Zapiekanki, kiełbasa na tacce i paszteciki. Przysmakiem, którego degustacja była obowiązkowym punktem programu podczas wycieczek do Warszawy, była bułka z pieczarkami. W Szczecinie rarytasem były słynne paszteciki, a zapiekanki, z których słynął krakowski Kazimierz, jedzono w całej Polsce. Fast food czasów PRL wcale nie był taki ubogi. Śmiało można stwierdzić, że wszystko zaczęło się od…kiełbasy. Ta z wody, podawana z kromką chleba, bułką oraz dodatkami w postaci musztardy czy kiszonego ogórka, serwowana była na festynach, pochodach i potańcówkach. Stała się stałym elementem takich świąt jak 1 maja czy 22 lipca.Choć „rozsławił” ją PRL, tak naprawdę już przed wojną była „szybkim daniem” na ciepło. Przepisy na nią można było znaleźć zarówno w przedwojennych książkach kucharskich, jak i też w menu restauracji tamtych czasów.„U mnie gorące, u niej śmierdzące”, czyli plastikowe sztućce i pyzyWróćmy jednak do epoki PRL-u. Wspomniana kiełbasa z wody albo rożna serwowana była na papierowych tackach, a od pewnego momentu także z plastikowymi sztućcami, które klienci „małej gastronomii” owijali w papierowe serwetki i zabierali do domu. – To była nie tylko „nowinka techniczna”, ale też jeden z tzw. przydasiów, który – podobnie jak torebki po cukrze – zawsze mógł posłużyć nawet kilka razy – wspomina Krzysztof Porśniak, który w latach 70. serwował kiełbasę z rożna na pochodach z okazji 1 maja.„U mnie gorące, u niej śmierdzące” – takie hasło reklamowe można było wiele razy usłyszeć w czasach PRL-u na słynnym bazarze Różyckiego w Warszawie. Podobnie jak kiełbasa, tak i pyzy znane były podniebieniom mieszkańców stolicy i innych miast, jeszcze przed wojną. Gotowano je w kuchniach znajdujących się w pobliżu „Różyka” mieszkaniach, jeszcze ciepłe można było kupić od sprzedawczyń, których miejscem pracy był... wyłącznie stołek. – Chętny dostawał porcję prosto spod wielkiej chusty. To był sposób na to, by nie stygły. Często serwowano je w szklanych słoikach. Podobnie jak flaki. Chociaż te można było także kupić w punktach handlowych dużych miast – mówi Wojciech Przylipiak, autor książki „Kelnerki, barmani, wodzireje. Jak obsługiwaliśmy klienta w PRL”.Bułka z pieczarkami, czyli „must have” wycieczki do stolicy„Mała gastronomia” zaczęła powoli nabierać kolorów w latach 60. To wtedy pojawił się polski odpowiednik hot-doga, bez którego żadna wycieczka do Warszawy, a już na pewno na stołeczną Starówkę, nie była uznawana za zaliczoną. Mowa rzecz jasna o kultowym fast foodzie czasów PRL-u, który przetrwał do dziś, czyli bułce z pieczarkami. Dlaczego z grzybami, a nie parówką, jak przystało na hot-doga? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Zdobycie parówek w tamtych czasach graniczyło z cudem. A jeśli nawet się udało, to kończyły tak, jak to miało miejsce w kultowym filmie Stanisława Barei „Miś”. Z tą jedynie różnicą, że „parówkowych skrytożerców” nie wystawiano na publiczne potępienie, bo zazwyczaj palce w tym maczali wszyscy pracownicy danego przybytku gastronomicznego, którzy zdobyczne wędliny dzielili między siebie.Czytaj też: Największa atrakcja imprez w PRL. Bareja „uwiecznił” ją w serialuMniejszym problemem było zdobycie cebuli oraz pieczarek. W restauracji „Murzynek” na Starym Mieście w Warszawie, oprócz bułki z pieczarkami, można było można również skosztować bułki z farszem jajecznym.Paszteciki ze Szczecina z sowieckiej maszynyPierwszy bar samoobsługowy, który co prawda jeszcze klasycznym fast foodem nie był, został otwarty 6 czerwca 1962 roku. Nosił nazwę „Frykas” i mieścił się w stołecznym „Supersamie”. Serwowano tam kaszankę na gorąco i pieczone kurczaki. W 1969 roku w Szczecinie zaczęto podawać sprzedawane do dziś paszteciki szczecińskie. „Matką” ich nazwy była technolog żywienia Bogumiła Polańska, która kierowała tym lokalem.Do Społem z sowieckiego demobilu trafiła maszyna do przemysłowego wyrobu „pierożków” z ciasta drożdżowego. Ważyła ponad tonę i potrafiła wyprodukować w godzinę 600 sztuk tego przysmaku. Pierwszy lokal z pasztecikami szczecińskimi mieścił się przy al. Wojska Polskiego, w pawilonach naprzeciw kina „Kosmos”, wyburzonych w połowie lat 70. Na przełomie 1973 i 1974 roku bar z pasztecikami otworzył się przy ulicy Ks. Kard Wyszyńskiego 10 (do 1981 – ul. Wielka). Działa do dziś.Zapiekanka z „niewiadówki” dzięki gierkowskiej „swobodzie”Kolejny etap rozwoju małej gastronomii przypadł na czasy rządów Edwarda Gierka. – To właśnie wtedy stały się popularne kolejne dania. Sprzyjało temu uchylenie drzwi do świata znanego poza granicami kraju, także jeśli chodzi o gastronomię i handel. Mam na myśli otwarcie rozlewni Pepsi i Coca-Coli w Polsce – zwraca uwagę Wojciech Przylipiak.„Prywaciarze” mogli otwierać swoje małe lokale, czyli wszelkiego rodzaju budki, okienka z jedzeniem czy słynne przyczepy kempingowe. Zanim dostali zielone światło, wcześniej wszelkie tego typu biznesy zrzeszało najczęściej Społem. Nie oznaczało to rzecz jasna tego, że nagle w małej gastronomii przestało brakować składników. Problemy wciąż były. Klienci, poza tym, że skarżyli się na małą powierzchnię takich miejsc i wydobywające się z nich zapachy, narzekali również na braki w menu.W swojej książce Wojciech Przylipiak wspomina o kierowniku baru „Paweł” przy Placu Komuny Paryskiej (obecnie Placu Wilsona) w Warszawie. Serwował on tak wymyślne potrawy jak pizza po florencku i wenecku, parówki po kanadyjsku czy specjał warszawski, którym były parówki z boczkiem i pieczarkami. Gdy brakowało parówek, podawał potrawy z jaj albo kiełbasę z rusztu.Gierkowska „swoboda” wprowadziła modę na jeszcze jedno uchodzące za kultowy fast food PRL danie. Mowa rzecz jasna o zapiekankach. Ciekawostką jest, że nazywane „wycieczkowymi kanapkami” zapiekanki pojawiły się już wcześniej w polskiej kuchni. Dowodem na to może być przepis z „Przekroju” zamieszczony w wydaniu z 25 lipca 1966 roku. Redaktor Jan Kowalski radził m.in. by długą bułkę przeciąć na pół, wybrać z niej miękki środek a we wgłębieniu ułożyć farsz z bryndzy roztartej z masłem lub margaryną, do tego pokrojoną w drobną kostkę kiełbasę, trochę świeżego ogórka oraz pomidora. Na noc wsadzić do lodówki, a jeść pokrojoną w plasterki.Jak zespół Depeche Mode polską zapiekankę zjadłFanami polskich zapiekanek stali się w 1985 roku członkowie grupy Depeche Mode. Jak wspominał ich polski opiekun, nieco obawiał się, że do koncertu nie dojdzie, ale jak mówił „Martin Gore był bardzo zadowolony, zjadł i powiedział, że czuje się świetnie”.Zapiekanki – poza słynnymi okienkami – serwowane były głównie z „niewiadówek”. To słynne przyczepy kempingowe, a wśród nich „królowa” – N126 z zakładu w Niewiadowie, skąd wzięła się ich nazwa. W PRL produkowano ich 2,5 tysiąca sztuk miesięcznie, ale popyt był zawsze większy. – Bywało, że w ciągu dwóch dni do dystrybutora przyczep w Warszawie wpływało nawet 30 tysięcy zgłoszeń chętnych na taki mobilny dom lub bar – wyjaśnia Wojciech Przylipiak.„Niewiadówki” były ciasne, latem było w nich bardzo gorąco, dlatego też logistyka przygotowywania sprzedawanego w nich jedzenia wyglądała tak, że właściciele nocami gotowali ogromne garnki farszu, by w przyczepie tylko go podgrzać i położyć na bagietce. Z „niewiadówek” często serwowano również takie dania jak kiełbasa z grilla, kaszanka na gorąco, cebularze czy krakowska maczanka, którą dziś nazwalibyśmy po prostu hamburgerem.Pierwszy kebab i pizza PRLW 1973 roku przy ulicy Królowej Jadwigi w Sopocie otworzył się pierwszy kebab. Miejsce to nie przetrwało. Z kolei pierwsza pizza zaserwowana została w Słupsku. Otwarcie punktu gastronomicznego, który był i do dziś jest częścią baru mlecznego „Poranek”, było wydarzeniem. W „Głosie Koszalińskim” opisywano dokładnie, jak wygląda ten smakołyk „zapożyczony z włoskiej kuchni”. „Konsumenci, a zwłaszcza panie, chwalą ten przysmak” – pisał dziennikarz. Dziennie, jak podkreślił, wydawano około 300 porcji.– Drożyzna panuje w punktach małej gastronomii. Ceny potraw są odwrotnie proporcjonalne do ich jakości – mówił reporter „Dziennika Telewizyjnego” w 1987 roku. W samej tylko Warszawie było wówczas 50 punktów małej prywatnej gastronomii. Gdy skończył się PRL, mała gastronomia nie upadła, wręcz przeciwnie – zaczęła rozwijać się jeszcze bardziej. Nie tylko po polsku, ale też po amerykańsku czy azjatycku. Ale to już kolejny rozdział historii polskiej gastronomii.Czytaj też: „Ten kierowca fajny chłop, co popiera autostop”. Kultowe zjawisko PRL