Nie ma ciała. Rafał Ł. ps. Adidas, ważny podejrzany m.in. w sprawie pobicia rosyjskiego dysydenta Leonida Wołkowa, zmarł w tajemniczych okolicznościach podczas wycieczki do Azji – ustalił portal TVP.Info. 50-letni gangster miał umrzeć na zawał serca i zostać skremowany. Przez to śledczy z mazowieckich „pezetów” nie mają materialnego dowodu, że „Adidas” rzeczywiście jest martwy. Ta historia zaczyna się w burzliwych polskich latach 90. Wtedy to Rafał Ł. ps. Adidas (rocznik 1974) związał się z gangiem Marka Cz. ps. Rympałek, który w połowie lat 90. był jednym z najgroźniejszych w centralnej Polsce. A na pewno w stolicy, mając powiązania z „Pruszkowem”, któremu nie chciał się do końca podporządkować. „Rympałek” pojawił się na scenie warszawskiego półświatka w połowie 1994 roku, gdy do więzienia trafił Andrzej Kolikowski ps. Pershing. Objął wtedy kontrolę m.in. nad „żołnierzami” ożarowskiego bossa i stał się jednym z przestępczych liderów stolicy. Grupa Marka Cz. przebojem wdarła się do kronik kryminalnych. Na początku 1995 roku w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego członkowie gangu sterroryzowali dwóch policjantów i ukradli im radiowóz. Niedługo potem bandyci napadli na autokar z wycieczką jadącą do Turcji. W czasie rabunku, rodem z hollywoodzkich westernów, napastnicy postrzelili kierowcę i zrabowali pasażerom pieniądze oraz kosztowności. Ale prawdziwą „sławę” przyniosły grupie „Rympałka” dwa napady. Do pierwszego doszło 17 lipca 1995 roku. Wtedy to bandyci przygotowali zasadzkę na jednego z biznesmenów. Gdy mężczyzna wychodził z banku, został sterroryzowany karabinem maszynowym, który jeden z napastników ukrył w dziecięcym wózku. W listopadzie tego samego roku gang wszedł do historii polskiej kryminalistyki, napadając na konwój wiozący pieniądze dla ursynowskiego ZOZ-u. Media nazwały ten skok kradzieżą stulecia, bo łupem napastników padło ponad 1,2 mln zł. Gang „Rympałka” rozbito w 1996 roku, a dwa lata później jego członkowie zostali skazani. „Adidas” odpowiadał przed sądem razem z większością bandy. Przyznał się do nielegalnego posiadania broni i kradzieży Mercedesa spod brazylijskiej ambasady. Czytaj także: Policjanci z CBŚ zatrzymali „Adidasa”Zniknięcie na Heathrow Dalsze losy Rafała Ł. nie były znane, aż do jesieni 2006 roku. Wtedy to brytyjskie media doniosły o tym, że 12 października tegoż roku na lotnisku Heathrow „polski gangster” uciekł dwóm nowozelandzkim policjantom eskortującym go do Polski. Pracowałem wówczas w „Życiu Warszawy” i udało mi się ustalić następujące okoliczności tego incydentu. „Adidas” „zgubił” się, gdy był prowadzony do samolotu lecącego do Polski. Z informacji, jakie miał rzekomo przekazać kompanom w Polsce, wynika, że podczas kilkunastogodzinnego lotu zaprzyjaźnił się z konwojentami i razem pili alkohol. Potem łatwo mu było zmylić czujność zmęczonych i skacowanych stróżów prawa. Ponoć gangster pierwszy przeszedł przez jedną z bramek i zniknął w tłumie. Dziennik „The New Zealand Herald” informował wówczas, że Rafał Ł. został zwolniony w październiku z zakładu karnego w Nowej Zelandii, zaledwie trzy i pół roku po skazaniu na 12 lat więzienia za udział w przemycie 4 kg amfetaminy o wartości 4 milionów dolarów na początku 2000 roku. Były członek gangu „Rympałka” miał działać z dwoma innymi Polakami: Janem Andrzejem P. i Maćkiem K. Wedle gazety, w 2001 roku „Adidas” został zatrzymany i zwolniony za poręczaniem. Zniknął z Nowej Zelandii, po tym jak zdjął bransoletkę dozoru elektronicznego, którą musiał nosić w związku zastosowaniem wobec niego aresztu domowego. Gangster wpadł dwa lata później w Nowym Jorku. I wrócił do Nowej Zelandii. Po odsiedzeniu części kary, resztę wyroku miał odbyć w ojczyźnie. Jak się okazało, wrócił do kraju. W sierpniu 2012 roku został zatrzymany przez funkcjonariuszy CBŚP w Bydgoszczy. Wpadł na parkingu w centrum miasta. Był kompletnie zaskoczony. Miał przy sobie dowód osobisty i prawo jazdy wystawione na inne nazwisko. Okazało się, że Rafał Ł. był od 2005 roku poszukiwany listem gończym przez Sąd Okręgowy w Warszawie za niestawienie się do odbycia kary. Czytaj także: Buenos Aires, Wilno, Bydgoszcz. Jak argentyńska policja pomogła polskim służbomPo nitce do kłębka Na ponad dekadę Rafał Ł. zniknął z kronik kryminalnych i zainteresowania polskich służb. Okazało się, że nie zrezygnował jednak z przestępczego rzemiosła. A gdy znów zaczęło być o nim głośno, to przy bardzo poważnej sprawie. A wszystko zaczęło się od pobicia w Wilnie Leonida Wołkowa, jednego z byłych liderów założonej przez Aleksieja Nawalnego Fundacji do Walki z Korupcją (FBK). Nawalny zmarł w lutym 2024 roku w kolonii karnej, otruty neurotoksyną pozyskaną ze skóry południowoamerykańskiej żaby. Wołkow został zaatakowany 12 marca 2024 roku przez dwóch zamaskowanych osobników, gdy podjechał samochodem pod dom. Napastnicy spryskali go gazem i kilkanaście razy uderzyli młotkiem w ramię i nogę. Wołkow powiedział po ataku, że było to „charakterystyczne pozdrowienie od Putina”. Śledczy też podejrzewają, że zlecenie na Wołkowa przyszło z Kremla. Litewska policja szybko ustaliła podejrzanych, analizując nagrania z monitoringów i logowań telefonów. Okazali się nimi dwaj kibole Legii Warszawa: Igor C. i Maksymilian K. ps. Kruszynka. Dziesięć dni po ataku litewski sąd wystawił za nimi Europejski Nakaz Aresztowania, a 3 kwietnia obaj zostali zatrzymani. Nie przyznali się i odmówili składania wyjaśnień. Tego samego dnia zatrzymano Grzegorza D. ps. Waliza. Swój pseudonim miał zawdzięczać ukryciu ciała zabitej przezeń osoby do walizki. Odsiedział za to morderstwo 15 lat. Z ustaleń ABW i Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej prowadzącej polskie śledztwo w sprawie pobicia Wołkowa wynikało, że ma on związek z atakiem w Buenos Aires we wrześniu 2023 roku na żonę Maxima Mironowa, związanego z FBK rosyjskiego opozycjonisty. W telefonie „Walizy” znaleziono usunięty film, na którym idzie za kobietą z wózkiem i krzyczy: „Olla, stay away from Russia! (Cześć, trzymaj się z dala od Rosji)”. Po czym uderza ją w twarz. To była żona Mironowa. Grzegorz D. szybko podjął współpracę ze śledczymi. Powiedział, że do tej roboty zwerbował go Rafał Ł. ps. Adidas. Miał za nią dostać 15 tys. złotych. Stwierdził, że najpierw zadzwonił przez domofon do mieszkania Mironowów i wygłosił swoją kwestię o trzymaniu się z dala od Rosji. Powiedział o tym „Adidasowi”, a ten po jakimś czasie kazał mu fizycznie zaatakować Rosjan, co też zrobił. – Tylko zamarkowałem cios. To było dotknięcie w policzek – tłumaczył „Waliza” prokuratorom. Czytaj także: Zatrzymano podejrzanych o pobicie rosyjskiego opozycjonisty. To obywatele Polski [WIDEO] „Adidas” się otwiera ABW zatrzymuje więc Rafała Ł. Ten, choć jest gangsterem starej szkoły, to jednak na wieść, że mógł się wplątać w aferę kryminalno-szpiegowską, decyduje się na współpracę z organami ścigania. Mówi dużo i staje się bardzo ważnym „elementem” śledztwa. Choć oczywiście trochę umniejsza swoją rolę. Wyjaśnia, że zgłosił się doń Marek K. z warszawskiej Pragi (śledczy określają go jako człowieka mającego dobre kontakty w półświatku) i zaproponował mu 20 tys. złotych za polecenie do Argentyny i postraszenie Mironowa. „Adidas” dotarł do Buenos Aires, ale po sprawdzeniu policyjnym na lotnisku cofnięto go do kraju. Wtedy zlecił tę robotę „Walizie”. Kolejną „robotą” od Marka K. było pobicie Leonida Wołkowa, podczas jego wizyty w Nowym Jorku w listopadzie 2023 roku. „Adidas” poleciał do USA, ale niedługo przed atakiem został skontrolowany przez policjantów i zdecydował się odpuścić. Rafał Ł. wyjaśniał, że poznał Białorusina Viktara P. (szemranego biznesmena, skazanego za wyłudzenia VAT i pranie pieniędzy), z którym współpracował Marek K. Okazało się, że wszystkie zlecenia, pochodziły od niego. Gangster uznał, że nie potrzebuje pośrednika i będzie bezpośrednio współpracować z P. Wyznał śledczym, że przyjął kolejne zlecenie na Wołkowa. Najpierw miał ustalić adresy wszystkich osób powiązanych z FBK. Potem przyszło poważniejsze zadanie. Miał pojechać do Wilna i porwać Wołkowa, a potem przekazać go innym osobom, które kutrem dostarczyłby dysydenta do Rosji. „Adidas” nie był w ciemię bity. Uznał, że gdyby to zrobił, to zapewne niedługo potem zostałby zlikwidowany. Zgodził się jednak na zorganizowane pobicia Wołkowa. Wybrał do tej akcji, wspomnianych już wcześniej kiboli Legii. A ci zadanie wykonali. Czytaj także: Koordynator z KGB i chuligani Legii. „Raport specjalny” o ataku na WołkowaBiałoruski vatster i rosyjski azylant Dzięki wyjaśnieniom „Adidasa” zatrzymano Viktara P. W 2022 roku dziennikarz Piotr Pytlakowski ujawnił w „Polityce”, że jest on synem oficera białoruskiego KGB i to on miał stworzyć w Polsce siatkę wyłudzającą zwrot podatku VAT. Z jego ustaleń wynikało, że grupa wyłudziła 58 mln złotych, a wyprała ok. 500 mln złotych pochodzących z różnych przestępstw. Początkowo P. do niczego się nie przyznawał. Ale potem zaczął składać bardzo obszerne wyjaśnienia. Wskazał, że on też był tylko pośrednikiem, a zlecenia na Mironowa i Wołkowa pochodziły od Anatolija B., urodzonego w Rosji prawnika, który ma azyl polityczny w Polsce. Ten z kolei miał współpracować z Leonidem N. (byłym wiceprezesem Jukosu, związanym z Michaiłem Chodorkowskim, skonfliktowanym ze środowiskiem dawnych współpracowników Aleksieja Nawalnego). Wyjaśniał, że B. zlecił także zniszczenie w Wilnie kontenera z repliką izolatki Nawalnego, obrzucenie jajkami współpracownika opozycjonisty, Iwana Żdanowa w Genewie czy zakłócenie spotkania Wołkowa w Berlinie. Białorusin twierdził, że N. uznał, iż ludzie z FBK negatywnie opisują go w internecie. Za pobicie Wołkowa miał przez Anatolija B. oferować 50 tys. euro. Jego zdaniem „Adidas” ustalił adresy biura i domu dysydenta i miał podpiąć nadajnik GPS pod jego samochód. Za pobicie Wołkowa, Rafał Ł. miał zażyczyć sobie 25-30 tys. euro. Gdy zadanie zostało wykonane, gangster przesłał mu SMS-a o treści: „Pozdrowiony”. Z ustaleń mazowieckich „pezetów” wynika, że „Adidas” miał przekazać kibolom Legii telefon z wizerunkiem Wołkowa. Viktar P. twierdził, że za akcję w Wilnie musiał zapłacić Rafałowi Ł. 60 tys. złotych ze swoich pieniędzy, bo Anatolij B. zwlekał z dostarczeniem mu gotówki. Opowiedział także o spotkaniu z mec. Olgą J., obrończynią „Adidasa”, do którego doszło po ujęciu gangstera przez ABW. Miano tam omawiać próby załatwienia poręczenia majątkowego za Ł. oraz same powody zatrzymania. Adwokatka twierdziła później, że rozmowa dotyczyła kwestii obrony jej klienta. Ostatnio Anatolij B. został oskarżony o popełnienie pięciu przestępstw, w tym zlecenia ataków na Wołkowa i Mironowa oraz zniszczenia repliki izolatki Nawalnego. Przyznał się tylko do nakłaniania do oblania Mironowa śmierdzącą substancją. Zaprzeczył, aby finansował ataki na ludzi związanych z FBK Czytaj także: Prawnik z azylem politycznym oskarżony o kierowanie pobiciem Leonida WołkowaTajemnicza śmierć w Azji Jak już opisaliśmy, „Adidas” odegrał bardzo ważną rolę w śledztwie. Zapewne dzięki temu dość szybko odzyskał wolność. I wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Jak ustalił portal TVP.Info, gangster miał wybrać się na wycieczkę do Azji wraz ze znaną warszawską adwokatką. W kwietniu 2025 roku do mazowieckich „pezetów” wpłynęła informacja, że Rafał Ł. podczas tych wojaży nagle zmarł na serce. Nasi informatorzy twierdzą, że miało to mieć miejsce w Wietnamie. Gdy śledczy zaczęli sprawdzać te informacje, okazało się, że wystawiono formalny akt zagonu na nazwisko gangstera. Wynikało z niego, że po śmierci przeprowadzono kremację zwłok Rafała Ł. – Formalnie musimy przyjąć, że rzeczywiście nie żyje, bo świadczą o tym oficjalne dokumenty. Nie ma ciała, więc nie możemy przeprowadzić ekshumacji, aby to potwierdzić. Tyle tylko, że nie możemy wykluczyć, że ta śmierć „Adidasa” została sfingowana. Dla ludzi mających pieniądze załatwienie fikcyjnego aktu zgonu nie jest problemem. Na wszelki wypadek sprawdzamy operacyjnie, czy nasz klient gdzieś się nie pokaże – mówi portalowi TVP.Info jedna z osób związanych ze sprawą. Pozostaje jeszcze kwestia wyjaśnień „Adidasa”. Wiadomo, że mogą być teraz podważane przez obrońców osób, które obciążył. Tym bardziej, że nie ma możliwości, aby przed sądem wyjaśnić ewentualne rozbieżności. Śledczy z mazowieckich „pezetów” twierdzą jednak, że zebrali bardzo obszerny materiał dowodowy, potwierdzający słowa Rafała Ł. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że wspomniana wcześniej obrończyni gangstera, Olga J. jest jedną z podejrzanych w sprawie korupcji i handlu narkotykami na terenie aresztu na warszawskiej Białołęce. Do sprawy zatrzymano w 2020 roku wierchuszkę gangu mokotowskiego, która odbywała tam wyroki lub czekała na koniec procesu. A także trzy adwokatki m.in. pod zarzutami wnoszenia na teren jednostki narkotyków i telefonów. Wśród nich była Olga J. W 2021 roku mazowieckie „pezety” przedstawiły jej zarzut prania pieniędzy. Śledczy twierdzą, że Sebastian L. ps. Lepa, uważany za jednego z najważniejszych bossów gangu mokotowskiego, przekazał pani mecenas ponad 1,26 mln złotych. Adwokatka miała kupić za te pieniądze na siebie cztery mieszkania w Warszawie, w tym np. lokal na Saskiej Kępie. Niestety, zdążyła przed zatrzymaniem sprzedać dwa z nich. Olga J. nie przyznała się do zarzucanych jej czynów. Po jakimś czasie sąd uchylił jej zakaz wykonywania zawodu i wróciła do pracy. Czytaj także: Adwokatka wyprała 1,2 mln zł „oszczędności” lidera gangu mokotowskiego