Największa skala, te same błędy. Wojna na Bliskim Wschodzie toczy się w najlepsze. Stany Zjednoczone i Izrael uderzają w cele w Iranie, Teheran odpowiada w sposób rozproszony, ale uporczywy – atakując bazy i infrastrukturę w całym regionie. Trwa też walka o bezpieczeństwo żeglugi w cieśninie Ormuz, która stała się jednym z głównych pól tej wojny. Przyglądając się działaniom Amerykanów, widzimy, że Waszyngton reaguje, ale nie wyznacza kierunku. Kolejne uderzenia wyglądają raczej jak element bieżącej gry – odpowiedzi na ruchy Iranu i jego sojuszników – niż realizacja spójnego planu polityczno-wojskowego. Nie chodzi już o to, czy USA są w stanie zniszczyć wybrane cele – to pozostaje poza dyskusją. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, co miałoby być miarą sukcesu.Koniec na własnych warunkachCzy celem jest ograniczenie zdolności Iranu do projekcji siły w regionie? Zmuszenie Teheranu do demilitaryzacji? A może jednak zmiana reżimu? Każdy z tych wariantów wymaga innej strategii, innych środków i przede wszystkim innej skali zaangażowania. Tymczasem amerykańskie działania sprawiają wrażenie, jakby te pytania pozostawały bez jednoznacznej odpowiedzi. Ba – jakby nikt w Waszyngtonie nie zadał ich wcześniej wprost.Widać to również w napięciach wewnątrz amerykańskiego systemu decyzyjnego. Politycy wysyłają sygnały o konieczności powstrzymania eskalacji, a wojskowi przygotowują opcje jej rozszerzenia. Równolegle sojusznicy próbują odczytać, dokąd właściwie zmierza Waszyngton – i na ile powinni się w tę politykę angażować. W efekcie zamiast strategii pojawia się reakcja – szybka, często skuteczna taktycznie, ale pozbawiona długofalowej logiki.A to właśnie w takich momentach przewaga militarna przestaje być rozstrzygająca. Bo choć pozwala wygrać niemal każdą bitwę, nie odpowiada na pytanie, jak zakończyć konflikt na własnych warunkach. A bez tej odpowiedzi nawet najpotężniejsze państwo świata zaczyna działać w trybie doraźnym – od jednego uderzenia do kolejnego, od jednej eskalacji do następnej.Dzisiejsza sytuacja wokół Iranu coraz mocniej zdaje się potwierdzać tezę, że USA weszły w konflikt, licząc, iż przewaga militarna sama przełoży się na sukces strategiczny. Jeśli tak było, scenariusz dalszych wydarzeń może być bardziej przewidywalny, niż chciałby tego Waszyngton. Jaki? Wystarczy sięgnąć do historii.Czytaj też: Trump stawia ultimatum Iranowi. „48 godzin”Pojedynczy, spektakularny ciosTo nie pierwszy moment, w którym Stany Zjednoczone stają wobec konfliktu bez jasno określonego celu końcowego. Przeciwnie – historia amerykańskich interwencji z ostatnich dekad pokazuje, że problem ten powraca z zaskakującą regularnością. Zmieniają się przeciwnicy, regiony i skala zaangażowania, ale logika działania pozostaje uderzająco podobna.W Wietnamie wszystko zaczęło się od ograniczonego zaangażowania, które z czasem przerodziło się w pełnoskalową wojnę. Kolejne administracje zwiększały obecność wojskową – z kilkunastu tysięcy do ponad pół miliona żołnierzy – licząc, że przewaga technologiczna i ogniowa przełamie opór przeciwnika. Problem polegał na tym, że nigdy jasno nie zdefiniowano, jak miałoby wyglądać zwycięstwo. Czy chodziło o utrzymanie niepodległego Wietnamu Południowego? O zniszczenie zdolności Vietcongu? O powstrzymanie ekspansji komunizmu w regionie? Każdy z tych celów implikował inne działania, ale w praktyce amerykańska strategia dryfowała między nimi.Efekt był przewidywalny: sukcesy taktyczne nie przekładały się na rezultat polityczny. Im większe było zaangażowanie militarne, tym bardziej oddalał się moment rozstrzygnięcia. Wojna nie została przegrana na polu bitwy – została porzucona w pierwszej połowie lat 70., gdy koszty zaczęły przewyższać polityczną gotowość do ich ponoszenia.Mniej niż dekadę po ucieczce z Sajgonu wojska USA pojawiły się w Libanie jako część sił stabilizacyjnych. Misja miała ograniczony charakter, ale od początku brakowało jej klarownego mandatu i jasno określonego celu. Amerykańscy żołnierze znaleźli się w środku skomplikowanego konfliktu, którego logiki nie kontrolowali.Zamach na koszary Marines w Bejrucie, w którym zginęło 241 żołnierzy, stał się momentem przełomowym. Reakcja Waszyngtonu była natychmiastowa – wycofanie sił. To wydarzenie pokazało, jak brak strategii czyni nawet potężne państwo podatne na pojedynczy, spektakularny cios. Bez jasnego celu trudno bowiem uzasadnić dalsze ryzyko związane z pobytem żołnierzy w strefie wojny.Podobny mechanizm zadziałał w Somalii w pierwszej połowie lat 90. Operacja rozpoczęła się jako interwencja humanitarna, mająca zapewnić dostawy żywności i stabilizację sytuacji. Szybko jednak rozszerzono jej zakres – celem stało się schwytanie jednego z lokalnych przywódców, Mohameda Farraha Aidida.To przesunięcie nie było poparte zmianą strategii ani adekwatnym przygotowaniem. Amerykańskie siły znalazły się w realiach wojny miejskiej, na które nie były gotowe. Bitwa w Mogadiszu i straty poniesione przez oddziały USA doprowadziły do politycznej decyzji o wycofaniu. Po raz kolejny okazało się, że rozszerzenie misji bez planu jej zakończenia prowadzi do gwałtownego odwrotu.Największa skala, te same błędyNajbardziej spektakularnie problem braku strategii ujawnił się w Iraku i Afganistanie.W Iraku początkowa faza operacji była błyskawiczna – reżim Saddama Husajna upadł w ciągu tygodni. Na tym jednak klarowność się kończyła. Nie przygotowano spójnego planu na okres po zakończeniu działań bojowych. Rozwiązanie irackiej armii i administracji stworzyło próżnię, którą szybko wypełniły chaos i przemoc. Co więcej, obalenie bagdadzkiego reżimu w praktyce wzmocniło regionalną pozycję Iranu – czyli państwa będącego jednym z głównych przeciwników Waszyngtonu. Sam Irak nadal pozostaje państwem niestabilnym, wewnętrznie podzielonym i głęboko osłabionym, a koszty tej wojny – ludzkie i infrastrukturalne – będą odczuwalne przez kolejne dekady.W Afganistanie początkowy cel – rozbicie Al-Kaidy i obalenie talibów – również został osiągnięty stosunkowo szybko. Potem jednak misja zaczęła się rozmywać. Budowa państwa, jego częściowa demokratyzacja, stabilizacja, szkolenie sił lokalnych – kolejne cele dokładano bez jasnej wizji końcowego efektu. Dwie dekady później wojna zakończyła się powrotem talibów do władzy.To właśnie tutaj najdobitniej ujawniły się granice amerykańskich możliwości. Stany Zjednoczone potrafią obalić reżim i zniszczyć struktury przeciwnika, ale znacznie trudniej przychodzi im zbudowanie w ich miejsce stabilnego, trwałego porządku politycznego. Potrafią wygrać wojnę w sensie militarnym, lecz nie są w stanie narzucić jej trwałego rozstrzygnięcia.Interwencja w Libii pokazała, że ten sam problem pojawia się nawet wtedy, gdy skala zaangażowania jest znacznie mniejsza. Operacja z 2011 roku była ograniczona, prowadzona głównie z powietrza i zakończona szybkim upadkiem Muammara Kaddafiego. Z militarnego punktu widzenia – sukces. Na tym jednak planowanie się kończyło. Nie przygotowano realnej koncepcji stabilizacji państwa po obaleniu władzy. Libia pogrążyła się w chaosie, stając się przestrzenią rywalizacji lokalnych milicji i zewnętrznych graczy. To już nie był problem skali ani kosztów operacji. To był ten sam schemat – sukces militarny bez trwałego efektu politycznego.Czytaj też: Iran grozi zamknięciem Ormuzu. Ostra odpowiedź na TrumpaKolejny rozdział tej samej historiiMamy więc pewien spójny wzorzec działania, wedle którego USA wielokrotnie wchodzą w konflikty bez jasno określonego celu końcowego. Myślą w kategoriach środków – ile siły użyć, jakie cele zniszczyć – zamiast w kategoriach efektu politycznego. Reagują na rozwój wydarzeń, zamiast je kształtować. A gdy koszty rosną lub sytuacja wymyka się spod kontroli, decydują się na wycofanie, często pozostawiając po sobie destabilizację.Co równie istotne, skutki tych działań nierzadko okazują się odwrotne do zamierzonych. Wrogowie nie zostają trwale osłabieni – przeciwnie, uczą się funkcjonować w warunkach przewagi militarnej USA, rozpraszają swoje działania i przenoszą ciężar konfliktu na obszary, gdzie Ameryka ma ograniczone możliwości oddziaływania. Regiony, w których dochodzi do interwencji, pogrążają się w niestabilności, a próżnia bezpieczeństwa szybko wypełniana jest przez nowych graczy.Co, jeśli wojna z Iranem okaże się kolejnym rozdziałem tej samej historii?Na razie możemy mieć do czynienia ze scenariuszem eskalacji. Stany Zjednoczone mogą zdecydować się na uderzenia w cele o kluczowym znaczeniu dla irańskiej gospodarki i zdolności prowadzenia wojny. Jednym z najbardziej oczywistych byłaby wyspa Chark – główny terminal eksportowy irańskiej ropy, przez który przechodzi zdecydowana większość surowca trafiającego na światowe rynki. Jego zniszczenie lub zajęcie oznaczałoby potężny cios dla Iranu. Cios, po którym Teheran mógłby „rzucić ręcznik”, ale równie dobrze stracić hamulce, czyniąc finał tej historii jeszcze bardziej nieprzewidywalnym.Równie prawdopodobny jest inny scenariusz – taki, w którym Waszyngton ogłasza ograniczone cele za osiągnięte i stopniowo schodzi z kursu eskalacyjnego. Nie z powodu braku zdolności militarnych, lecz z powodu kosztów wojny. Już dziś napięcia w rejonie Zatoki Perskiej przekładają się na wzrost cen paliw, a każda kolejna eskalacja zwiększa presję na globalną gospodarkę. W takich warunkach Waszyngton może uznać, że dalsze podnoszenie stawki uderza nie tylko w przeciwnika, ale również we własne interesy – od rynku paliw po stabilność polityczną wewnątrz kraju.Najbardziej prawdopodobny wydaje się jednak trzeci wariant: przedłużający się konflikt o zmiennej intensywności. Uderzenia będą kontynuowane, Iran będzie odpowiadał – bez jednego rozstrzygającego momentu. Cieśnina Ormuz może być okresowo udrażniana i ponownie destabilizowana. Infrastruktura będzie niszczona i odbudowywana. Każda ze stron będzie w stanie zadawać straty, ale żadna nie osiągnie przełomu.To scenariusz, który najlepiej wpisuje się w dotychczasowy schemat. Wojna, która nie kończy się zwycięstwem ani porażką, lecz przechodzi w stan przewlekłego napięcia.Za które zapłacimy wszyscy, mierząc się z horrendalnymi cenami paliw.Czytaj też: Przez wojnę latanie będzie droższe. „Wzrost jest nieunikniony”