Sowieci przywiązywali dzieci do czołgów

Przyjacielskie spotkanie żołnierzy sowieckich i niemieckich na polskiej ziemi (fot. PAP/CAF/Reprod. WFD)

Sowieccy żołnierze szturmujący Grodno w 1939 r. przywiązywali dzieci do czołgów, aby chroniły je przed kulami polskich obrońców miasta. Jeszcze w czasie walk, a zwłaszcza po ich zakończeniu, zaczęło się masowe mordowanie Polaków: głównie żołnierzy i harcerzy – tak wynika z akt śledztw prowadzonych przez białostockich prokuratorów IPN, do których dotarł dziennikarz tvp.info.

„Niezwyciężeni”. Wzruszający film o heroizmie Polaków

„Niezwyciężeni” to tytuł nowego filmu animowanego, który w cztery minuty przedstawia 50 lat heroicznej walki Polaków o odzyskanie wolności. Obraz,...

zobacz więcej

Po wkroczeniu wojsk sowieckich na tereny II Rzeczypospolitej, Armia Czerwona i komunistyczne bojówki zaczęły masowo mordować polskich żołnierzy, harcerzy i inteligencję. Oficerowie byli zabijani najpopularniejszą wśród czerwonoarmistów metodą: strzałem w tył głowy. Bywały przypadki, że rannym żołnierzom wydłubywano oczy lufami karabinów. „Normą” było masowe rozstrzeliwanie tych, którzy stawili opór najeźdźcom.

Dziennikarz portalu tvp.info dotarł do akt śledztw dotyczących zbrodni Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r. na terenie dawnego powiatu grodzieńskiego. Właśnie Grodno, bronione przez ok. 1000 żołnierzy oraz policjantów, harcerzy i cywilną milicję stało się symbolem oporu wobec Sowietów i krwawych mordów dokonanych przez najeźdźców. W aktach spraw prowadzonych przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku można wyczytać wstrząsające relacje świadków zbrodni Armii Czerwonej i wspierających ich komunistycznych band.

Walki o Grodno rozpoczęły się 20 września. Obrońcy miasta byli słabo uzbrojeni. Nie mieli wsparcia artylerii i dysponowali ledwie kilkoma działkami. W miarę zbliżania się Armii Czerwonej do Grodna w mieście zaczęły działać komunistyczne bojówki. Rotmistrz Narcyz Łopiański (z 2 szwadronu 101 pułku Ulanów) tak opisywał sytuację: „w pierwszych chwilach najbardziej nieprzyjemne było zachowanie się grup złożonych prawie wyłącznie z miejscowych Żydów. Szczególnie utkwiła mi w pamięci ul. Dominikańska, gdzie strzały padały nie tylko z broni ręcznej, lecz i rkm ustawionego na dachu oraz granatów ręcznych rzucanych z okien domów”.

Podobne zeznania złożyło jeszcze kilku mieszkańców Grodna. Twierdzili, że dywersantami byli młodzi komuniści. Helena Platt (w 1939 r. miała 16 lat) zeznała, że jej ociec Franciszek Zalewski, prowadząc oddział policji do kopania rowów przeciwczołgowych, został ostrzelany przez „młodych Żydów siedzących na dachu”. Kobieta podkreśliła, że w szpitalu rannego ojca uratował młody lekarz żydowskiego pochodzenia.

Z relacji mieszkańców Grodna wynika niestety, że we wrześniu 1939 r. stosunki między Polakami a Żydami były bardzo napięte. Zresztą z ustaleń władz sowieckich wynika, że w czasie walk o Grodno polskie oddziały militarne miały zastrzelić 25 osób narodowości żydowskiej. Polacy twierdzili, że walczyli z dywersantami, a władze okupacyjne, że był to pogrom.

Cios w plecy. 78 lat temu Sowieci zaatakowali Polskę

Półtora miliona żołnierzy, ponad 6 tys. czołgów i około 1,8 tys. samolotów – takie siły Armii Czerwonej wkroczyły 78 lat temu na teren...

zobacz więcej

Sowieci uderzyli głównie czołgami. Byli tak pewni szybkiego zwycięstwa, że maszyny posłano do boju bez osłony piechoty. Ten błąd wykorzystali polscy obrońcy, głównie harcerze. Siejące spustoszenie maszyny były atakowane koktajlami Mołotowa – butelkami po piwie wypełnionymi naftą lub benzyną. Metoda ta okazała się bardzo skuteczna. Pierwszego dnia spalono na ulicach Grodna od 4 do 8 czołgów. Wściekli Sowieci zaczęli, więc używać żywych tarcz do ochrony maszyn. 830 lat wcześniej na przełomie sierpnia i września 1109 r. wojska cesarstwa niemieckiego i księstwa czeskiego w podobny sposób chciały zdobyć Głogów, przywiązując dzieci obrońców do maszyn oblężniczych.

Jan Michalak (w 1939 r. mieszkał u wuja w Grodnie) widział „radziecki czołg jadący od pl. Batorego w kierunku ul. Orzeszkowej, na płycie czołowej którego był przywiązany młody człowiek”. Żywą tarczą był 13-letni Tadzio Jasiński, półsierota, syn służącej Zofii Jasińskiej, wychowanek Zakładu Dobroczynności. Świadkowie zeznali, że na widok dziecka przywiązanego do czołgu, w kierunku maszyny rzuciły się dwie kobiety Grażyna Lipińska (dyrektorka Zespołu Szkolnictwa Zawodowego, a później agentka wywiadu AK na Wschodzie) oraz młoda nauczycielka Danuta Bukowińska.

Lipińska tak opisywała zdarzenie w książce „Jeśli zapomnę o nich” „Nagła straszna wiadomość: Głogów! Na łbie czołgu rozkrzyżowane dziecko. Chłopczyk. (..) Krew z jego ran płynie strumieniami.(..) Z czołgu wyskakuje czarny tankista z browningiem, za nim drugi. Grozi pięścią, krzyczy, o coś oskarża nas oraz chłopczyka (..) Oczy chłopca pełne strachu i męki. Z bezgraniczną ufnością oddaje się nam (…) Uciekamy. Chłopczyk ma pięć ran od kul karabinowych. Chce mamy… Poszedł na bój, rzucił butelkę z benzyną na czołg, ale nie zapalił, nie umiał... Wyskoczyli z czołgu, bili, chcieli zabić, a potem skrępowali na czołgu. (…) Matka umierającego chłopca zrozpaczona i jednocześnie pobudzona czynem synka, szepce mu: Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Śpiewają..." – pisała Lipińska.

Tadzio Jasiński został zabrany do szpitala, do którego sprowadzono jego mamę. Mimo natychmiastowej akcji ratunkowej i transfuzji, dzielny chłopiec skonał na rękach swojej matki. Relację tę potwierdziła w 2005 r. przed prokuratorem Danuta Bukowińska mieszkająca w Argentynie. Według relacji innych świadków, podobnych żywych tarcz miało być w Grodnie jeszcze kilka.

Rosyjska prowokacja w Katyniu. Skandaliczna tablica przy polskim cmentarzu

Skandaliczna tablica pojawiła się w centralnej części cmentarza katyńskiego. Umieszczono na niej informację o czerwonoarmistach jakoby zamęczonych...

zobacz więcej

Zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich w Grodnie najeźdźcy zaczęli likwidować wszystkich, którzy stawili opór. – Na ul. Szczygła wyprowadzili kilku oficerów i zabili strzałami w tył głowy. Na pobliskie kartoflisko został wyprowadzony oficer. Klęczał i modlił się. Też został zabity – zeznawała Janina Markowska, która we wrześniu 1939 r. miała 18 lat. Inny świadek Krystyna Wanatowska zeznała, że po zajęciu miasta, Sowieci „zatrzymywali młodych ludzi, nawet w wieku szkolnym i na miejscu rozstrzeliwali”.

Nie wiadomo ilu dokładnie obrońców zginęło w samym Grodnie. Pewne jest, że najwięcej mordów popełniono poza miastem. Egzekucji dokonywano głównie na tzw. Psiej Górce (przed wojną w tym miejscu zabijano psy), gdzie między innymi zamordowano, co najmniej 20 uczniów broniących Domu Strzelca. - Zabójstw tych, oprócz żołnierzy Armii Czerwonej dokonywali także funkcjonariusze NKWD przy współpracy miejscowych komunistów, o narodowości białoruskiej, bądź żydowskiej – mówi Mariusz Filipowicz, historyk białotoskiego IPN, ekspert oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.

Na placu Skidelskim w Grodnie rozstrzelano dużą grupę młodzieży. W samym mieście grasowali także kryminaliści wypuszczeni z lokalnego więzienia. Za koszarami 76 pp na dzikim wysypisku śmieci sowieci zostawili zwłoki około 10 artylerzystów, zabitych strzałami w tył głowy. Mieszkanka Grodna Janina Lenik zeznawała: „widziałam, że w lasku tzw. „Poniemuń” leżało bardzo dużo trupów młodych podchorążych i uczniów gimnazjalnych, rozstrzelanych za to, że jakoby brali czynny udział w obronie Grodna” .

Równie dramatyczne zeznanie złożył Marian Nowicki mieszkaniec Pyszek koło Grodna. "Widziałem grupę powiązanych dzieci prowadzonych w kierunku zagajnika. mogły one być w wieku 10 – 15 lat. Te grupy liczyły po 15-20 osób, a prowadzono ich kilka (…) po pewnym czasie było słychać strzały. Prowadzeni harcerze już potem stamtąd nie wracali".

Przy jednej z ulic Sowieci podpalili dom, w którym mieszkał beznogi inwalida z matką. Oboje zostali wrzuceni do ognia przez sołdatów. Armia Czerwona korzystając z donosów i pomocy agentów komunistycznych chodzili pod domach polskich obrońców i albo zabijali ich na miejscu albo na ulicy. Wiele zwłok obrońców, często zmasakrowanych i zbezczeszczonych, leżało na ulicach do początku października.

Eksterminacja na rozkaz Stalina. 80 lat temu NKWD rozpoczęło „operację polską”

Równo 80 lat temu, 11 sierpnia 1937 roku, radzieckie NKWD rozpoczęło „operację polską”. Efektem zbrodniczej akcji wymierzonej w Polaków...

zobacz więcej

Sowieckie dowództwo było zaskoczone determinacją obrońców Grodna. W swoich meldunkach zaniżano liczbę ofiar najeźdźców a zabijanie jeńców, dzieci i cywilów usprawiedliwiano zaciekłym oporem. Wychwalając zabitych czerwonoarmiejców dowódcy posuwali się do absurdów: „Od kul wroga zginął komisarz batalionu zwiadowczego 27. brygady czołgów starszy oficer polityczny Kaźmin Paweł. Jego czołg był podpalony. Tow. Karmin okazywał bohaterski sprzeciw do ostatniej minuty życia”.

Pod niebiosa wychwalono towarzysza Polikarpa Grigorienko, komisarza 2 brygady czołgów. W meldunku napisano m.in., że przy jego udziale został schwytany generał Wilczyński, który „w trakcie zaciętego ataku przeciwnika został rozstrzelany”. Białystocki IPN prowadził śledztwo w tej sprawie. Z dokumentów wyraźnie wynika, że generał brygady Józef Olszyna-Wilczyński nie zginął w walce, ale został bestialsko zamordowany przez załogi dwóch sowieckich czołgów. Rankiem 22 września, generał razem z żoną Alfredą, adiutantem kpt. Mieczysław Strzemeskim oraz kierowcą ruszyli w kierunku litewskiej granicy. W pobliżu miejscowości Góra Koliszówka buickowi Olszyny-Wilczyńskiego zajechały drogę dwa czołgi. Generał został postrzelony w nogę.

Jego żona wspominała później, że do auta podbiegli sowieci i przyłożyli wszystkim do głowy granaty i karabiny. Potem kazali kobiecie iść do stodoły, w której zamknięto kilkanaście osób. Alfreda Olszyn-Wilczyńska opowiadała, że usłyszała strzały a po jakimś czasie sowiecki żołnierz, przyniósł do stodoły walizkę, obwiązaną sznurem generalskim. Kiedy kobieta wyszła z budynku, zobaczyła zwłoki swojego męża i jego adiutanta. Obaj zostali zamordowani strzałem w tył głowy.

Polacy dostali 2 procent z sumy odszkodowań dla ofiar III Rzeszy

2 proc. – tyle wynosi udział Polski w zadośćuczynieniu dla ofiar drugiej wojny światowej, wypłaconych przez Niemcy po 1945 roku – przypomina prezes...

zobacz więcej

Kiedy w 2003 r. prokuratorzy z IPN poprosili Prokuraturę Generalną Federacji Rosyjskiej o pomoc prawną w sprawie zabójstwa polskich oficerów, odpowiedź Rosjan była szokująca. Główna Prokuratura Wojskowa uznała, że nie może spełnić prośby polskich śledczych, ponieważ ci powołali się na Dekret z sierpnia 1944 r. o ukarania „faszystowsko-hitlerowskich przestępców (…) i ich sojuszników” i zakwalifikowali zbrodnię jako przestępstwo wojenne. „W czasie wydarzeń wymienionych we wniosku, a także i później, wojska Armii czerwonej nie mogły udzielić pomocy wojskom Niemiec nazistowskich lub ich sojusznikom w dokonywaniu przestępstw wojennych, w jakiej by to nie było formie, w tym także, biorąc udział w dokonywaniu zabójstw na ludności cywilnej Rzeczpospolitej Polskiej, żołnierzy i jeńców wojennych Polskiej Armii. Wobec przedstawionych we wniosku okoliczności żołnierze Armii Czerwonej mogli popełnić jedynie przestępstwa pospolite”.

Rosjanie uznali, że napadając we wrześniu 1939 r. na Polskę nie współpracowali z Hitlerem i nie planowali razem z Niemcami dokonywania zbrodni wojennych. Stwierdzili, że mordowanie polskich żołnierzy i cywilów kwalifikuje się jako przestępstwo pospolite, które uległy już przedawnieniu.

W identyczny sposób rosyjska prokuratura reaguje w większości próśb o pomoc w sprawie zbrodni wojennych dokonywanych przez Armię Czerwoną.

Zobacz więcej