Ustalenia śledczych. Zrobiliśmy co w naszej mocy, aby wyjaśnić sprawę zabójstwa w restauracji Gama. Jeden z najlepszych ośrodków w kraju przebadał łuski i broń, użyte w czasie strzelaniny, aby znaleźć DNA, a biegły odtworzył dokładny mechanizm zachowania sprawców podczas zdarzenia – mówi portalowi TVP.Info prok. Artur Kaznowski z mazowieckich „pezetów”, który badał okoliczności zabójstwa bossów „Wołomina” – Mariana K. ps. Klepak i Ludwika A. ps. Lutek oraz trzech innych gangsterów. Portal TVP. Info jako pierwszy poinformował, że Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej, umorzył śledztwo w sprawie masakry restauracji Gama przy ul. Wolskiej 38 w Warszawie. 31 marca 1999 roku zastrzelono w niej bossów gangu wołomińskiego – Mariana K. ps. Klepak i Ludwika A. ps. Lutek oraz związanych z nimi: Olgierda W. ps. Łysy, Piotra Ś. ps. Kurczak i Mariusza Ł. ps. Piguła. O dokonanie zbrodni podejrzewano Karola S. ps. Karol i jego bandę, walczącą od kilku miesięcy z „Wołominem”. Ale żadnej z tych osób nie przedstawiono zarzutów w związku z masakrą. Prok. Artur Kaznowski, który prowadził to śledztwo w mazowieckich „pezetach”, przyznaje w rozmowie z TVP.Info, że „była to jedna z bardziej wymagających spraw, prowadzonych po wielu latach od zdarzenia, gdzie zatarciu ulegają zarówno ślady, jak i pamięć świadków, w tym też bezpośrednich świadków tego zdarzenia”. – Chciałbym zaznaczyć, że decyzja o umorzeniu śledztwa nie oznacza, że sprawa, że sprawa nie została dokładnie zbadana. Przeciwnie, przeprowadzono kompleksowe czynności. Jednak nawet przy ich szerokim zakresie nie uzyskano dowodów pozwalających na przypisanie sprawstwa konkretnym osobom – wyjaśnia prok. Kaznowski. – Na tę decyzję miały wpływ kluczowe czynniki: upływ czasu oraz brak bezpośrednich dowodów czy nawet poważniejszych poszlak, pozwalających na przypisanie konkretnym osobom dokonania tego czynu – dodaje. Czytaj także: „Messi półświatka” na wolności. Dekada ukrywania i 15 lat odsiadki Nowe ekspertyzy Prok. Kaznowski zwraca uwagę, że sprawa Gamy (tak potocznie nazywali ją śledczy) trafiła do mazowieckich „pezetów” w 2016 roku z Prokuratury Okręgowej w Warszawie jako „zawieszona”. – Została przez nas podjęta i od nowa zanalizowana. Sprawa ta miała szczególnie skomplikowany charakter, przede wszystkim z uwagi na upływ czasu, co w istotny sposób ograniczało możliwości dowodowe. W dacie czynu, były zupełnie inne możliwości i procesy wykrywcze. Przede wszystkim, jeśli chodzi o ślady biologiczne czy zabezpieczanie i pozyskiwanie danych bilingowych – tłumaczy prokurator. I podkreśla, że pomimo tych trudności „w toku śledztwa wykonano bardzo szeroki zakres czynności procesowych i operacyjnych”. – Przesłuchano kilkudziesięciu świadków, w tym wielu bardzo istotnych. Po raz pierwszy przystąpiono do badań biologicznych na zabezpieczonym materiale dowodowym z łusek i broni użytych w restauracji Gama. Zlecono to jednej z lepszych ośrodków badawczych w zakresie badań DNA –Zachodniopomorskiemu Uniwersytetowi Medycznemu w Szczecinie – mówi prok. Kaznowski. Prokurator zwraca uwagę, że zweryfikowano również szereg wersji śledczych i poddano analizie dostępne ekspertyzy. – Pozyskaliśmy opinię biegłego z zakresu broni palnej i amunicji, który zrekonstruował zdarzenie m.in. pod kątem trajektorii lotu pocisków i ustawienia sprawców i kolejności użycia broni – wyjaśnia śledczy. Przyznaje jednak, że mimo tych wszystkich działań, zebrany materiał „nie doprowadził do ustalenia sprawców ani do zebrania dowodów pozwalających na przedstawienie zarzutów konkretnym osobom”. – Postępowanie zostało umorzone z uwagi na niewykrycie sprawców przestępstwa. Nie oznacza to jednak, że sprawa zostanie odłożona na półkę. Cały czas będziemy szukać dowodów, pozwalających na postawienie sprawców przed sądem – zapowiada prok. Kaznowski. Czytaj także: Tajemnicza śmierć „Adidasa”. To on najął kiboli do pobicia WołkowaBuntownicy w okolicy Jak wynika z ustaleń portalu TVP.Info, prok. Artur Kaznowski chciał także ustalić „azymuty, kąty oraz zasięg stacji bazowych BTS z 31 marca 1999 roku, usytuowanych na ul. Wolskiej 45”. BTS (z angielskiego: Base Transceiver Station), to nic innego jak stacja bazowa, umożliwiająca łączność między telefonem komórkowym a operatorem. Każdy telefon automatycznie łączy się z najbliższym BTS-em. Wolska 45 jest oddalona od Gamy o około 200 metrów. A jak wynika z analizy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego: „31 marca 1999 roku, telefony osób powiązanych z grupą Karola S. logowały się do stacji w rejonie zdarzenia”. Nie przesądza to jednak, że byli dokładnie na miejscu – zasięg takich stacji obejmuje także okolicę. Wspomniane „azymuty, kąty i zasięgi”, miały pomóc w odtworzeniu, gdzie znajdowali się gangsterzy, których telefony logowały się w stacjach przy ul. Wolskiej 45. Dokładnej lokalizacji nie udało się już dziś odtworzyć ze względu na ograniczenia ówczesnej technologii. Czytaj także: „Wściekły”, brat „Szkatuły”, znów oskarżony. Zabójstwo z pazerności O włos od zarzutów Portal TVP.Info dotarł do szczegółów ustaleń śledztwa w sprawie masakry w Gamie. Jedna z analiz akt sprawy przedstawia wiodącą wersję. Według niej zabójstwo pięciu gangsterów zostało dokonane „przez członków grupy Karola S. ps. Karol, do której należeli m.in. młodzi, byli złodzieje samochodów”. W skład bandy mieli wchodzić: Paweł K. ps. Kraszan, Paweł J. ps. Japa, Andrzej T. ps. Tyburek, Cezary R. ps. Popo, Tomasz M. ps. Waciak, Andrzej M. ps. Niuniek, Tomasz P. ps. Sumo i Robert B. ps. Bieniasty. Z ustaleń śledczych wynika, że ekipa „Karola” miała odprowadzać część zysków ze swojej działalności grupie wołomińskiej. Młodzi gangsterzy buntowali się przeciw temu „podatkowi”, co z kolei nie spodobało się Marianowi K. ps. Klepak. Podczas jednego ze spotkań syn bossa – Jacek miał publicznie uderzyć w twarz Karola S., co w półświatku jest traktowane za wyjątkowo upokarzające. Inna wersja zakłada, że to sam „Klepak” uderzył „Karola”. Pewne jest, że w grudniu 1998 roku, pod samochodem Mariana K. wybuchła bomba. Po tym incydencie boss miał nakazać poszukiwania „Karola” i jego ekipy. Niejaki „Kasza” dostarczył kastę VHS ze swojego ślubu, na którym był Karol S. Z kolei Marian K. nosił w kieszeni zdjęcia czterech buntowników: „Tyburka”, „Kraszana”, „Niuńka” i „Bieniastego”. Znalezione je przy zwłokach bossa w Gamie. Śledczy ustalili, że nie ma możliwości przypisania konkretnej osobie udziału w oddawaniu strzałów (świadkowie nie byli zgodni co do liczby sprawców, wskazując na trzech lub czterech napastników). Jednocześnie przeprowadzono analizę materiału dowodowego pod kątem istnienia podstaw do przedstawienia zarzutów Karolowi S. Z poczynionych ustaleń wynika, że pozostawał on w konflikcie z Marianem K., a zgromadzone poszlaki mogły wskazywać na jego związek ze zdarzeniem, w tym na możliwe zlecenie i koordynowanie jego przebiegu. Jednakże, uznano, że „istniejące w sprawie wątpliwości mają charakter istotny i nie zostały usunięte w toku postępowania”. W szczególności kluczowe znaczenie miały upływ czasu od zdarzenia, śmierć części osób powiązanych ze środowiskiem sprawców oraz brak współpracy ze strony żyjących uczestników, co w praktyce uniemożliwia przełamanie utrzymującej się zmowy milczenia. Czytaj także: Sędzia nie chce sądzić, a gangsterzy już odzyskują wolnośćRozłam w „Wołominie” Strzelanina w restauracji Gama była punktem kulminacyjnym „bratobójczej” walki między członkami gangu wołomińskiego. Rozłam w jednej z najpotężniejszych grup przestępczych w Polsce, mylnie kojarzonej z braćmi Niewiadomskimi, zaczął się pod koniec 1998 roku. Jednak według informacji operacyjnych policji punktem przełomu było zabójstwo Andrzeja G. ps. Junior, do którego doszło 26 stycznia 1998 roku. W dniu śmierci odwiedził on bossów „Wołomina” Mariana K., ps. Maniek i Ludwika A., ps. Lutek w ich kantorze w przejściu podziemnym w pobliżu Dworca Centralnego. Ponoć miał im złożyć „propozycję nie do odrzucenia” od Jeremiasza Barańskiego, ps. Baranina (rezydującego w Wiedniu), który chciał, aby wymienieni mafiosi z nim współpracowali. Obaj, starzy recydywiści, mieli stwierdzić, że nie będą pracować dla konfidenta. „Lutek” i „Klepak” wyszli pierwsi z kantoru wraz z Piotrem L. (ochroniarzem „Klepaka”). Andrzej G. posiedział jeszcze kilka chwil na zapleczu. Kilka minut po wyjściu z lokalu „Junior” został zastrzelony przez dwóch mężczyzn. Niespełna godzinę wcześniej przy zakładzie fryzjerskim „Igor” przy ul. Łabiszyńskiej zamordowano 17-letniego Krzysztofa K. Ponoć chwilę wcześniej do lokalu wpadło dwóch mężczyzn z bronią szukających „Andrzeja”. Odchodząc jeden z nich zastrzelił nastolatka. Okazało się, że Krzysztof K. został zabity z tej samej broni, której użyto do sprzątnięcia „Juniora”. Wszystko wskazuje na to, że jesienią 1998 r. „Baranina” rzekomo znalazł swojego nowego reprezentanta na Polskę. Miał nim być zaufany członek gangu „Mańka” – Karol S., ps. Karol. – „Baranina” wykorzystał fakt, że część młodych gangsterów, skupionych wokół „Karola”, chciało więcej zarabiać i być bardziej samodzielnymi. Doszło do incydentu między „Mańkiem” i „Karolem”. Boss publicznie uderzył młodszego gangstera w twarz. Niby nic wielkiego, ale to zapoczątkowało krwawą wojnę – opowiadał portalowi TVP.Info emerytowany funkcjonariusz CBŚP. Czytaj także: Narcos Praga. „Adzia” i jego kompani skazani za egzekucję przed siłownią Markus A więc wojna Za początek wojny przyjmuje się wybuch bomby pod samochodem „Mańka”, który miał miejsce 14 grudnia 1998 roku, ok. godziny 20::30. na parkingu przed hipermarketem Geant przy ul. Jubilerskiej na warszawskiej Pradze. Ładunek wybuchł, gdy Piotr L. – kierowca i ochroniarz Mariana K. – uruchomił auto. L. został ranny. Policja musiała sprawdzić auto drugiego bossa Ludwika A., ps. Lutek, który bał się, że pod jego samochodem również może być ukryta bomba. Niedługo potem Piotr L. wyjechał na Zachód, gdzie został zatrzymany podczas próby przemytu kilku ton haszyszu. To zapewne uratowało mu życie, bo do tej pory nigdy nie opuszczał swojego pryncypała. W styczniu 1999 roku „Karol” i jego grupa uderzyli ponownie. 6 stycznia przy skrzyżowaniu ul. Trawiastej z IV Porzeczną w Aninie miało miejsce spotkanie kilku wołomińskich gangsterów. Prym wiódł na nim Piotr W. ps. Kajtek, jeden z adiutantów „Mańka”. Ferajna szukała rozwiązania problemu secesji. Ponoć „Kajtek” miał polować na „Karola” i wszedł w komitywę z jednym z watażków gangu markowskiego – Krzysztofem K., ps. Baniak. Nagle na ulicy pojawił się Dodge Stratus. Z okien auta wysunęły się lufy, które plunęły ogniem w kierunku zebranych. Kilkanaście kul dosięgło „Baniaka”, który skonał na miejscu. Inny gangster „Garnek” dostał też kilkanaście postrzałów. Cudem wyżył. Ferajna zmieniła mu pseudonim na „Durszlak”. Już 20 marca cyngle „Karola” uderzyli ponownie w „Kajtka”. Tym razem w pobliżu restauracji TGI Friday’s przy ul. Jana Pawła II. Tym razem skutecznie. Jednak poza wołomińskim gangsterem, zginął przypadkowy przechodzień, pracownik Teatru Wielkiego. Zamachu dokonali wg. prokuratury Karol S. „Karol”, Paweł J. „Japa”, Andrzej M. „Niuniek”, Robert B. „Bieniasty” i Cezary R. „Popo””. Czytaj także: Skok dekady w Wólce Kosowskiej. Ruszył proces „Gulczasa”Dobry dzień na śmierć Te potyczki doprowadziły do krwawego finału w Gamie. 31 marca 1999 roku był ciepłym, słonecznym dniem. Gama – słynąca z dobrych pierogów restauracja – była od kilku tygodni ulubionym miejscem pracy „Mańka”. Boss słynął z tego, że zawsze był elegancki i szarmancki wobec kobiet. Nawet w areszcie nie tracił rezonu. Od rana, razem z „Lutkiem” załatwiali swoje interesy. Ludwik A. to z kolei typowy „prażanin”. Zakpił kiedyś z policji, doprowadzając do zniknięcia kilkuset litrów przemycanego spirytusu pilnowanych przez funkcjonariuszy. W Gamie bossowie rozmawiali m.in. o sprzedaży gruntów pod hipermarkety, spotykali się z reprezentacjami innych gangów. A przez Gamę przeszły całe pielgrzymki różnych typów z półświatka. Bossom towarzyszył Olgierd W. ps. Łysy, który był ochroniarzem i kierowcą Mariana K. Dwóch innych ochroniarzy, „Maniek” z niewiadomych powodów, puścił na miasto. Około południa dołączyli do bossów Piotr Ś. Ps. Kurczak i Mariusz Ł. Ps. Piguła. Według policji „Maniek” mógł im zlecać wyeliminowanie „Karola” i jego najwierniejszych ludzi. Miał nawet zdjęcia celów, które znaleziono później w zakrwawionej marynarce bossa. Przed godz. 13 do Gamy weszło trzech kilerów (inni mówili o czterech). Jedni mówili, że mieli na sobie jakieś czarne mundury, drudzy – że kombinezony. Wszyscy są zgodni co do tego, że byli uzbrojeni po zęby. I, że byli w kominiarkach. Kilerzy weszli do lokalu, minęli obsługę i poszli szybkim krokiem do drugiej sali. Na widok zebranych dali ognia z broni maszynowej, strzelby tzw. pompki. „Maniek” i jego druh „Lutek” zginęli podziurawieni kulami. Podobny los podzieliła pozostała trójka. Według akt śledztwa na miejscu znaleziono 67 łusek od amunicji kalibru 7,62 mm i trzy z ze strzelby. Jak się okazało większość z pocisków wystrzelono z pistoletów maszynowych PPS (to następca legendarnej „pepeszy”, ale z mniejszym magazynkiem”. Kilerzy użyli jeszcze pistoletu CZ oraz samoróbki (przerobionego na broń ostrą pistoletu gazowego). To z nich dobijali konających mafiosów. Mordercy uciekli srebrnym polonezem, którego znaleziono płonącego po godz. 14:00 w Falenicy. Cudem nie zginął nikt z przechodzących obok Gamy. Bo kule trafiły w dwa zaparkowane w pobliżu samochody. Czytaj także: Szef CBŚP: Pruszków nie spędza nam snu z powiek. Zagrożeniem gangi ze WschoduWyłapywanie groźnej bandy Kilka dni po masakrze, w mieszkaniu przy ul. Obozowej w Warszawie, policja odkryła bandycki arsenał: pięć karabinów maszynowych, trzy pistolety oraz dwie bomby. Znaleziona tam broń była użyta m.in. do zabójstwa „Baniaka”. Pod koniec lipca antyterroryści ujęli Karola S. i czterech jego kompanów. Boss schował się w specjalnym schowku i policjanci odkryli go dopiero po dwóch godzinach przeszukiwania mieszkania. Paweł J. „Japa” próbował wyrzucić pistolet z tłumikiem. Wpadli też Robert B. „Bieniasty”, Cezary R. „Popo” i Andrzej M. „Niuniek”. Zatrzymania uniknął Andrzej T. ps. Tyburek, który został ujęty dopiero w listopadzie 2009 roku Rok później „Karol” i członkowie jego gangu zostali skazani za zabójstwa „Baniaka” i „Kajtka”. Nigdy nie usłyszeli zarzutów związanych z masakrą w Gamie. „Popo”, który zaczął już mięknąć, został zapewne zaszczuty przez kompanów z aresztu i zabił się w swojej celi. Karol S. ps. Karol, Paweł J. ps. Japa, Andrzej M. ps. Niuniek oraz Robert B. ps. Bieniasty, zostali w lutym 2013 ostatecznie skazani na kary dożywocia za strzelaniny przed warszawską restauracją Friday's oraz w Aninie. Żaden z nich nie przyznał się do zarzutów (poza „Japą”, który najpierw obciążył kompanów, a potem odwołał swoje wyjaśnienia). Także do jakichkolwiek związków z masakrą w Gamie. Czytaj także: Kokaina dla „Pruszkowa” i tajemnicze zniknięcie dwojga osób