Wielu z nich nie ma żadnych szans na leczenie. Ahmed stoi przy szpitalnym łóżku chorego na raka brata. Abdel Rahman al-Nahhal, u którego nowotwór zdiagnozowano jeszcze przed wojną, ma zajęte węzły chłonne oraz przełyk i karmiony jest dojelitowo. – Przez to nie może przyjmować pokarmów i musi mieć podawane kroplówki, ale jego stan ciągle się pogarsza, bo nie jest poddawany żadnemu leczeniu. Każdego dnia jest coraz gorzej. Umiera na naszych oczach, na oczach swoich dzieci – mówi mężczyzna. – Jesteśmy w tragicznej sytuacji. Nigdy nie było tak źle, jak teraz – mówi Rami Maghdad, lekarz onkolog z międzynarodowego szpitala Al-Helou w północno-zachodniej części miasta Gaza. Wcześniej pracował w największym specjalistycznym szpitalu onkologicznym Turecko-Palestyńskiej Przyjaźni. Szpital był wyposażony w dwieście łóżek, cztery sale operacyjne i odział intensywnej terapii. Rocznie mógł przyjmować nawet 30 tys. pacjentów. W marcu 2025 roku placówka została całkowicie zniszczona przez izraelską armię. – Straciliśmy jedyne miejsce i sprzęt. Na ten moment są dwa miejsca zajmujące się chorymi na raka, nasze i w szpitalu Nassera – mówi.Według lekarzy, od początku wojny w Strefie Gazy liczba zgonów z powodu raka wzrosła trzykrotnie. Zniszczone szpitale, infrastruktura medyczna, blokada pomocy humanitarnej i leków, a także brak diagnostyki, chemioterapii i radioterapii sprawiły, że pacjenci nie są pooddawani leczeniu. Większość terapii jest praktycznie niedostępna, a brak jednego elementu leczenia powoduje, że cała procedura jest nieskuteczna.– Od ponad dwóch lat praktycznie jesteśmy odcięci od lekarstw, a jeśli chodzi o pacjentów onkologicznych, to te leki dostarczane są w najmniejszej ilości. Braki przekraczają ponad 90 procent. Jako lekarz potrzebuję ich, inaczej nie mogę ratować swoich pacjentów. Sytuacja jest absolutnie katastrofalna – mówi doktor Rami.Czytaj też: Setki ludzi umierają na oczach świata. „Wszyscy musimy o tym mówić”2,5-letnia dziewczynka walczy o życieOperacji i specjalistycznego leczenia potrzebuje 2,5-letnia Hour, u której zdiagnozowano nowotwór jamy brzusznej. Dziewczynka urodziła się 8 października 2023 roku, dzień po rozpoczęciu wojny. – Ze względu na ogromny napływ rannych do szpitali, od razu po porodzie lekarze powiedzieli nam, że będzie lepiej, jeśli żona wróci z nią do domu. Przez pierwszy miesiąc próbowała karmić córkę piersią, ale zobaczyliśmy, że źle się rozwija, nie rośnie i nie przybiera na wadze – mówi ojciec dziewczynki Sabir Al-Dawwas. Pochodzą z północnej Gazy. Kiedy sytuacja na północy zaczęła się pogarszać, rodzina uciekła na południe. – Musieliśmy, bo armia izraelska zrzucała bomby z białym fosforem. Mieliśmy problemy z oddychaniem, szczególnie córeczka, bo była bardzo mała. Kiedy jednak szukaliśmy pomocy w szpitalach, lekarze mówili, że brakuje sprzętu i nie mogą przeprowadzić jej kompleksowych badań. Na południu udaliśmy się do szpitala Nassera. Byli tam też lekarze z zagranicy. Powiedzieli, że trzeba jej zrobić rezonans, ale nie było takiej możliwości. W końcu zdiagnozowali u niej nowotwór – mówi ojciec.– Z tego, co mi wiadomo na całą Strefę Gazy mamy obecnie jedynie jeden rezonans, a jest on niezbędny w wykrywaniu wielu nowotworów. Najpilniej potrzeba radioterapii. Oczywiście operacyjnie usuwamy nowotwory, ale potem potrzebna jest chemioterapia i radioterapia, a tego po prostu nie ma – mówi doktor Maghdad, który leczy chorych na raka od dwudziestu pięciu lat i przyznaje, że to najtrudniejszy moment w jego zawodowej karierze.Bez przeszczepów i chemioterapii Według lokalnych organizacji około 11 tys. pacjentów w Strefie Gazy jest w tej chwili pozbawionych odpowiedniego leczenia nowotworowego i badań diagnostycznych. Pacjenci tłoczą się na korytarzach szpitali, w długich kolejkach czekają na leki, zabiegi a wielu z nich odsyłanych jest po prostu do domu.– Są nowotwory, których się nie operuje. Jak rak krwi, czyli białaczka. Potrzebne są przeszczepy szpiku, chemioterapia. Nic z tego nie ma. A przy tego typu nowotworach czas jest naszym największym wrogiem. Leczenie musi być wdrożone od razu. W innym wypadku choroba rozwija się błyskawicznie. Tacy pacjenci nam umierają – mówi doktor.Sytuacja Hour jest bardzo trudna. Rodzina często nie ma dla niej nawet środków przeciwbólowych. – Ostatnio też bardzo kaszle. Nie mamy leków. Kiedy ją coś boli, pokazuje nam to miejsce, płacze, ale co możemy zrobić? Czasem dostajemy od lekarzy specjalne środki przeciwbólowe dla dzieci, ale ich ciągle brakuje – mówi ojciec dziewczynki.Z powodu braku dostępu do profilaktyki i diagnostyki, pacjenci, którzy trafiają do szpitala, są często w zaawansowanym stadium choroby. – Oczywiście najczęstsze nowotwory to nowotwór piersi u kobiet, a u mężczyzn prostaty i jelita grubego. Nie różnimy się pod tym względem od reszty świata. Jednak w tych spartańskich warunkach diagnostyka bywa często trudna, dlatego pacjenci, którzy do nas ostatnio trafiają, wymagają natychmiastowego leczenia, bo ich zmiany są złośliwe. Każdego miesiąca trafia do nas około tysiąca osób z nowotworem. W szpitalu polowym leczymy około trzystu. To bardzo trudne, bo ciągle też mamy rannych – mówi doktor Maghdad.Rodzina Hour usłyszała, że w Gazie nie uzyska już dla córki pomocy. – Dla Hour ewakuacja medyczna oznacza życie – mówi ojciec dziewczynki. Jednak lista oczekujących jest długa. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na pilną ewakuację ratującą życie ze Strefy Gazy czeka obecnie ponad 18 tys. pacjentów, w tym 4 tys. chorych na raka, w stanie krytycznym, dla których nie ma już leczenia w Gazie. – Na ten moment chorych na nowotwór, którzy powinni wyjechać za granicę na leczenie, jest od 4 do nawet 5 tysięcy. Ubiegając pytanie o to, ilu osobom udaje się wyjechać na leczenie, odpowiadam – mniej niż palców u jednej dłoni – mówi doktor Mahgdad.Okno na światJednym oknem na świat jest dla Gazańczyków przejście graniczne z Egiptem w Rafah. To nim odbywa się ruch osobowy pacjentów czy pracowników humanitarnych. Zostało przejęte przez Izrael w maju 2024 roku i wtedy ewakuacje stały się praktycznie niemożliwe. Po zawarciu porozumienia o zawieszeniu broni, 1 lutego ogłoszono jego częściowe otwarcie, ale przebiegało wolno, a potem znów po rozpoczęciu wojny z Iranem 28 lutego, Izrael ogłosił jego zamknięcie, otworzył 19 marca, jednak ewakuacje nadal idą bardzo opornie.Od 19 marca, kiedy otworzono przejście w Rafah, do 2 kwietnia ewakuowano 82 pacjentów – podaje Światowa Organizacja Zdrowa; to zdecydowanie za mało. Zdarza się też, że Izrael zezwala na ewakuację pacjentów do Jordanii przejściem towarowym Kerem Shalom, ale to również niewielkie liczby. Według biura ONZ ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) do tej pory ponad 1,2 tys. pacjentów zmarło, czekając na wyjazd ze Strefy Gazy.– Po zawieszeniu broni obiecali wypuszczać z Gazy pięćdziesiąt osób dziennie, ale czasem wypuszczają 2-3. Czekamy, ale bez leczenia jest coraz gorzej – mówi ojciec Hour. Dziewczynka jest też słaba i niedożywiona, bo sytuacja rodziny jest bardzo trudna. – Nie mamy możliwości, by ją dobrze odżywiać. Najczęściej jemy ziemniaki. Czasem dostaniemy jakieś konserwy – mówi ojciec. Obecnie rodzina przebywa w Jarmuk. Żyje w obozie. Przesiedlona była trzy razy. Właściwie nie ma nic. Miejsce, w którym mieszka, jest prowizoryczne, a warunki fatalne. – Mamy nad sobą jedynie materiał. Nie chroni przed zimnem, w lecie jest ukrop. Chorujemy, mamy pasożyty, brakuje wody do mycia, nawet do picia. Żeby zdobyć wodę, musimy udać się w długą drogę, napełnić baniaki i je tu przynieść – mówi ojciec dziewczynki.Czytaj też: „Miliony dzieci zostały bez pomocy”. UNICEF alarmuje„Powinien być w szpitalu, a leży w namiocie”W podobnych warunkach mieszka rodzina Tihani Hamadan, której mąż Rabi al-Aqra choruje na nowotwór tarczycy, ma przerzuty. Raka zdiagnozowano u niego jeszcze przed wojną, w 2022 roku. Nowotwór był już wtedy w zaawansowanym stadium. – Posiadamy wszystkie dokumenty zezwalające na opuszczenie Strefy Gazy, ale mąż nadal czeka. Powinien leżeć w szpitalu, dostawać leki, a on leży tu w namiocie. Nawet materac, na którym śpi, jest prowizorką – mówi kobieta. Warunki, w których żyje rodzina, są niezwykle trudne. – Mamy brudną wodę, która nam szkodzi. Żeby ją zagotować, palę ogień, ale dym dusi mojego męża. Nie ma tu kanalizacji. Nie ma wywozu śmieci. Żyjemy na jednym wielkim wysypisku – mówi kobieta. Leczenia potrzebuje też córka, która ma cukrzycę. – Kiedy jest jedzenie, najpierw dajemy dzieciom. Kiedy nie ma, głodujemy wszyscy, ale córka potrzebuje odpowiedniego jedzenia i leków dla diabetyków – mówi Tihani.Jeszcze na początku wojny mąż Tihani otrzymywał leczenie w szpitalu w Beit Hanun. – Podawano mu jod i leki. W trakcie wojny przerwano – mówi Tihani. Szpital, w którym przebywał, został zbombardowany. – Przeniesiono mnie do innego szpitala, kiedy leżałem w śpiączce. Jak odzyskałem przytomność, zobaczyłem, że jestem w szpitalu Al-Shifa, ale też był bombardowany. Zauważyłem, że prawie nie ma tam lekarzy. Opuszczali szpital z pacjentami albo zostali zabici – relacjonuje Rabi.Rodzina pochodzi z Beit Hanun. Małżeństwo ma pięć córek i syna. – Mąż jest w ciężkim stanie. Byliśmy przesiedlani już kilka razy. Musieliśmy uciekać przez gruzy i zgliszcza, a mąż nie ma zupełnie siły. Ledwo chodzi, więc sama muszę go dźwigać. Najtrudniej jest, kiedy mąż zapada w śpiączki i nie mam go jak przenosić. Nie ma też karetek, więc nie mam jak zawieźć go do szpitala – mówi Tihani. Choroba przytłacza też Rabiego emocjonalnie.Przed wybuchem wojny stan Rabiego lekarze określali jako ciężki i rekomendowali wyjazd na odpowiednią terapię za granicę. – Przez brak leczenia pojawiły się przerzuty, a z powodu warunków, w jakich żyjemy, rozwijają się u niego inne choroby. Ma bardzo złe wyniki. Lekarze mówią, że mimo czterdziestu lat jego organizm jest jak u człowieka po sześćdziesiątym roku życia – opowiada kobieta. – Wszystkie badania, jakie w ogóle udało mi się zrobić w tych warunkach, pokazują tylko, jak mój stan się pogarsza. Przed chorobą byłem pracownikiem fizycznym. Podnosiłem 120 kilogramów. Teraz podniesienie dziesięciu jest niewykonalne. Nawet mówienie wymaga ode mnie wysiłku – mówi Rabi. Mimo trudnej sytuacji rodzina nie traci nadziei na ewakuację.Leków już prawie nie ma– Marzę, by dać szansę mężowi i naszym dzieciom. Potrzebują ojca, a on codziennie walczy ze śmiercią. Zrobiłabym wszystko, żeby go ewakuować, ale ta blokada to zwykłe bestialstwo. Umożliwienie wyjazdu chorym, rannym, uratowałoby wiele żyć. Ludzie umierają na ulicy, bo nie otrzymują leczenia – mówi Tihani.– Najpierw odebrano nam możliwość leczenia w domu (w Gazie), zniszczono szpitale, przez blokadę nie mamy leków, a teraz nie pozwala nam się wyjechać. W imieniu mojego brata błagam wszystkich: dajcie mu szansę się leczyć. Od ponad dwóch lat nie leczymy go niemal wcale – apeluje Ahmed al-Nahal.– Jedyną szansą na przeżycie dla Hour jest wyjazd. Wolałbym sam umrzeć niż widzieć moją córkę wymagającą pomocy i nie móc jej pomóc – mówi jej ojciec małej Hour.Na koniec pytamy doktora Maghdaba, ile zostało im jeszcze leków? – Proszę wybaczyć, że będę mówił cicho, ale nie chcę, by usłyszeli to pacjenci. Leków już prawie nie ma – odpowiada szeptem.Czytaj też: Druga faza rozejmu. Turcja chce szkolić nową policję w Strefie Gazy