Sojusz strachu. Ta historia to przykład współpracy i powiązań pomiędzy rządami uznawanymi za prorosyjskie. Obywatel Węgier pobity na proteście w Gruzji, przesłuchiwany w konsulacie własnego kraju i ostrzegany, że może „zniknąć” w gruzińskim więzieniu. Historia dziennikarza László Mézesa pokazuje, jak splatają się polityka, wpływy i strach przed niewygodnymi obywatelami. Dziś Tbilisi i Budapeszt łączy prorosyjskość schowana za maską obrony narodowych interesów. Dziennikarz pobity przez służbyWęgierski dziennikarz we wrześniu ubiegłego roku, podczas antyrządowego protestu w gruzińskiej stolicy, został brutalnie pobity przez ludzi z otoczenia partyjnego, rządzącego Gruzją Gruzińskiego Marzenia. Doznał złamania palca i ran wymagających szycia. Trafił do szpitala. „Część z nich została już zidentyfikowana jako członkowie partii, inni to kierowcy posłów tej partii” – relacjonuje dziennikarz.To celowe działanie gruzińskich służb, mające na celu zastraszenie demonstrantów. Strategia jest prosta: zamaskowani funkcjonariusze lub po prostu osoby związane z partią z impetem wpadają w tłum ludzi, a następnie chwytają przypadkowe osoby. Część z nich zatrzymują, wobec części stosowana jest przemoc fizyczna. My, jako korespondenci Telewizji Polskiej, brutalnie się o tym przekonaliśmy w grudniu 2024 roku, kiedy relacjonowaliśmy zamieszki po rzekomo sfałszowanych wyborach w Gruzji.Problem w tym, że László w proteście uczestniczył jako dziennikarz. Całą sprawę, wspólnie ze swoim prawnikiem, zgłosił do gruzińskiej prokuratury. Gdy śledztwo w jego sprawie utknęło, zwrócił się o pomoc do węgierskiego konsulatu. „Na początku grudnia, po uzgodnieniu tego z moimi prawnikami, napisałem do konsulatu Węgier, że moja sprawa w prokuraturze nie posuwa się naprzód” - relacjonuje dziennikarz.Konsulat w służbie partiiI tu przechodzimy do wydarzeń z konsulatu. Według relacji dziennikarza spotkanie, na które został zaproszony, przerodziło się w nieformalny rodzaj przesłuchania. Rozmowę prowadziła nieznana kobieta spoza oficjalnych struktur. Pytania dotyczyły jego życia prywatnego, finansów i kontaktów. Wielokrotnie sugerowano mu, że może zostać aresztowany, a nawet „zniknąć” bez śladu. Wszystko w obecności węgierskiej konsul.„Mniej więcej w połowie przesłuchania zapytała mnie, czy mam świadomość, że mogę zostać w każdej chwili uwięziony w Gruzji, podkreślając, że wynika to z mojej działalności dziennikarskiej. Ten wątek powracał wielokrotnie”. – relacjonuje László.Czytaj także: „Kocham Orbana”. Trump zdzwonił się z „węgierskimi patriotami”Zdaniem dziennikarza była to inicjatywa, tu cytat, reżimu Orbána. Ostatnie skandale na Węgrzech, pokazujące, jak wykorzystywane są służby specjalne przeciwko opozycji, Péterowi Magyarowi, a nawet dziennikarzom, tylko to potwierdzają.„Myślę, że po prostu znalazłem się na liście reżimu Orbána – konfrontowałem się z nim, a także wrześniowy incydent był dla nich bardzo niewygodny. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało nawet oświadczenie na mój temat dla mediów – co zdarza się niezwykle rzadko, bo zazwyczaj ignorują pytania dziennikarzy” – mówił.Jedno jest pewne: dziennikarz jest niewygodny zarówno dla rządzących w Tbilisi, jak i Budapeszcie.Gruzja obrała kurs na MoskwęFakty mówią same za siebie: w ciągu ostatnich dwóch lat liderzy gruzińskiej opozycji trafiali do więzień, część nadal tam jest. Relacje Gruzińskiego Marzenia z Unią Europejską całkowicie się załamały, praktycznie zatrzymując proces europejskiej integracji. Gruzińskie Marzenie najpierw, mimo masowych protestów, wprowadziło kalkę prawa z rosyjskiej Dumy – ustawę o zagranicznych agentach, która de facto likwidowała cały sektor organizacji pozarządowych i medialnych z pozagruzińskim kapitałem. Następnie pojawiły się zarzuty o sfałszowanie wyborów.Zarzuty o wyborcze fałszerstwoRelacjonując kampanię wyborczą i wieczór wyborczy w Gruzji, my – podobnie jak inni dziennikarze – bazowaliśmy na wynikach trzech niezależnych sondażowni, które dawały zwycięstwo proeuropejskiej opozycji. Zupełnie odwrotne wyniki zostały zaprezentowane podczas wieczoru wyborczego w luksusowym sztabie Gruzińskiego Marzenia.To wydarzenie miało realne konsekwencje, betonując scenę polityczną i wzmacniając władzę Irakliego Kobachidze, premiera, który dzięki wygranym wyborom mógł wskazać na prezydenta Micheila Kawelaszwiliego. W Gruzji, w ramach reformy konstytucyjnej z 2017 roku, zmieniono przepisy dotyczące wyboru prezydenta – nie wybiera go już naród, a kolegium elektorskie, czyli de facto rządząca większość.Kiedy Gruzję zalewały masowe protesty, a partnerzy z Zachodu wyrażali zaniepokojenie nieprawidłowościami wyborczymi, z politycznym wsparciem do Tbilisi przybył nie kto inny jak Viktor Orbán.Relacje między węgierskim Fideszem Viktora Orbána a Gruzińskim Marzeniem mają wyraźnie polityczny charakter i opierają się na wspólnych interesach oraz podobnym stylu rządzenia:• Obie partie stosują podobną retorykę antyliberalną i antyunijną, przedstawiając „Brukselę” jako zagrożenie oraz podkreślając suwerenność państwa.• Fidesz od lat buduje międzynarodowe relacje z ideologicznie zbliżonymi ugrupowaniami. W Gruzji przejawia się to m.in. obecnością ludzi z otoczenia Orbána (np. spin doctor Árpád Habony) i wsparciem politycznym.• Powiązania biznesowo-polityczne. Kręgi związane z węgierską władzą mają kontakty z gruzińskimi i międzynarodowymi biznesmenami – także w sektorze nieruchomości i inwestycji. Węgry prowadziły program „złotych wiz”; korzystali z niego m.in. biznesmeni powiązani z różnymi sieciami wpływu.• Wzajemna legitymizacja. Dla Gruzińskiego Marzenia Orbán jest ważnym partnerem w UE – kimś, kto publicznie wspiera Gruzję i jednocześnie potwierdza, że ich model polityczny ma odpowiednik w strukturach Zachodu.• Tło rosyjskie. Kluczowa postać, założyciel Gruzińskiego Marzenia, oligarcha Bidzina Iwaniszwili, dorobił się w Rosji i utrzymuje z nią powiązania biznesowe. Rosja miała też doradzać w sprawie prawa przygotowywanego w gruzińskim parlamencie. László Mézesa zdecydował się o pozostaniu w Gruzji i dalszym relacjonowaniu sytuacji społecznej i politycznej w kraju.Czytaj również: Wybory na Węgrzech pod znakiem zapytania. Rośnie liczba wyborców