Felieton o rodzinach patchworkowych. Niektórzy wręcz w sportowym wymiarze potrafią zmieniać swoim dzieciom ciocie i wujków – powiedziałam z przekonaniem w czasie podcastowej rozmowy z Martą Kądzielą, psycholożką i psychotraumatolożką. Słuchając już nagranego podcastu uznałam, że to moje stwierdzenie jest – jak na mnie – ekstremalnie konserwatywne. Ale tak, taka jest prawda. Tak czuję i ze stwierdzenia się nie wycofuję, mimo totalnej akceptacji dla zmieniającego się świata i międzyludzkich relacji uważam, że wielu układając swoje życiowe puzzle od nowa, zapomina o dzieciach. Zresztą to ekspertka, moja gościni, pierwsza zwróciła uwagę na ten problem, nie wywołałam go sama, nie czekałam na moment, by móc wygłosić tę swoją konserwatywną opinię.– Bardzo dużym błędem jest wprowadzanie partnera, partnerki do rodziny, kiedy ja jeszcze nie jestem pewna, nie jestem pewien, że to jest na pewno ten partner, ta partnerka, kiedy jest za wcześnie – powiedziała Marta Kądziela.– Jak mam oczekiwać, że mój syn będzie traktował poważnie macochę, jeśli to jest 16. w tym roku. Dziecko rozumie, że to jest pani, od której można zbierać zabawki, ale absolutnie nie należy się nią przejmować, bo… będzie następna. W jaki sposób dziecko ma ją szanować, jak ona ma zbudować relację z tym dzieckiem? – dodała. – Tacy rodzice zostawiają dziecko z przekonaniem o tym, że tak się buduje związek. Przecież to my modelujemy zachowania naszych dzieci – podkreślała psycholożka i psychotraumatolożka, która także stworzyła patchworkową rodzinę i została dzięki temu macochą dla syna swojego partnera.Czytaj także: Komu w Polsce przeszkadzają dzieci? „Nie przesadzaj, nie maż się, siadaj – nie umiesz”Jak temu zaradzić? Zapytana, jak w takim razie nie popełnić błędu, nie wprowadzić nowego partnera czy partnerki zbyt wcześnie, odpowiedziała: – Ten moment jest inny dla każdej pary, ale to powinno nastąpić, kiedy już wiem, że to nie jest podryw, chwilowa fanaberia, ale chcę próbować z tym człowiekiem być na dobre i na złe. Że jestem gotowa na pracę, by ten związek był trwały. I ta druga osoba też jest gotowa. Umówmy się, związki to jest robota i to ciężka.Jednak rozmowa, w mojej opinii tak ważna w związku z galopującymi zmianami społecznymi (ostatnie oficjalne dane mówią o ponad milionie patchworkowych rodzin w Polsce, zatem kilku milionach osób żyjących w takich relacjach), dotyczyła nie tylko kwestii odpowiedniego „tajmingu” przy wprowadzaniu nowych partnerów do „rodzin”. Dotyczyła także trudności, które w ogóle towarzyszą zszywaniu patchworkowych rodzin, a o których po prostu nie myśli się, gdy piorun sycylijski zwala nas z nóg, gdy poznajemy nową, wyjątkową osobę i myślimy o niej w kategoriach „partner” lub „partnerka” na całe życie. Chodzi o konieczność ustalenia pewnych reguł funkcjonowania, oczekiwań, wspólnej wizji, zanim… będzie za późno, bo emocje i uczucia wykreują wizję wspólnego „zestarzejmy się” bez względu na wszystko wokół.– Nie znam ani jednej rodziny patchworkowej, która by to zrobiła – tak o konieczności ustalenia tego, co komu w duszy gra i jakie są oczekiwania względem drugiej połówki – mówiła Kądziela. – Kiedy budowałam swój patchwork też tego nie zrobiłam. Nam się udało dziką pracą, szczęściem i na pewno wysiłkiem wszystkich stron – dodała, podkreślając, że patchworkowe rodziny „rozpadają się” dość często.Jest jeszcze coś z tej omawianej tu rozmowy, co ze mną zostanie na dłużej. – Jeżeli mamy faceta, ojczyma, który wspólnie ze swoją partnerką wychowuje jej dzieci, wszyscy patrzą na niego, jak na superbohatera. Bo odebrał „nie swoje” dzieci z przedszkola, o rany, jaki wspaniały. A z kolei jeśli kobieta „współwychowuje” dziecko partnera, od razu pojawiają się komentarze, że „rozbiła mu rodzinę”, albo „zabiera dziecko matce”. Mój gabinet bardzo często odwiedzają macochy, które muszą bez przerwy udowadniać, że są bezpieczne dla dzieci swoich partnerów – zauważyła ekspertka, a ja sobie pomyślałam, że bardzo podobnie jest – w ogóle – z niedocenianiem matczynego zaangażowania i gloryfikowaniem ojcowskiego. Czy przypadkiem nie rozczulają nas zbytnio tatusiowie, którzy „dzielnie”, wręcz bohatersko, z dzieckiem na rękach stają w kolejce do kasy? Albo z maluchem idą (sami!) do lekarza? A może podejmują wyzwanie samodzielnego wyjazdu na wakacje? I czy mama z dwójką dzieci u boku, realizująca te same cele, działa na nas podobnie? No właśnie.Czytaj także: Kiedy prywatne wyznania gwiazd mają sens?