Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. Do niedawna określenia „doula” używaliśmy w stosunku do kobiet, które towarzyszyły innym kobietom w czasie porodów. Były takimi dodatkowymi, wynajmowanymi, „przyjaciółkami od porodów”. Doule nie muszą mieć wykształcenia medycznego, chodzi o to, by umiały i fizycznie, i psychicznie wspierać kobiety w ciąży, a także, co najistotniejsze, w czasie porodu i w pierwszych chwilach opieki nad noworodkiem. Od niedawna, przynajmniej w Polsce, mówi się także o „doulach umierania”, albo inaczej „doulach końca życia”. Choć z profesją – czy w ogóle tematem „dobrego umierania” – oswaja nas w Polsce niestrudzenie Instytut Dobrej Śmierci zajmujący się edukacją o śmierci i żałobie, to być może – za sprawą Nicole Kidman – idea zdobędzie kolejny „level” społecznego zainteresowania.Jak opisują amerykańskie media, Kidman w czasie wystąpienia na Uniwersytecie San Francisco wyznała, że poczuła potrzebę dowiedzenia się więcej o doulach towarzyszących umierającym po tym, jak we wrześniu 2024 zmarła jej 84-letnia mama.– Kiedy moja mama odchodziła, była samotna (…). Razem z siostrą mamy dzieci, kariery i wiele obowiązków, a jednocześnie chciałyśmy się nią opiekować, zwłaszcza że naszego ojca już nie było. Wtedy pomyślałam: „Chciałabym, żeby istnieli ludzie, którzy mogliby po prostu być obok, bezstronnie, i zapewnić wsparcie oraz opiekę” — wyznała gwiazda. Dodała też, że chęć zostania doulą umierania to „część jej rozwoju”.Na śmierć nie ma dobrego momentu Ten fragment wystąpienia aktorki jest istotny z wielu powodów. Raz, że siła rażenia takiej deklaracji jest ogromna, wszak chyba na całym świecie za sprawą Kidman mówi się teraz o doulach umierania, czyli – na co liczę – o tym, jak cały proces odchodzenia może/powinien wyglądać. Dwa, być może przypadkowo, ale Kidman mogła ulżyć tym, którzy żyją z poczuciem winy, bo nie było ich przy śmierci najbliższych Albo, z najróżniejszych powodów, nie mogli towarzyszyć w ich chorobie. Sama przyznała się bowiem, że śmierć mamy „zastała ją” w momencie, gdy i zawodowo, i prywatnie w jej życiu – przepraszam za to uproszczenie – dużo się działo. Właśnie. Bo ze śmiercią w ogóle często bywa tak, że nie ostrzega o swoim nadejściu, nigdy nie ma na nią „dobrego” momentu i nie każdy może wziąć urlop od życia, by należycie śmierć kogoś najbliższego przeżyć.Czytaj też: Komu w Polsce przeszkadzają dzieci? „Nie przesadzaj, nie maż się, siadaj – nie umiesz”I w końcu, po trzecie, bardzo pokrzepiające jest to, że gwiazda tego formatu, zamiast na kurs „jak być lepszą wersją siebie w 10 krokach”, o którym opowiadałaby później w wywiadach tygodniami (albo lepiej w mediach społecznościowych, by móc zostawić kod zniżkowy na taki kurs dla swoich followersów), zdecydowała się podjąć tak ważny społecznie temat.W mojej opinii o godnym umieraniu wciąż mówi się za mało. W wielu miejscach jest ono po prostu niemożliwe, bo – pierwszy lepszy przykład – polskie szpitale często nie przewidują ani pokoi pożegnań, ani czasem pożegnań w ogóle. Oczywiście inaczej jest w hospicjach lub gdy pacjent jest pod opieką hospicjum domowego, ale spójrzmy prawdzie w oczy – pacjenci często nie dożywają momentu, w którym na wsparcie takiej placówki mogliby liczyć. Rodziny, w całym tym procesie umierania osoby im bliskiej, często są pozostawione bez jakiegokolwiek wsparcia, ich emocje często nie są dostrzegane, uznawane, czy jak to się dzisiaj mówi „zaopiekowane”. Bywa też tak, że najbliżsi paliatywnie chorego, nie mogą liczyć na choćby godzinę wytchnienia, a przecież – wie to każdy, kto doświadczył podobnej sytuacji – koszt emocjonalny, ale też fizyczny bycia opiekunem osoby umierającej jest czasami trudny do udźwignięcia.W końcu są osoby samotne, czasem nawet z wyboru, dla których obecność osoby wyspecjalizowanej w towarzyszeniu w chorobie i umieraniu, spoza grona najbliższych, mogłaby być zbawienna. I pewnie, że sporym ograniczeniem w wielu dramatycznych sytuacjach mogą być finanse, bo przecież to działa trochę tak jak opłacanie prywatnej położnej w czasie porodu w publicznej placówce, ale być może, gdy osób decydujących się na taką profesję będzie po prostu więcej, kwestie finansowe nie będą barierą nie do przeskoczenia. Bardziej boję się o bariery mentalne, bo trzeba pamiętać, że w wielu sytuacjach takie doule umierania musiałyby działać na terenie szpitalnych oddziałów. A tam na pewno potrzebna jest edukacyjna praca do wykonania, zmiana sposobu myślenia, większa otwartość, czy po prostu „najzwyklejsza” empatia. Być może wyznanie Kidman będzie jej sprzyjać.Czytaj też: Dzieci vs. całe zło tego świata. „Moje pokolenie miało szczęście”