwopalnego wodoru. Zresztą sama woda pod wpływem bardzo wysokiej temperatury, sięgającej nawet 3000 stopni Celsjusza, natychmiast rozkładała się na wodór i tlen.Nieunikniony w tej sytuacji drugi wybuch – tym razem wodoru – rozsadził rdzeń reaktora. Eksplozja była tak potężna, że wysadziła ważącą 1200 ton pokrywę ochronną reaktora i zniszczyła budynek czwartego bloku. W samym rdzeniu składającym się z grafitu – zwykle się on nie pali – wybuchł pożar, gdyż do nieosłoniętego reaktora wniknęło powietrze.Chmura radioaktywnego pyłuStopiła się większość z 211 prętów kontrolujących pracę reaktora. Kawałki rdzenia z paliwem jądrowym latały po okolicy, wywołując pożary. Ważące kilka ton grafitowe bloki izolujące reaktor płonęły 9 długich dni, uwalniając do atmosfery najwięcej izotopów promieniotwórczych. Chmura radioaktywnego pyłu wysokiego na ponad kilometr zaczęła przemieszczać się w stronę miasta Prypeć.W niektórych miejscach skażenie promieniotwórcze było tak wielkie, że nie dało się odczytać wskazań dozymetru. Pracownicy elektrowni i wezwani strażacy nie wiedzieli, jaką dawkę przyjmują. W wielu przypadkach była ona śmiertelna. Bezpośrednio w wyniku eksplozji i podjętych pierwszych działań zginęło oficjalnie 31 osób.Wychodziło klasyczne rosyjskie nieliczenie się życiem innych. Wysyłani później tak zwani likwidatorzy dostawali łopatę i mieli zbierać grafit do kubłów. Wielu niefortunnie dla siebie dotknęło gorących skał czy kawałków blachy. Efektem była choroba popromienna i śmierć, ewentualnie nowotwory.Strażacy, którzy jechali gasić reaktor, nie zostali poinformowani celu zadania. – Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. „Czy to jest grafit?” – zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. „Jest gorący” – powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść – opowiadał później Grigorij Chmiel, kierowca jednego z wozów pożarniczych, który miał szczęście i przeżył.Strażacy wysłani na śmierć– O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia. W pojazdach nie było wody, więc Misza napełnił zbiorniki i wycelowaliśmy strumień w górę. Potem ci chłopcy, którzy niedługo potem umarli, poszli na dach – Waszczyk Kolia, Wołodia Prawik i inni... Wspięli się po drabinie… i nie widziałem ich więcej – wspominał.Zasady bezpieczeństwa? Łatwiej posłać ludzi na śmierć. Katastrofa ujawniła o wiele więcej nieludzkich stron systemu sowieckiego, a więc do cna rosyjskiego. Główna to kłamstwo. Kłamstwo wielowymiarowe, totalne, absurdalne, śmiertelnie groźne. Reżim działa tak, że kłamią wszyscy, od góry do dołu. Tak jak teraz Władimir Putin, Siergiej Ławrow czy Dmitrij Pieskow potrafią kłamać w żywe oczy.Osiem godzin po eksperymencie, gdy już masowo umierali ludzie i było wiadomo, że dojdzie do katastrofy o niewyobrażalnych rozmiarach, pierwszemu sekretarzowi KC KPZR Michaiłowi Gorbaczowowi powiedziano jedynie, że doszło do jakiejś „awarii”. Rodacy nie mieli prawa dowiedzieć się o tej tragedii. Zresztą dowiedzieli się później niż Zachód.Oczywiście Moskwa nie miała zamiaru informować o incydencie. Złośliwie jednak radioaktywna chmura przekroczyła granicę Kraju Rad. Dwa dni po wybuchu w Czarnobylu wykryto ją w elektrowni jądrowej w szwedzkim Forsmark. Najpierw czujniki radioaktywności zaczęły szaleć, potem na ubraniach pracowników stwierdzono skażony pył.Wiadomo było, że nie była to lokalna awaria, chmurę przywiał wiatr wiejący z południowego wschodu, od strony Związku Sowieckiego. Władze w Sztokholmie poprosiły sowiecką ambasadę o wyjaśnienia. Placówka odpowiedziała, że o niczym nie wie, choć już wtedy Moskwa zdawała sobie sprawę z zagrożenia. Łatwiej jednak kłamać i iść w zaparte.Pył znad Czarnobyla nad PolskąW tym czasie pył był już też nad Polską, ale władze – zapewne wiedziały – wolały nie siać paniki, a tym bardziej nie oskarżać Rosjan. Jako pierwsza pył odkryła stacja radiologiczna w Mikołajkach. Nasi naukowcy wystraszyli się, że to efekt wybuchu bomby jądrowej, trzeba bowiem pamiętać, że trwała zimna wojna. Dopiero potem z radia BBC dowiedzieli się, że to katastrofa w Czarnobylu.Choć trwała już częściowa ewakuacja z regionu elektrowni, sowieckie media dopiero w poniedziałek wieczorem napomknęły w dzienniku telewizyjnym Wremia o wybuchu i pożarze. Ale też tak, że ludzie się za dużo nie dowiedzieli. Cały komunikat brzmiał następująco:„W Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej doszło do wypadku. Uszkodzony został jeden z reaktorów atomowych. Podjęto działania mające na celu usunięcie skutków awarii. Poszkodowanym udziela się pomocy. Powołana została komisja rządowa” – odczytał spiker i tyle.Agencja TASS – również teraz zakłamuje rzeczywistość w imię ideologii putinizmu – o katastrofie w Czarnobylu poinformowała dopiero po trzech dniach. Pokazano już rzekomo ugaszony blok numer 4. „Możecie się państwo sami przekonać, że nie ma żadnych gigantycznych zniszczeń ani pożaru” – zapewniano. W tym czasie oczywiście jeszcze paliło się tam paliwo jądrowe w temperaturze nawet półtora tysiąca stopni Celsjusza oraz grafit.Utajniane katastrofyPrzekonywano też, że to pierwszy taki incydent w historii Związku Sowieckiego. Jeżeli chodzi o skalę – to prawda, kłamstwo polegało na tym, że był to kolejny taki incydent. Niecały rok wcześniej niedaleko Władywostoku podczas przeładowywania paliwa w atomowym okręcie podwodnym doszło do wybuchu, w wyniku którego zginęło 10 osób, zaś środowisko naturalne zostało poważnie skażone.Była też choćby katastrofa w zakładach produkujących pluton Majak w obwodzie czelabińskim z września 1957 roku. Wszystko to jednak było utajniane, podobnie jak prawdziwy obraz Czarnobyla. Pod koniec kwietnia dziennik „Prawda”, oficjalny organ partii komunistycznej, w krótkiej notatce na trzeciej stronie zachęcał mieszkańców Kijowa do udziału w pochodzie pierwszomajowym, bo przecież nic nie grozi.Oczywiście groziło. W wyniku katastrofy został skażony obszar o powierzchni około 130 tysięcy kilometrów kwadratowych na pograniczu dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i Rosji – to ponad 1/3 powierzchni Polski. Ewakuowano ponad 350 tysięcy osób. Zginęły tysiące (ile – nie wiadomo), dziesiątki tysięcy zachorowały i dalej chorują na raka, chorobę popromienną. Taki los spotkał nawet dzieci, które rodziły się długo po katastrofie.Do tego doszło zniszczenie przyrody na niewyobrażalną skalę – zwierząt i roślin. Ziemia w okolicy Prypeci pozostanie skażona jeszcze przez kilka tysięcy lat. Ukraina wciąż wydaje część PKB na usuwanie skutków katastrofy. Ale kogo to na Kremlu dziś obchodzi? Łatwiej zakłamywać rzeczywistość.Rosja Putina jak sowieckaTak działa Rosja, nie tylko sowiecka. Współczesna Rosja również. Niedługo po zaprzysiężeniu na pierwszą kadencję, jeszcze prezydenta, Putin skazał na śmierć liczącą 118 osób załogę okrętu podwodnego K-141 Kursk, byle tylko Zachód nie poznał tajemnic wojskowych kraju, który w niedalekiej przyszłości wróci do agresywnych wojen. Zbrodniarz ma bowiem za cel odbudowę Związku Sowieckiego, którego upadek nazwał „największą katastrofą geopolityczną XX wieku”.Gorbaczow miał przynajmniej tyle honoru, że po Czarnobylu postawił na jawność (Glasnot), z którą też różnie było, ale przynajmniej sytuacja odrobinę się poprawiła. Oczywiście katastrofy się powtarzały, choćby zagłada całego Morza Aralskiego w imię niewydajnej gospodarki komunistycznej. Obok katastrofy w Czarnobylu i wojny w Afganistanie była to jedna z licznych głównych przyczyn upadku Związku Sowieckiego.Putin nie zamierza odpuszczać buta. Jego wersja reżimu totalitarnego nie ma żadnych planów ani perspektyw, by łagodnieć. W Afganistanie 9-letnia wojna kosztowała życie kilkunastu tysięcy żołnierzy. W Ukrainie w ciągu czterech lat straty już dawno przekroczyły milion, w tym przypuszczalnie około 200 tysięcy zabitych, a mimo zbrodniczy reżim nie upada. Tak działa między innymi propagandowe kłamstwo.Wniosek dla Putina po katastrofie w Czarnobylu jest oczywisty. Totalitarny model zarządzania kryzysem może być skuteczny, o ile postawi się na totalne kłamstwo, manipulację. Wówczas nie ma takiej zbrodni, która nie ujdzie na sucho. Lata prania Rosjanom mózgów sprawia, że są potulni i kiedy trzeba, pokornie idą na rzeź. Tak, 40 lat tragedii po tragedii, Czarnobyl rzuca nowe światło na współczesną polityczną, społeczną i moralną degrengoladę Rosji.Łukasz Zaranek, autor artykułu, od lat śledzi sytuację w krajach byłego Związku Sowieckiego. Jego zainteresowania to przede wszystkim geopolityka oraz konflikty międzynarodowe.