Był w Strefie Zamkniętej już 120 razy. Do dziś w Czarnobylskiej Strefie Zamkniętej mieszkają ludzie. Wrócili tu także dlatego, że po ewakuacji patrzono na nich jak na trędowatych, którzy „pozarażają” wszystkich wokół promieniowaniem, byli wytykani palcami. Ja odwiedzam samosiołów od dekady, stali mi się przez te lata bardzo bliscy – mówi portalowi TVP.Info podróżnik Krystian Machnik, autor książki „Ostatni Ludzie Czarnobyla”. Paula Szewczyk, portal TVP.Info: Co usłyszał pan od bliskich, kiedy 13 lat temu pierwszy raz wyjeżdżał do Czarnobylskiej Strefy Zamkniętej?Krystian Machnik: Niczego nie usłyszałem, bo im się do tego, że jadę do Czarnobyla, po prostu nie przyznałem. Spodziewałem się, co mogą powiedzieć, że będą się zamartwiać i mówić mi, że narobię sobie problemów zdrowotnych, a nie chciałem tego słuchać.Mamę postawiłem właściwie przed faktem dokonanym. Powiedziałem jej, dokąd się wybieram, niemal w momencie pakowania plecaka. Ale przygotowałem się na tę rozmowę, wydrukowałem z sieci artykuły o sytuacji w okolicach Czarnobyla po niespełna trzydziestu latach od katastrofy, wytłumaczyłem jej, jakiego poziomu skażenia i gdzie mogę się spodziewać, i mama to przyjęła. Wiedziała, że jestem rozsądnym człowiekiem i zaufała, że skoro mówię, że można tam bezpiecznie pojechać, to znaczy, że tak jest.Od tamtego czasu minęła ponad dekada, a do dziś, gdy ktoś pyta, czym się zajmuję, a ja odpowiadam zgodnie z prawdą, że jeżdżę z pomocą humanitarną do Czarnobylskiej Strefy Zamkniętej, zapada niezręczna cisza. Albo odwrotnie, ktoś próbuje mi wytłumaczyć, jak tam jest. Przytakuję, nie wchodzę w dyskusję. Byłem tam ponad 120 razy, nie potrzebuję słuchać o mitach z internetu.Co pana do Czarnobyla wówczas ciągnęło?W tamtym czasie najbardziej interesowała mnie Urban Exploration, czyli miejska eksploracja. Chciałem na własne oczy zobaczyć te wszystkie opuszczone budynki, zrobić zdjęcia. Prypeć – położona raptem trzy kilometry od reaktora, w 1986 roku ewakuowano z niej niemal 50 tysięcy mieszkańców – była pierwszym miejscem, które chciałem odwiedzić, bo można powiedzieć, że miasto to jest takim Mount Everestem urbexu. Do dziś pozostaje największym opuszczonym miastem na świecie, patrzyłem więc na nie jak na kawał historii i chciałem jej jakoś dotknąć, być świadkiem tego, co po nim zostało.Ale byłem też ciekaw samej radioaktywności. Czułem, że chcę doświadczyć na własnej skórze, że można się tam bezpiecznie poruszać. Specjalnie przed wyjazdem kupiłem oczywiście swój pierwszy dozymetr, czyli miernik promieniowania.Czytaj także: To była majówka. „Powiedział kolegom, że zaraz wraca, ale już nie wrócił”Wyobrażał pan sobie, że trafi do dzikiego, mrocznego miejsca, a tymczasem zastał w nim piękną przyrodę. Zdziwiło to pana?Teoretycznie nie powinno, bo do wyjazdu dobrze się przygotowałem i wiedziałem, że natura niemal całkowicie pochłonęła to miejsce. Nie zmienia to jednak faktu, że móc spojrzeć na to naprawdę, było nieporównywalnym do oglądanych wcześniej zdjęć przeżyciem.Można znaleźć w sieci zdjęcia z Prypeci, na których widać wyłącznie opuszczone budynki. Trzeba wiedzieć jednak, że fotografujący ustawił kadr w ten sposób, by tej wdzierającej się w nie przyrody po prostu nie było widać. Większość zdjęć z Prypeci – gdybym stanął na środku ulicy w centrum miasta i zrobił zdjęcie – wyglądałoby, jak wykonane w lesie, dookoła widać byłoby tylko drzewa.To niesamowite szczególnie wiosną i latem, kiedy wszystko kwitnie. Wiem z mapy, że stoję w miejscu, którym kiedyś biegła dwupasmowa ulica, a dziś wygląda jak leśna dróżka. Jej asfalt przykryty jest kilkoma centymetrami ściółki, a na prawo i lewo ściana drzew. Wystarczyło kilka dekad od katastrofy, by natura wchłonęła wszystko, co na jej drodze. Żeby zobaczyć jakiś budynek, musiałem praktycznie podejść pod samą jego elewację. I dopiero tak naprawdę z dachu jednego z siedmiu 16-piętrowych wieżowców w Prypeci mogłem zobaczyć setki budynków, utwierdzić się w przekonaniu, że faktycznie było tu miasto, poczuć jego potęgę i to, że naprawdę tu jestem.Nie było to rozczarowujące, chciał pan zobaczyć opuszczone miasto, a wjechał do „lasu”?Przyznaję, że pierwsze wrażenie nie było zbyt ekscytujące. Wjeżdżając do Prypeci pierwszy raz, przegapiłem moment mijania punktu kontrolnego, bo w busie zajęty byłem swoim licznikiem Geigera. Nagle się zatrzymaliśmy – jak mi się wtedy wydawało w środku lasu – a przewodnik mówi: „wysiadamy, jesteśmy już w centrum Prypeci”. Myślałem, że to jakiś żart! Wszyscy wychodzą, patrzę na dozymetr, nic nie pokazuje, wartość jak w mieszkaniu w Polsce. Ale nikt nic nie mówił, więc posłusznie wychodzę z busa i ja. I dopiero, gdy między drzewami mogłem dostrzec zarys budynku, potem kolejnego i kolejnego, zrozumiałem, że faktycznie jestem w mieście. Tylko wyglądało ono po prostu nieco inaczej niż w internecie.A potem wszedłem na wspomniany dach i zrozumiałem, gdzie jestem, ile jest tych opuszczonych, podniszczonych wieżowców, tych pustych okien z wybitymi szybami, a przecież każde z nich to osobna ludzka historia, każdy z tych ludzi mógłby opowiedzieć własną.Wśród budynków musiał pan dostrzec też komin wentylacyjny III i IV energobloku elektrowni?Nie dało się go nie zauważyć, bo górował nad całym terenem katastrofy, którą spowodował. Wcześniej znałem go tylko ze zdjęć. Komin Czarnobylskiej Elektrowni to bardzo symboliczny punkt. Raz, że elektrownia była epicentrum, punktem zero, od którego wszystko się te równo 40 lat temu, 26 kwietnia zaczęło.Czytaj także: Opaska z literą Z, głód i deportacja. Romowie w getcie warszawskimDwa, komin był po prostu bardzo charakterystyczny, miał aż 150 metrów wysokości i był po prostu potężną konstrukcją. Odwzorowywano ją zresztą później na medalach i orderach, które dostawali za wytrwałą pracę likwidatorzy katastrofy.Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem go wystającego znad lasu. Jeszcze nawet nie wiedzieliśmy, czy już jesteśmy w strefie czy nie, a komin już było widać. A patrząc na niego z dachu wieżowca w Prypeci, człowiek uświadomił sobie, że oto on, winowajca wszystkiego, co stało się potem. Kiedy komin usunięto w 2013 roku – to może brzmieć trochę absurdalnie – miałem wrażenie, że coś w strefie się skończyło.Nie miał pan poczucia, że zaglądanie do tych opuszczonych mieszkań, w których kiedyś toczyło się zwyczajne życie, jest jak wchodzenie do czyjegoś domu?Nie miałem, bo eksploracja miejska odbywa się z poszanowaniem pewnych zasad. Jeśli zastałem na miejscu jakąś rzecz, nie zabierałem jej ze sobą, nie przenosiłem. Oglądałem, robiłem zdjęcie, tyle. Zresztą nie znajdowałem zwykle żadnych osobistych przedmiotów, bo po ewakuacji – kiedy stało się jasne, że ludzie już tam nie wrócą – pozwolono im jeszcze na chwilę przyjechać do domów i zabrać swoje rzeczy. Sprawdzano je oczywiście pod kątem skażenia radioaktywnego, a to, czego ze sobą nie zabierali, wyrzucano przez okna, by później zakopać za miastem. Mieszkania, do których zaglądałem były po prostu puste, nie miałem więc wrażenia, że wchodzę komuś w prywatność.To, co zostało, to największe, najcięższe przedmioty typu meblościanka czy kuchenka gazowa, które ciężko było podnieść. Choć było wśród pozostawionych rzeczy także pianino. Poruszające było je zobaczyć, szczególnie na 15 piętrze, bo świadczy przecież o tym, że jego właściciel musiał zainwestować dużo pieniędzy i wysiłku, by je tu wnieść. I że chciał tu żyć, rozwijać się. Rodziny właściciela pianina dawno już tu nie ma, a ono zostanie w tym mieszkaniu na zawsze jako symbol przerwanego nagle życia.Czytaj także: Czystki etniczne w Szkocji? Po ludziach zostały tu tylko ruiny ich domówPamiętam za to wiele przedmiotów po dzieciach w miejscowych szkołach i przedszkolach, bo tam faktycznie zostało wszystko. Jak wchodzi się do klas, można znaleźć dzienniki szkolne, przeczytać, kto jakie dostał oceny, a kto uwagi. Aż nagle 26 kwietnia wszystkie zapiski się kończą.Pozostawione na miejscu katastrofy rzeczy musiały być atrakcyjnym łupem dla nieuczciwych?Akcja likwidacji zawartości mieszkań była zaplanowana i po to ją przeprowadzono, żeby uniemożliwić wywóz skażonych przedmiotów poza Czarnobylską Strefę Wykluczenia. Jednak wśród tych, którzy mieli jej pilnować, zdarzały się przypadki nieuczciwości, ktoś coś potajemnie wynosił i później sprzedał na bazarze w Kijowie. Dochodziło w ten sposób do niekontrolowanego roznoszenia radionuklidów na cały kraj. Działo się to tuż po ewakuacji, kiedy większość przedmiotów nadawała się jeszcze do użytku, więc część osób chciała je spieniężyć. A mówimy przecież o kilkunastu tysiącach domostw, których zawartość była pod nieobecność właścicieli kusiła.Jak to się stało, że z urbexu zmienił pan cel podróży na spotykanie się z ludźmi zamieszkałymi w strefie?Przyznam, że na początku interesowały mnie miejsca, nie ludzie. Ale to zainteresowanie miejscem mnie do nich zaprowadziło. Lubiłem eksplorować nie tylko miasta, ale i okoliczne wioski, w strefie zamkniętej ewakuowano mieszkańców z aż 96 miejscowości, więc było co eksplorować.Pojechałem do jednej z nich, Łubianki. Widziałem po ujęciach satelitarnych, że była bardzo duża, ale niewiele było można zobaczyć z niej zdjęć w sieci. Pomyślałem, że zobaczę, jak wygląda dzisiaj. Pojechaliśmy ją więc eksplorować i tam rzeczywiście można było znaleźć w opuszczonych chatach sporo zawartości i rzeczy osobistych, bo tu nie przeprowadzano ich utylizacji ani ich nie zakopywano. Widziałem rodzinne fotografie, całe ich albumy, ubrania w szafach. I kiedy już wracaliśmy, z oddali dostrzegłem jakąś postać.Ja bym się przestraszyła!Była niewielka i zgarbiona, okazała się nią babuszka Olga Juszczenko. Spotkaliśmy się w pół drogi, narzekała na ból głowy i osłabienie. Miała objawy przegrzania organizmu, było wtedy 35 stopni na plusie i pełne słońce w południe. Nie miała nawet ze sobą wody, więc postanowiliśmy jej pomóc.Wróciliśmy z nią do jej chaty, tam zaczęła słabnąć, wymiotować. Raz traciła przytomność, raz ją odzyskiwała, jej stan się cały czas pogarszał. Wezwaliśmy pomoc, karetka jechała dobre półtorej godziny. Medycy zabrali Olgę do szpitala i tam ją uratowano. Nie chcę myśleć, co by się z nią stało, gdybyśmy przechodzili tamtędy pięć minut później...Zaczął pan ją później odwiedzać.Tak, chociaż tamto spotkanie nie uruchomiło we mnie jeszcze myśli, by przyjeżdżać tu z pomocą humanitarną. Do czasu aż bardzo podobną sytuację miałem w wiosce Ilińce, którą także pojechaliśmy eksplorować. I w niej też nie spodziewaliśmy się kogokolwiek spotkać. Aż dostrzegłem zbliżającego się w naszą stronę człowieka. Był to starszy mężczyzna, Fiodor Struk, jedyny i ostatni mieszkaniec Iliniec. Szedł z dwoma baniakami brudnej, żółtej wody, którą nabrał z jakiegoś lokalnego bajora. Pytam go, na co mu ta woda, on, że na czaj, czyli herbatę. Był wychudzony, ledwie ją niósł, więc mu pomogłem..Czytaj także: „Raj dla cwaniaków”. Bez zmiany prawa dzicy lokatorzy pozostaną bezkarniKiedy wszedłem do jego chaty, łzy napłynęły mi do oczu. Miałem wrażenie, że tam nie da się oddychać, Fiodor ogrzewał ją – to była druga połowa października – taką starą, stalową kozą, w dodatku nieszczelną. Wszystko było w sadzy, miałem wrażenie, że tam nie ma w ogóle tlenu. Bałem się, że Fiodor albo się tutaj spali, albo zaczadzi. Miałem przy sobie troszkę własnego jedzenia, jakieś batony, oddałem mu je. I obiecałem, że przyjadę za dwa tygodnie, przywiozę więcej. On oczywiście twierdził, że niczego nie potrzebuje, ale nie odpuszczałem, powiedział więc, że może zatem do czaju przyda mu się sachar, czyli cukier. Wróciliśmy, miałem dla niego oczywiście wiele więcej niż cukier. Przywieźliśmy torby jedzenia, idziemy do niego zadowoleni, patrzymy, a jego chaty nie ma! Mało tego, czuć było zapach spalenizny. Zaglądam przez płot, a tam gruzowisko, znad którego wystawał tylko stelaż łóżka i ta stalowa koza… Nie wiedziałem, co robić czy wzywać służby, kogo poinformować? Na szczęście okazało się, że Fiodorowi nic się nie stało, skrył się w chacie obok. Opowiedział nam, że jego spłonęła kilka dni wcześniej i że jesteśmy pierwsi na miejscu wydarzeń, bo nikt tego pożaru nawet nie zauważył. Nikt nie przyjechał, bo na wieżach przeciwpożarowych było po sezonie pusto. Fiodor w tym czasie jadł tylko jakieś gnijące po lecie jabłka i orzechy, które miał. Byliśmy przygotowani, by przywieźć mu jedzenie, ale nie na to, że straci zimą dom. Oddałem mu wówczas swoją kurtkę, zostawiliśmy mu latarki. I udaliśmy się do miasta Czarnobyl na rozmowę z administracją strefy Czarnobylskiej.Nie wiedziałam, że takowa istnieje?Istnieje, bo ktoś musi zarządzać tym terenem, nawet jeśli jest opuszczony. Czarnobylska Strefa to obecnie rezerwat przyrody, oprócz naukowców i leśników jest tam mnóstwo też strażaków czy policji. A jak oni, to są i urzędnicy.Nawiązaliśmy kontakt z pracownicą odpowiadającą w tamtym czasie za samosiołów – jak nazywa się mieszkańców strefy, którzy wrócili do miejsc zamieszkania po ewakuacji – ale odbiliśmy się od ściany. Przyznała, że kojarzy Fiodora, ale zupełnie nie była tym zainteresowana, jak żyje i że spłonął mu dom. Stwierdziła, że oferowali mu już przeniesienie w inne miejsce, ale odmówił, to niech teraz radzi sobie sam. Próbowaliśmy ją przekonywać, że on chce żyć tam, a ona tylko spoglądała na zegarek. Miałem wrażenie, że po prostu zawracam jej głowę, wiedziałem, że nic z tego nie będzie.To spotkanie dało panu poczucie, że jest tam potrzebny?Wiedziałem po nim, że coś tu jest po prostu nie tak z podejściem do tych ludzi i nie tak powinno wyglądać. Postanowiłem, że wezmę sprawy w swoje ręce i założyłem zbiórkę. Opublikowałem zdjęcia Fiodora, warunków, w jakich żył i czego najbardziej potrzebuje, podobnie przedstawiłem sytuację Olgi. Zbiórka się udała, pojechaliśmy z tym, co udało się nam kupić za zebrane pieniądze. Ale dowiedziałem się, że żyjących w strefie osób jest znacznie więcej, wcale nie dwoje, a przeszło setka.Czytaj także: Życie z HIV. „To po prostu infekcja. Żyję jak wszyscy wokół”Tylu oczywiście nie byliśmy w stanie pomóc, dotarliśmy do kilkunastu. Ujmowało mnie z każdą wizytą ich podejście do życia, ich gościnność, życzliwość. To, że nawet jeśli niewiele im przywieźliśmy, byli nam nieprawdopodobnie wdzięczni. Widać było też, jak bardzo są otwarci na drugiego człowieka, jak brakuje im z nim kontaktu. Czasem miałem wrażenie, że okazanie zainteresowania tym ludziom było bardziej potrzebne, niż jedzenie, które przywoziliśmy.Można powiedzieć, że wtedy się w samosiołach zakochałem. Eksploracja tych wszystkich opuszczonych budynków zeszła na drugi plan. To był moment, w którym Czarnobyl zyskał dla mnie ludzką twarz.Teoretycznie w strefie zamkniętej nie powinno ich być?Na przestrzeni tych 30 kilometrów wokół Czarnobyla nie powinno być nikogo. Samosioły, czyli samoosiedleńcy wrócili jednak na te tereny i postanowili tu żyć. Choć oni sami nie lubią tego określenia, bo nie mówimy o osobach, które postanowiły skorzystać z tego, że nagle w tym miejscu pojawiło się dużo opuszczonych budynków, więc postanowili je zająć, a o osobach, które mieszkały w nich wcześniej i zdecydowali się do swoich domów wrócić. Nieraz słyszałem: „jaki ze mnie samosioł, ja tylko wróciłam do siebie, chwilę mnie po prostu nie było”. Natomiast określenie to już tak do nich przywarło, że i oni sami go używają.Czemu wrócili?Powody, dla których wracali były bardzo różne. Najwięcej powrotów było w 1987 roku i tego nie tylko z powodu tęsknoty za domem. Choć też musimy pamiętać, że dla tych ludzi pojęcie „domu” jest zupełnie inne niż dla nas. My się gdzieś przeprowadzamy i to będzie nasz dom. U nich było inaczej, dom był tam, gdzie się urodzili, i to dosłownie, bo nie w szpitalach, tylko właśnie w domach, tych samych, w których wcześniej urodziła się ich matka, a babcia, prababcia, praprababcia pochowane są na tych samych okolicznych cmentarzach. Nieraz wyprawa do wioski obok była dla nich wielkim wydarzeniem, bo zwykle nie opuszczali własnych.I nagle zostali wyrwani z tych korzeni, przerzuceni gdzieś 200 km dalej do nieznanej wioski, obcego miasta i zupełnie obcych ludzi. Nie mieli z tymi miejscami nic wspólnego, czuli się źle. Często dostawali dużo lepsze warunki niż mieli wcześniej, ale co z tego, to nie był ich dom. Część się do niego życia przyzwyczaiła, a część nie. I postanowili wrócić za wszelką cenę.W nowych miejscach nie witano ich z otwartymi ramionami?To kolejna sprawa, że patrzono na nich jak na tych z Czarnobyla, skażonych, niebezpiecznych, innych, którzy sprowadzą lokalnym społecznościom choroby, promieniowanie i wszystkich nim „pozarażają”. Ci ludzie byli wytykani palcami, traktowani jak trędowaci. To również było powodem, dla którego woleli wrócić tam, skąd pochodzili.Czytaj także: „Nie miałem o tym pojęcia”. Nieznana historia uchodźcza 733 polskich dzieciSpora grupa wróciła także dlatego, że już po katastrofie uruchomiono w strefie kołchoz badawczy, w którym hodowano bydło, karmiono je roślinami wyrosłymi z radioaktywnej ziemi. Chciano w ten sposób sprawdzić, jak radionuklidy rozchodzą się w faunie i florze, jak przechodzą z krowy do jej mleka, do mięsa, do młodych, i kolejnych zwierząt, i kolejnych młodych. Potrzebni byli zatem naukowcy, ale i ci którzy tym bydłem będzie się zajmować. Zaproponowano więc mieszkańcom pracę, wrócili z nadzieją, że okolica się odbuduje, że będzie jak dawniej. Niestety po kilku latach to się skończyło. Nowe państwo Ukraina nie miało pieniędzy na tego typu ośrodki, z roku na rok ogłaszano likwidację kolejnych. Kołchozy zamknięto, a samiosioły zostały. Wielu z nich poczuło się wtedy zresztą oszukanych.Nie bali się wracać do strefy zamkniętej? Nie przerażało ich promieniowanie?Na ogół nawet nie mieli wiedzy, co to jest to całe promieniowanie. Mówimy o ludziach z roczników z lat 20., 30., 40. czy 50., których nie uczono o tym w szkole. Promieniowanie wydawało się im niewidzialnym tworem, który właściwie może do końca nie jest taki niebezpieczny. Część z nich kategorycznie w coś takiego jak radioaktywność nawet nie wierzyła. Dla nich wróg był realny, przeżyli wojnę, widzieli broń, żołnierzy, bomby, zniszczenia. Mieli inne podejście i wiedzę niż my dzisiaj.A pan, który wjechał do Czarnobylskiej Strefy Zamkniętej 120 razy, nie ma obaw?Człowiek boi się tego, czego nie zna. Jeśli ma się doświadczenie i wiedzę, nie ma się czego bać. Przed pierwszym wyjazdem taką obawę miałem, bo nawet jeśli ryzyko jest małe, zawsze istnieje. Był moment, że zastanawiałem się, czy z wyjazdu nie zrezygnować. Nie wiem, kim byłby dzisiaj, gdybym wtedy odpuścił.Czasem zastanawiam się, czy może wchłonąłem jakąś porcję radionuklidów, czy może już ich mam za dużo, czy poniosę konsekwencje zdrowotne z ich powodu? Z takimi myślami nie jestem w stanie wygrać, ale nadal nie mam wątpliwości, że to chcę robić w życiu. Że nie chcę po prostu żyć zwyczajną pracą, spłacaniem kredytu i wyjazdami w ciepłe kraje. Chciałbym być człowiekiem, który może nie zmienia świata, ale robi coś ważnego dla innych. Żeby któregoś dnia ktoś stojąc nad moim grobem mógł powiedzieć o mnie kilka dobrych słów.Choć zakładam, że jeśli umrę, chorując np. na nowotwór, który mogło wywołać dziesiątki innych powodów, wszyscy i tak powiedzą, że zabił mnie Czarnobyl.Samosiółów jest coraz mniej, zostały jednostki. Gdy zabraknie ostatniego, uzna pan, że misję w strefie zamkniętej czas zakończyć?Wciąż będę jeździł do Czarnobyla, bo moją misją jest także edukacja. W Polsce wiedza o promieniowaniu i skażeniach radioaktywnych jest znikoma, w szkole nie uczymy się o nich właściwie wcale. W swoich mediach społecznościowych przybliżam wiedzę na ich temat, to sprawia mi przyjemność, jestem dumny, że mogę się nią dzielić i że jest spore grono osób, które z niej korzysta.Czytaj także: Spotkali się na randkę. Ona go zawstydziła, on ją pobił i podpaliłChoć, gdy odejdzie ostatni samosioł, skończy się dla mnie pewna era i ciężej będzie mi do strefy wracać, wiedząc, że nie ma już w niej ludzi, którzy stali mi się przez te lata tak bardzo bliscy. Nie chcę na razie o tym myśleć, skupiam się na tym, by być z nimi do samego końca, bo też wiele im zawdzięczam. Bez nich nie byłbym dziś człowiekiem, którym jestem.Krystian Machnik – polski podróżnik, reportażysta i pasjonat wszystkiego, co związane ze zjawiskiem radioaktywności. W Czarnobylu spędził ponad 430 dni, dokumentując ślady katastrofy z 1986 roku oraz pomagając ostatnim mieszkańcom Strefy Wykluczenia. Autor książki „Ostatni Ludzie Czarnobyla” (wydawnictwo Notatnik Reportera)Paula Szewczyk – reporterka, nominowana do nagrody Grand Press, nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej i Journalism Excellence Awards., Nagrodzona Koroną Równości KPH oraz nagrodą NGO Hero, wyróżniona w konkursie „Pióro Nadziei” Amnesty International. Autorka książki „Ciała obce” (wydawnictwo Agora)