Wspomnienie legendy. „Wymagajcie od siebie, choćby inni od was nie wymagali” – słowa Jana Pawła II były dla Jacka Magiery kompasem moralnym. Gdy rozmawiał o piłce, o taktyce i kopaniu w tę i z powrotem mówił najmniej. Najważniejszy i najciekawszy zawsze był dla niego człowiek. Piłkarze czuli, że jest jednym z nielicznych, który widzi w nich coś więcej. W świecie futbolu strasznie łatwo komuś podpaść. Trenerzy denerwują piłkarzy, piłkarze trenerów, jedni i drudzy potrafią do szewskiej pasji doprowadzić kibiców, którzy sami siebie też przecież nienawidzą. A są jeszcze dziennikarze: jak się któryś na kogoś uprze, jak weźmie w obroty, to nawet seria zwycięstw czy fantastycznych meczów nie odwróci uwagi od minimalnych choćby potknięć. W świecie futbolu: prostym, krzykliwym, często wulgarnym, Jacek Magiera operował inną walutą. Szacunkiem. Zaufaniem. Niby to takie proste, niby oczywiste, ale nawet największym zdarzają się momenty słabości. O każdym można powiedzieć: „tak, ale…”. Gdyby zapytać o Magierę, żadnego „ale” nigdy nie było.*Nie był wielkim piłkarzem. Nie ma co zbędnie mitologizować: grał jako boiskowa „szóstka”, przecinak, który ma przede wszystkim zabrać piłkę, a potem – jeśli Bóg da – podnieść głowę i zrobić z nią coś względnie pożytecznego. No i robił. Przez ponad dekadę: najpierw w Rakowie, potem w Legii, gdzie dorobił się statusu legendy.„Legendarny” był też jego stosunek do zawodu. Do kariery. Gdy inni grali w karty albo kończyli trzecie piwo, „Magic” namiętnie czytał książki. Pasjonował się historią, w rodzinnej Częstochowie zrobił nawet dyplom. Gdy wysiadał z klubowego autokaru, chłonął architekturę miasta. Godzinami rozprawiał o powstaniach narodowych. Cieszył się jak dziecko, gdy tylko ktoś chciał słuchać. Potrafił przekląć. Podnosił głos. Nie był święty, nic z tych rzeczy. Ale na pewno był nieco inny. *Inteligentny, wykształcony… Nic dziwnego, że gdy w 2006 roku kopnął piłkę po raz ostatni, chwilę później dołączył do sztabu szkoleniowego Legii. Został jednym z asystentów Dariusza Wdowczyka. „Jacek Magiera wzmocni sztab trenerski I zespołu i będzie odpowiedzialny zarówno za rozwój sportowy, jak i wychowawczy młodych zawodników naszego klubu” – czytamy w komunikacie z grudnia 2006 roku.Długo i cierpliwie przygotowywał się do nowego zawodu. Podglądał Zielińskiego, Białasa, Skorżę czy… Urbana. Dopiero po dekadzie zdecydował, że pójdzie „na swoje”. W Zagłębiu Sosnowiec radził sobie na tyle dobrze, na tyle obiecująco, że w 2016 roku Bogusław Leśnodorski sięgnął do kieszeni, przelał prawie 400 tysięcy złotych i ściągnął Magierę z powrotem do stolicy.Ostatni polski trener w Lidze MistrzówTrenerem Legii został w ciekawym momencie. Besnik Hasi chwilę wcześniej wywalczył co prawda awans do Ligi Mistrzów, pierwszy od 20 lat, ale że klub wygrał tylko 5 z 18 meczów pod jego wodzą, w gabinetach przy Łazienkowskiej zdecydowano, że potrzebny jest nowy impuls. Zwłaszcza po haniebnym 0:6 z Borussią Dortmund na własnym stadionie. Ten impuls, ale i niezbędny spokój, miał dać właśnie Magiera: człowiek w stolicy doskonale znany, szanowany, którego zatrudnienie ucieszyło i kibiców, i piłkarzy.Już wtedy dał się poznać jako człowiek, dla którego najważniejsza jest rozmowa. Bardziej wychowawca niż trener. Trafił do niełatwej grupy, pogrążonej w małym kryzysie. Dźwignął wyzwanie, które przed nim postawiono. Po miesiącach spędzonych z krzykaczami, ludźmi porywczymi, nieobliczalnymi, Magiera był dla Legionistów oddechem ulgi. Przywrócił piłkarzom godność i przekonał, że stać ich na wszystko.Nie były to tylko puste słowa: to za Magiery Legia zremisowała z Realem Madryt (3:3), to za Magiery stoczyła niezwykły bój z Borussią na Signal Iduna Park (4:8). Nie brak takich, którzy uważają, że to on – nie Urban, Skorża czy Czerczesow – był najlepszym, co spotkało Wojskowych w tym stuleciu.*A jednak, pomimo wszystko, trudno nie odnieść wrażenia, że był przede wszystkim bardzo niedoceniany. Może dlatego, że po rozstaniu z klubem nigdy nie rozdzierał szat? Może dlatego, że nigdy nie pchał się na afisz? Z godnością przyjął zwolnienie z Legii, z którą przecież chwilę wcześniej zdobył mistrzostwo Polski. W kolejnych latach pracował z młodzieżą. To jego konik. Każdy nastolatek, który na początku z piłką trafił na Magierę, mógł czuć się szczęściarzem – nawet jeśli wtedy tak nie myślał. Młodym rozdawał swoją ulubioną lekturę: „Szczęście czy fart?” – bajkę o tym, że szczęściu można i trzeba pomóc. Wpajał wszystkim, że „piłkarzem się bywa, a człowiekiem jest”. I że są wartości wyższe i ważniejsze niż piłka nożna. Potrafił odesłać młody talent na trybuny, gdy ten miał słabe oceny w szkole. Tłumaczył, edukował, wyjaśniał, że kariera kiedyś się skończy, a nabytej wiedzy nikt nikomu nie zabierze.*Jeden z największych trenerskich sukcesów odniósł stosunkowo niedawno. W sezonie 2023/2024 przejął słabiutki, rozbity Śląsk Wrocław, z którym kilka miesięcy później cieszył się z wicemistrzostwa Polski. Ofertę Jana Urbana mógłby traktować jako degradację: sam przecież na pewno marzył o tym, by prowadzić pierwszą reprezentację. Propozycję przyjął jednak z pokorą. Podkreślał zresztą, że Urban jest jedną z niewielu osób, dla których chce i może pracować. Przebąkiwał o planach na przyszłość, marzeniach, ale przecież miał tu, nad Wisłą, projekt najważniejszy. Nie awansowaliśmy na mundial, ale Magiera pewnie myślał już o tym, jak zagramy w eliminacjach mistrzostw Europy. Miał 49 lat. Na pewno zostałby kiedyś selekcjonerem reprezentacji Polski. I na pewno wszyscy byśmy na tym bardzo skorzystali. Świat, nie tylko świat piłki, bez Jacka Magiery jest na pewno miejscem gorszym. Zobacz także: Polska piłka żegna trenera Magierę. Minuta ciszy przed meczami