Co się dzieje w opozycji? W Prawie i Sprawiedliwości nieustannie kipi, choć przedstawiciele największej (jeszcze!) partii opozycyjnej starają się przekonywać opinię publiczną, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. O wojnie frakcji „maślarzy”, czyli polityków związanych ze środowiskiem Przemysława Czarnka, Patryka Jakiego, Jacka Sasina i Tobiasza Bocheńskiego, z „harcerzami”, czyli byłym premierem Mateuszem Morawieckim i jego współpracownikami, obserwatorzy polskiej sceny politycznej dyskutują już od końcówki ubiegłego roku. I mimo że prezes Jarosław Kaczyński wielokrotnie apelował o jedność, spokój i niewyciąganie wewnętrznych sporów do przestrzeni publicznej, groził, a nawet karał nieposłusznych polityków różnymi partyjnymi konsekwencjami (ostatnio w prawach członka zawieszony został Krzysztof Szczucki, o którym jeszcze będzie mowa), kolejne odsłony tego sporu regularnie rozgrzewają debatę.Co wydarzyło się tym razem? Mateusz Morawiecki, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, założył stowarzyszenie. W tym tygodniu w mediach zaczęła krążyć nieoficjalna lista nazwisk polityków, którzy mieliby do Stowarzyszenia Rozwój Plus wstąpić, jako pierwsza opublikowała ją Wirtualna Polska. Znajduje się na niej blisko czterdzieścioro polityków Prawa i Sprawiedliwości, w tym naprawdę duże nazwiska: Waldemar Buda, Janusz Cieszyński, Michał Dworczyk, Marcin Horała, Paweł Jabłoński, Łukasz Kmita, Szymon Szynkowski vel Sęk, a także wspomniany już Krzysztof Szczucki. Oczywiście lista może się jeszcze zmieniać, ale widać wyraźnie, że sprawa jest poważna.Jeszcze w czwartek narracja Prawa i Sprawiedliwości dotycząca inicjatywy Mateusza Morawieckiego zmieniała się wraz z porą dnia. Z samego rana tzw. „maślarze” nie szczędzili słów krytyki. „Gdzie prawica się dzieli, tam Tusk się weseli” – komentował Tobiasz Bocheński, a Przemysław Czarnek pisał wprost o zdradzie.Chwilę później, w rozmowie ze mną, Marek Suski przekonywał jednak, że bardziej centrowe skrzydło PiS to dobry pomysł, bo może otworzyć partię na mniej konserwatywny elektorat. Niedługo potem atmosfera znów się ochłodziła: Marcin Ociepa, sam będący prezesem stowarzyszenia OdNowa, zdystansował się od pomysłu Morawieckiego i przestrzegał przed wewnętrznymi konfliktami.Czytaj też: Partia stawia ultimatum Morawieckiemu. PiS wychodzi z „ofertą”Kaczyński prosi o wsparcieNa czwartek zaplanowano także spotkanie władz PiS na Nowogrodzkiej, czyli posiedzenie tzw. PKP – Prezydium Komitetu Politycznego. Wcześniej Jarosław Kaczyński zapowiedział konferencję prasową i wielu spodziewało się, że odniesie się na niej do całego zamieszania. Tymczasem wystąpienie dotyczyło wyłącznie finansowania partii. Politycy PiS apelowali o wpłaty, przekonując, że bez wsparcia sympatyków nie uda się wygrać wyborów w 2027 roku.Ciekawostką jest, że w trakcie tego apelu sprzyjająca PiS telewizja Republika wyświetliła na ekranie kod QR do wpłat, tyle że nie na konto partii, lecz własne. Ten szczegół nie umknął uwadze polityków. Widać więc wyraźnie, że walka o wpływy i pieniądze na prawicy toczy się równolegle do sporów politycznych.Wieczorem rzecznik partii Rafał Bochenek poinformował, że w PiS uznano przynależność do stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego za sprzeczną ze statutem. Jednocześnie zapowiedziano powołanie rady ekspertów, do której – jak przekonywano – mogliby dołączyć politycy chcący angażować się merytorycznie. Ci jednak, którzy zdecydują się pozostać w Stowarzyszeniu Rozwój Plus, muszą liczyć się z konsekwencjami, włącznie z usunięciem z partii.Co ciekawe, decyzje te zapadły w momencie, gdy Mateusz Morawiecki opuścił siedzibę przy Nowogrodzkiej, by udać się na wywiad do Telewizji Republika. Już w piątek rano sam Morawiecki i jego współpracownicy tonowali nastroje. Przekonywali, że stowarzyszenie jest gotowe współpracować z radą ekspertów, a jego działalność nie stoi w sprzeczności z członkostwem w PiS. Wypowiadał się tak np. Piotr Müller, który zapewniał, że nie usłyszał żadnych formalnych zarzutów wobec tej inicjatywy. W tym samym tonie sprawę komentował Krzysztof Szczucki, podkreślając, że Rozwój Plus ma działać na rzecz wzmocnienia Prawa i Sprawiedliwości, a nie jego osłabienia.Cel? Usunąć MorawieckiegoW sejmowych kuluarach mówi się jednak o innym scenariuszu: wszystko to jest – mówiąc kolokwialnie – „ustawką”. Plan miałby zakładać doprowadzenie do usunięcia Mateusza Morawieckiego z Prawa i Sprawiedliwości, bo jego dobrowolne odejście mogłoby zostać odebrane przez część elektoratu jako zdrada. Następnie – próbę budowy bardziej centrowej formacji, skierowanej do wyborców, dla których linia reprezentowana przez Przemysława Czarnka jest zbyt radykalna.Brzmi to spójnie, ale pozostaje pytanie o wiarygodność takiego projektu. Trudno wyobrazić sobie, by Mateusz Morawiecki, jako twarz dwóch kadencji rządów PiS, mógł w krótkim czasie skutecznie zdystansować się od tej formacji w oczach wyborców. Tym bardziej że, jak podkreślają politycy Konfederacji, w ich elektoracie należy on do najmniej lubianych polityków.Jedno jest pewne, napięcia w największej partii opozycyjnej nie znikną. A jeśli scenariusz z odejściem Morawieckiego i grupy jego współpracowników rzeczywiście się ziści, może to zachwiać pozycją PiS jako największej siły po stronie opozycji. Zwłaszcza w kontekście najnowszych badań opinii publicznej CBOS, które pokazują spadek poparcia dla tej partii poniżej psychologicznej granicy 20 procent (do 18,2 proc.)***W ubiegłą niedzielę na Węgrzech odbyły się wybory parlamentarne. Można śmiało powiedzieć, że były one przełomowe. Po 16 latach Węgrzy odsunęli od władzy Viktora Orbána, jednego z najbardziej prorosyjskich polityków w Europie. Wygrała partia TISZA, na czele z Péterem Magyarem.Ostatnie tygodnie przed wyborami upłynęły pod znakiem intensywnego zaangażowania nie tylko Rosji i Stanów Zjednoczonych, ale także części polskiej sceny politycznej, która otwarcie wspierała Orbána. W trakcie kampanii wokół Magyara krążyły liczne nieprawdziwe informacje, mające zdyskredytować go w oczach wyborców. Jedna z najbardziej absurdalnych dotyczyła rzekomego „upieczenia szczeniaka w mikrofalówce”. Co znamienne, ta fałszywa narracja była powielana także po wyborach przez niektórych polskich polityków, w tym Jarosława Kaczyńskiego. Problem w tym, że historia ta miała rzekomo pochodzić z autobiografii byłej żony Magyara, tyle że taka książka nigdy nie powstała.Zmiana władzy w Budapeszcie rodzi też bardzo konkretne pytania polityczne. Co dalej ze Zbigniewem Ziobrą i Marcinem Romanowskim, którzy od miesięcy przebywają na Węgrzech, unikając odpowiedzialności przed polskim wymiarem sprawiedliwości? Magyar jeszcze w kampanii zapowiadał, że jeśli wygra, ich sytuacja diametralnie się zmieni i tę deklarację podtrzymał już po wyborach.Scenariuszy jest kilka: od powrotu do Polski, przez próbę szukania azylu w innym kraju – niektórzy komentatorzy wskazują na Stany Zjednoczone, Radosław Sikorski w RMF FM przekonywał jednak, że USA nie mają w planach udzielenia azylu Zbigniewowi Ziobrze.Czytaj też: Kaczyński powielił fake newsa o Magyarze i jego psie. Teraz przeprasza***W piątek Sejm próbował odrzucić prezydenckie weto dotyczące ustawy regulującej rynek kryptowalut. Zgodnie z przewidywaniami, bezskutecznie.Przed głosowaniem odbyła się burzliwa debata. Sławomir Nitras mówił wprost o możliwych nieprawidłowościach i posłach PiS otrzymujących środki od podmiotów zainteresowanych brakiem regulacji rynku kryptowalut. Donald Tusk podkreślał związki sprawy z rosyjskimi pieniędzmi.Ciekawy był sam wynik głosowania. Część polityków PiS – w tym Jarosław Kaczyński – wstrzymała się od głosu. Premier Tusk skomentował to na platformie X: „Prezes Kaczyński i przewodniczący Błaszczak przestraszyli się prawdy o kryptoaferze PiS i nie zagłosowali za wetem prezydenta! Zostawili cały swój klub na spalonym”.Podczas późniejszej konferencji prasowej Tusk mówił jeszcze ostrzej: brak regulacji rynku kryptowalut to przestrzeń, którą mogą wykorzystywać rosyjskie wpływy do destabilizowania sytuacji w Polsce.Z kolei Jarosław Kaczyński, tłumacząc swoją decyzję, stwierdził, że osobiście jest zwolennikiem daleko idących ograniczeń, a nawet zakazu kryptowalut.Jedno jest pewne: rynek kryptowalut pozostaje w Polsce w dużej mierze nieuregulowany, a sprawa afery Zondacrypto pokazuje, jak łatwo w tej przestrzeni o nadużycia. Anonimowość transakcji i brak skutecznych mechanizmów kontroli sprawiają, że sektor ten może być wykorzystywany nie tylko do spekulacji finansowych, ale również do finansowania działań, które z bezpieczeństwem państwa mają niewiele wspólnego.