Wyjaśnia lekarka Anna Sankowska-Dobrowolska. Tłuściochy, które są leniami, stwierdziły, że będą zabierać chorym ludziom lek, żeby się odchudzić – tonem ekspertki oznajmiła piosenkarka Doda, w czasie krótkiego wywiadu „na ściance”. Nie będę się pastwić nad dziennikarzami, którzy wpadają na pomysł, by pytać celebrytów o kwestie medyczne, ale chętnie odniosę się do prawdziwej epidemii fatfobii, która – mimo prowadzonej na szeroką skalę i przez obesitologów, i organizacje pozarządowe, kampanii edukacyjnej – wciąż ma się dobrze. A może nawet coraz lepiej, od kiedy do gry wkroczyły te „piekielne” zdaniem „znawców tematu z czerwonych dywanów” analogi GLP-1, które (o zdrozo!) pozwalają chorym walczącym z chorobą otyłościową się skutecznie leczyć. – Lepiej poświęcić trochę więcej czasu na dobrą dietę, na dobry sport. Ma się wtedy lepsze efekty na dłużej, nie wykańcza się organizmu, nie spala się tkanki mięśniowej, twarz dobrze wygląda – to kontynuacja wypowiedzi Dody, która zdaniem specjalistów leczenia otyłości jest po prostu stekiem bzdur. – Otyłość jest chorobą, mamy leki zarejestrowane typowo do leczenia otyłości, więc nikt nikomu nie kradnie leków. Na pani miejscu poświęciłabym więcej czasu na „doedukowanie” się w tym temacie niż na gadanie takich bzdur. Natężenie bzdur w tej krótkiej wypowiedzi mnie przerosło – odpowiedziała piosenkarce lekarka Anna Sankowska-Dobrowolska, obesitolożka, która od lat i w gabinecie, i w sieci, rozprawia się z mitami dotyczącymi otyłości.Najgorsze jest jednak to, że wcześniej w podobnym tonie wypowiedziała się m.in. modelka Joanna Krupa, a trenerka (tak, trenerka) Ewa Chodakowska także w czasie jakiegoś celebryckiego eventu, na „ściance”, postanowiła komentować kwestię stosowania popularnego leku „na odchudzanie”.Gdyby tego było mało, niech wisienką na torcie polskiej fatfobii będzie wypowiedź jednej z uczestniczek popularnego show (emitowanego w pewnej komercyjnej stacji), która do innej uczestniczki zwróciła się, mówiąc, że jest „słodkim pączuszkiem pierdzącym”, który „powinien pogodzić się z trenerem personalnym”. Tak, w programie kompletnie niepoświęconym aspektowi wagi, zdrowia, ciała, nieproszona, postanowiła uderzyć w przeciwniczkę, zadając cios poniżej pasa. Za co później niby przeprosiła, ale to było bardziej „sorry, not sorry”.Czytaj też: Dzieci vs. całe zło tego świata. „Moje pokolenie miało szczęście”Otyłość to choroba Przyznam, że bywam zmęczona ciągłą dyskusją na tematy oczywiste. Otyłość to choroba, wiem, bo na nią choruję. Leki są od tego, by ludziom chorym pomagać, a lekarze od tego, by właściwie je dobierać. Celebrytom nic do tego. Celebrytom ani nikomu innemu. Żaden „wujek dobra rada” ani ciocia na imieninach, żadna wścibska sąsiadka, czy kolega z pracy, nikt nie ma prawa oceniać metod leczenia zaordynowanych przez lekarza. Od leczenia są lekarze. Od komentowania spraw medycznych są lekarze, nikt inny. Żadna Doda, Krupa, czy Chodakowska.Zresztą już jakiś czas temu, w Światowym Dniu Walki z Otyłością, w mediach społecznościowych napisałam, że krew mnie zalewa, bo że wciąż stygmatyzuje się osoby żyjące z tą chorobą. Że niby więcej wiemy, niby czytamy, dokształcamy się, ale wciąż do wielu osób nie dotarło, że otyłość to choroba, którą – gdy trzeba – leczy się farmakologicznie, a czasem nawet operacyjnie. To żadne fanaberie, żadna droga na skróty. Wiem, co piszę.Sama otyła jestem od zawsze. Z momentami remisji. W podstawówce byłam najgrubsza w klasie, a teksty pt. „świnia”, „prosię”, „spaślak” słyszałam tak często, że po jakimś czasie przestały na mnie robić wrażenie. Rodzice podejmowali jakieś kroki, próby, pamiętam, ile razy wysłuchiwali od lekarzy, że „trzeba dziecko odchudzić”. Ale ostatecznie wiele nie wskórali. Dlaczego? Moim zdaniem głównie dlatego, że oprócz złotych rad pt. „musi mniej jeść i więcej się ruszać”, w rzeczywistości nie dostali żadnego wsparcia. Lata 90. A oni być może nie mieli narzędzi. I ja to rozumiem. Potem zachorował mój tata. Potworny stres, codzienne poranne sprawdzanie, czy jeszcze żyje, czy oddycha, czy kołdra się porusza. Nie było mowy o tym, by naszymi emocjami ktoś jakoś się zaopiekował. To był już koniec lat 90., ale z dziećmi o sprawach dorosłych się raczej nie rozmawiało. O tym, co przeżywają – pewnie też nie często. Więc ja sama zaopatrywałam te swoje rany, emocjonalny hardcore, cały ten strach… jedząc. Nie stygmatyzujmy otyłości Dziś już wiem, że tak się „regulowałam”. Że w świecie, który się chwiał non stop, jedzenie stanowiło swego rodzaju bezpieczną przystań. Aż w końcu przyszła trzecia klasa liceum. Kojarzycie te grube dziewczyny, których nikt na dyskotekach nie prosi do tańca? No właśnie. To ja marzyłam o tym, by przestać nią być, bo zbliżał się półmetek. Zaczęłam się odchudzać. Jadłam pewnie z 600-1000 kcal dziennie. Schudłam spektakularnie. Tak, że czasem ludzie nie rozpoznawali mnie na ulicy. Ważyłam najmniej w swoim życiu, jakieś 57 kg. Ale stając przed lustrem, wciąż widziałam grubaskę, świnię, spaślaka, balerona. Jakby nic się nie zmieniło… Jakoś tak żyłam, raz z kilkoma kilogramami na plusie, raz na minusie, aż przyszło samodzielne macierzyństwo. W ciągu dnia nie miałam czasu na jedzenie, za to wieczorami ono znowu dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Córka zasypiała, a ja mogłam jeść. Zamiast przytulenia, wsparcia, możliwości wymiany myśli z innym dorosłym, kochającym mnie człowiekiem, ja miałam miskę słodyczy albo kompulsywne wyjadanie lodówki. Dlaczego o tym piszę? Nie, nie tłumaczę się z kilogramów, nie usprawiedliwiam „lenistwa”, o które też przez wielu byłam podejrzewana. Ja po prostu chcę pokazać, że za każdym GRUBASEM stoi inna historia. I skończmy w końcu z tym ocenianiem, stygmatyzowaniem, wyśmiewaniem. Błagam!Czytaj też: Piotr Pręgowski mówi o walce o życie. Kiedy prywatne wyznania gwiazd mają sens?