Niższe dochody, niższe emerytury. Kontrowersyjne? Być może. W rachunku ekonomicznym trudno jednak o inną konkluzję. Na nowych obywatelach budżet zyskuje więcej niż oddaje. Dlatego kryzys demograficzny może sprawić, że zabraknie pieniędzy na emerytury. W tym przypadku Polska nie jest zieloną wyspą. Tak jak większość krajów Unii Europejskiej zmaga się ona z dużym spadkiem urodzeń.Według danych Rządowej Rady Ludnościowej w 2024 roku ubyło prawie 157 tys. Polaków. Na pierwszy rzut oka rozwiązanie wydaje się proste – więcej dzieci. Jednak dziecko to nie tylko radość dla rodziców i wartość społeczna, ale też konkretne koszty. Jakie? Powiedzieć, że duże, to za mało.Z szacunków Centrum im. Adama Smitha wynika, że w 2025 r. utrzymanie jednego dziecka do osiemnastego roku życia kosztowało średnio 358 tys. zł, czyli ok. 1659 zł miesięcznie (raport „Inwestycje w wychowanie dzieci 2025”). I może ta kwota nie wydaje się ogromna, ale obejmuje głównie wydatki podstawowe.– Prawie dziewięćdziesiąt procent inwestycji w wychowanie dziecka stanowią koszty wyżywienia, mieszkania, transportu, edukacji i opieki zdrowotnej – wyjaśnia Andrzej Sadowski, prezydent Fundacji Centrum im. Adama Smitha. To pokazuje, że zaufanie rodziców do oferty państwa z roku na rok maleje. Choć publiczna edukacja i opieka zdrowotna są bezpłatne, rodzice i tak wydają pieniądze na korepetycje i prywatne wizyty lekarskie. Widać to szczególnie wśród zamożniejszych rodzin. Według danych CBOS, aż 73 proc. rodziców dopłaca w bieżącym roku szkolnym za zajęcia pozalekcyjne. To najwyższy wynik od 1998 r. (CBOS (2024), Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2024/2025).Ale to tylko część nakładów. Statystyki nie obrazują „niewidzialnych” kosztów, jak czas, który rodzice poświęcają dzieciom, czy utracone możliwości posiadania lepiej płatnej pracy. Może właśnie dlatego aż 20 proc. badanych twierdzi, że nie chce mieć dzieci, bo ich na to nie stać (raport „Inwestycje w wychowanie dzieci 2025”).– Przewidywalność pracy i jej bezpieczeństwo to jedna z najważniejszych przesłanek decyzji o dzieciach – zauważa Andrzej Sadowski.Czytaj też: Polska gotowa na zmianę waluty? „Im dalej od euro, tym większe ryzyko kryzysu”Niższe dochody, niższe emeryturyKoszty rodzicielstwa nie kończą się jednak na etapie wychowania. Odbijają się także na emeryturach, zwłaszcza kobiet, a szczególnie tych, które urodziły więcej niż jedno dziecko.– Urodzenie i wychowywanie dzieci wiąże się z przerwami w aktywności zawodowej czy okresowym jej zmniejszeniem, co zazwyczaj prowadzi do obniżenia dochodu osiągniętego w cyklu życia – tłumaczy prof. Marek Kośny z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu i ekspert Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”.Ma to wpływ na oszczędności emerytalne. Niższe dochody oznaczają bowiem niższe składki i mniej kamyczków do emerytalnego koszyka. Jeśli więc patrzeć tylko na wysokość emerytury, bardziej opłacałoby się pracować niż mieć dzieci. A może być jeszcze gorzej.– Przy niskim wieku przejścia na emeryturę i wydłużaniu trwania życia, w praktyce emerytury kobiet będą coraz niższe – duża część kobiet będzie otrzymywać minimalne świadczenia – przestrzega prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak, dyrektorka Instytutu Statystyki i Demografii SGH i przewodnicząca Rządowej Rady Ludnościowej. – Rodzi to ryzyko ubóstwa starszych kobiet. W zakresie polityki emerytalnej widać wyraźnie tendencje wyrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Polska pozostaje jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym wiek emerytalny kobiet i mężczyzn jest różny – dodaje.Czytaj też: „Coś było nie tak”. Klinika pomyliła nasienia przy metodzie in vitroPaństwo zarabia na dzieciachRachunek wygląda jednak zupełnie inaczej z perspektywy państwa. Ile wart jest jeden obywatel dla krajowego budżetu, policzył dla TVP.Info Eryk Szmyd, analityk XTB. Ekspert zastrzega jednak, żeby do kalkulacji podchodzić z dużą rezerwą, bo oparto je na danych statystycznych i wielu uproszczeniach. Daje jednak pewien obraz budżetu państwa.Jak szacuje analityk, przeciętny Polak w ciągu całego swojego życia oddaje do fiskusa ok. 3,5 mln zł. Ta kwota nie pochodzi jednak z jednego źródła. Żeby zrozumieć, skąd się bierze, trzeba ją rozłożyć na czynniki pierwsze. Ekspert oparł swoje obliczenia na prostym scenariuszu. Przeciętny Polak zarabia średnią krajową – obecnie 9 000 zł brutto (dane z sektora przedsiębiorstw) – i pracuje nieprzerwanie przez 40 lat. Państwo pobiera z takiego wynagrodzenia około 35% w formie składek ZUS i podatku PIT. Po czterdziestu latach kariery będzie to więc łącznie 1,8 mln zł.– Co istotne, te założenia nie przewidują podwyżek czy inflacji w międzyczasie, zatem na kalkulację tego typu powinniśmy brać tym większą poprawkę – zastrzega Eryk Szmyd. – Ale przecież to nie wszystkie podatki, jakie płacimy – uzupełnia. Bo koszty pracy to tylko część wspomnianych 3,5 mln zł. Kolejna partia wędruje do budżetu państwa prosto z naszych kieszeni. Państwo uczestniczy bowiem także w naszych wydatkach. W cenach, które płacimy na co dzień, zawarte są różne podatki, takie jak VAT i inne daniny.– Jeśli zsumujemy składki na ubezpieczenia, podatki dochodowe, VAT, akcyzę oraz inne opłaty, okazuje się, że wspomniane 1,8 mln zł to tak naprawdę około połowa całkowitej kwoty, jaką obywatel przekazuje państwu – mówi Eryk Szmyd. Zatem niemal drugie tyle, ok. 1,7 mln zł, dokładamy do publicznej kasy na co dzień, kupując produkty, usługi oraz poprzez opłaty lokalne.Jednak jak każdy zysk, także i ten wymaga pewnego wkładu. Zatem zanim nasze pieniądze zaczną płynąć do wspólnego budżetu, państwo musi najpierw w nas zainwestować. Ile? Jak wylicza analityk, edukacja podstawowa, średnia i wyższa (statystycznie uwzględniona dla 40 proc. społeczeństwa) to koszt około 0,5 miliona złotych. Jeśli doliczymy do tego 800 plus, dopłaty do żłobków oraz wydatki na infrastrukturę, kwota ta wzrasta do 0,8 miliona złotych. Nadal dużo mniej niż 3,5 mln zł.Rachunek zysków i strat wydaje się więc prosty.– Państwo notuje około 3 złote przychodu podatkowego z każdej złotówki wydanej na dziecko, zanim uwzględnimy jego emeryturę – kwituje Eryk Szmyd.Jest jedno zastrzeżenie. Inwestycja państwa w dzieci zwraca się tylko wtedy, gdy dorosły już obywatel pracuje i płaci podatki w kraju. Jeśli emigruje, owoce jego pracy przejmuje inna gospodarka. Według danych GUS, na koniec 2024 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 1 mln 499 tys. Polaków.Czytaj też: Wypalony jak rodzic. „Wszystko kręci się wokół dzieci”Zabraknie na emerytury?To jednak nie koniec tego rachunku, bo państwo nie tylko na nas zarabia, ale także wypłaca nam później nasze emerytury. Dlatego w związku ze spadkiem urodzeń rodzi się obawa, że na świadczenia emerytalne może zabraknąć pieniędzy. Starszych osób przybywa bowiem szybciej niż tych aktywnych zawodowo. Przyjrzyjmy się liczbom.W 2023 r. około 16,3 mln pracujących utrzymywało 8 mln emerytów. W uproszczeniu emeryturę jednego seniora finansowały więc dwie osoby pracujące. W ciągu jednego roku Fundusz Ubezpieczeń Społecznych wypłacił na emerytury ok. 320 mld zł. Wynika z tego, że jeden pracujący przekazuje ok. 20 tys. zł rocznie na jednego emeryta.– Zatem jeżeli obywatel pracuje 40 lat, a na jednego pracującego przypada ok. 20 tys. wydatków emerytalnych rocznie, to w całej karierze zawodowej na emerytury łoży ok. 800 tys. złotych – wskazuje Eryk Szmyd. To niewiele więcej niż przeciętna całkowita emerytura jednego seniora. Średnio wynosi ona ok. 40 tys. zł rocznie, co przy 18 latach jej pobierania daje ok. 720 tys. zł na osobę.W praktyce oznacza to, że jeden pracownik finansuje na przestrzeni swojego życia zawodowego jedną przeciętną emeryturę. Mniej urodzeń to zatem mniej takich „sponsorów” i brak miliardów złotych na emerytury obecnych 30- i 40-latków.Jak mówi prof. Kośny, najprawdopodobniej państwo będzie musiało do emerytur dopłacać. A skoro tak, to będzie potrzebowało na to środków. Znajdzie je w naszych kieszeniach, podnosząc podatki. Konsekwencją będzie spowolnienie gospodarcze.– Spadek wielkości populacji, a dokładnie udziału osób, które opłacają składki, niekoniecznie musi jednak oznaczać brak czy nawet ograniczenie wypłacalności systemu – pociesza prof. Kośny. – Wiele zależy od stopnia zaawansowania gospodarki, na przykład automatyzacji i robotyzacji, ale także chęci aktualnie pracujących do ponoszenia dodatkowych kosztów utrzymania systemu emerytalnego – dodaje.Ekonomista zwraca uwagę na jeszcze jedno. – Jeden złoty dzisiaj i jeden złoty za rok to nie jest to samo. Zatem, mimo że teoretycznie na naszym koncie emerytalnym odkładane są środki, które powinniśmy otrzymać w przyszłości jako świadczenia emerytalne, ich względna wartość ma – w dużej mierze – charakter umowny – zauważa.Czytaj też: Dzieci vs. całe zło tego świata. „Moje pokolenie miało szczęście”