„Weź dopytaj”. Felieton Natalii Waloch o Marcie Nawrockiej wywołał szeroką dyskusję w sieci, która – jak relacjonuje autorka – przerodziła się w zorganizowaną falę hejtu. O kulisach sprawy dziennikarka opowiedziała w podcaście „Weź dopytaj”. W marcu Marta Nawrocka udzieliła wywiadu stacji TVN24. Rozmowę szeroko komentowano, głównie krytycznie. Mówiono i pisano, że prezydentowa nie była przygotowana, nie miała wiele do powiedzenia, wytykano jej także brak obycia medialnego. Wśród krytycznych głosów znalazł się także ten dziennikarki Wysokich Obcasów, Natalii Waloch, która napisała między innymi: Pani Nawrocka nie jest osobą z mojej bajki politycznej, nigdy nie oczekiwałam, że jako pierwsza dama stanie mi się bliska albo będzie sojuszniczką moich interesów (...). Dziś niestety nie mam już żadnych złudzeń. Wywiadem w TVN24 potwierdziła przede wszystkim to, co wiele osób przeczuwało: że Pałac Prezydencki to za wysokie progi dla ludzi takich jak państwo Nawroccy. Nie da się tego katastrofalnego występu wytłumaczyć zdenerwowaniem. Tego rodzaju wywiady są nagrywane, pytania z góry znane, wreszcie nagranie można przerwać, by powtórzyć wypowiedź, która nie wyszła. Pani Nawrockiej nie wyszła jednak w zasadzie żadna wypowiedź - napisała. Określiła też Pierwszą Damę mianem „dziewczyny z blokowiska”. Fala hejtu i groźbyJak relacjonuje Waloch, w internecie zaczęto publikować jej zdjęcia i dane, podejmowano próby ustalenia adresu zamieszkania, a także rozpowszechniano fotografie jej dzieci. Pojawiły się również groźby karalne. Dziennikarka podkreśla, że skala i charakter tych działań znacząco wykraczały poza standardową krytykę, z którą osoby publiczne spotykają się na co dzień.„To nie była spontaniczna reakcja”Felieton Waloch poszedł szeroko: komentowano z prawa i lewa. Wylał się hejt, a jego skala skłoniła kierownictwo Wyborczej nie tylko do publicznego wyrażenia solidarności z Natalią Waloch, ale też do podjęcia kroków prawnych. Sprawa trafiła do prokuratury. Waloch: Nie wyobrażałam sobie, że w jednym zdaniu można zawrzeć tyle obelg - mówi dziennikarka. W sieci publikowano jej zdjęcia i dane, próbowano ustalić adres. Do internetu trafiły zdjęcia jej dzieci, a hejterzy skrzykiwali się, by ustalić adres. Były groźby karalne. - Mówimy o politycznie zorganizowanej fali nienawiści, nie o kilku wyzwiskach. Do hejtu, który trwa dzień czy dwa, jestem przyzwyczajona, jako kobieta funkcjonująca w sferze publicznej i często zabierająca głos często się spotykam - mówi publicystka dodając, że w tym przypadku skala była jednak (i wciąż jest) o wiele większa, a ataki na nią trwały tygodniami. - Kobiety hejtuje się inaczej. Mężczyźnie nikt nie powie, że jest starym, grubym impotentem, podczas gdy w przypadku kobiet ma miejsce seksualizacja: słyszymy, że jesteśmy stare, grube i niezaspokojone seksualnie - wyjaśnia Waloch. 5 marca wystąpiła w Parlamencie Europejskim, mówiąc o skali przemocy wobec kobiet w sieci. Czytaj też: (Nie)szczęśliwy jak Polak. Dlaczego radość przychodzi nam z trudem?