Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. O destrukcyjnej sile komunikatów kierowanych do dziecka, o trwającej latami przemocy psychicznej zamkniętej w czterech ścianach mieszkania, o gigantycznej dziecięcej samotności, braku akceptacji tej, która akceptować powinna bezwarunkowo, w moim podcaście mówił ostatnio Wiktor Słojkowski, pisarz. I choć historia Słojkowskiego ma potężny ładunek dramatyczny, gdyż jest historią chłopca, który marzył o tym, by trafić do domu dziecka, bo taki scenariusz wydawał mu się „atrakcyjniejszy”, „lepszy” niż życie w domu, w którym najczęstszym zdaniem sprzedawanym przez matkę było zapętlone „nic w życiu nie osiągniesz…”.I choć wydawałoby się, że o wychowaniu dzieci dzisiaj wiemy już sporo, o opiekowaniu się ich emocjami także, a podmiotowe traktowanie najmłodszych podobno jest sprawą najwyższej wagi, to zaraz najpewniej popsuję państwu humor.Otóż: owszem, może dzisiejsi rodzice są bardziej skorzy do refleksji, częściej sięgają po pomoc specjalistów, gdy z jakimś rodzinnym problemem ewidentnie sobie nie radzą, są pewnie ciut bardziej otwarci na rozmowy o tym, jak emocje są w życiu człowieka ważne i jak należy się nimi opiekować, by dotrwać do późnej starości w dobrej kondycji psychicznej, ale w sferze uznania podmiotowości dziecka wciąż (tak narodowo!) mamy wiele do zrobienia.Czytaj też: Dr Oleszczuk, bracia Rodzeń, czyli medycyna oparta na… lajkach„Domy dobre”Nie chcę się tu skupiać na przypadkach stricte patologicznych, domach „złych”, lub domach „jeszcze gorszych”, ale udających te „dobre”. Takie problemy w mojej opinii rozwiązuje się najtrudniej, bo zanim ktoś usłyszy, zobaczy, dostrzeże jakiś przejaw przemocy względem dziecka, zazwyczaj mija trochę czasu. A bilansu krzywd nie da się wtedy zazwyczaj wymazać gumką myszką.Ale w przestrzeni publicznej przemocowe zachowania można (a w mojej opinii nawet trzeba!) wyłapywać natychmiast. Wyłapywać i reagować, okraszać komentarzem, dawać do myślenia. W tej kwestii często się powtarzam, ale bez oddolnego działania, pewnej odpowiedzialności, którą bierzemy jako uczestnicy życia społecznego, zmiany – w mojej opinii – są raczej niemożliwe. Dlatego to my – dorośli musimy stać po stronie dzieci po to, by książki takie jak głośny tytuł sprzed dwóch lat „Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”, nie musiały już powstawać (swoją drogą polecam ten tytuł wszystkim tym, którzy chcieliby temat zgłębić, dowiedzieć się o tej „nienawiści” skrywanej często pod płaszczykiem troski o nie, czy dbania o dobre wychowanie, etc.).Oczekiwania dorosłychPisze o tym także dlatego, że w minionym tygodniu, jako matka, dwa razy zetknęłam się z rażącym, raczej przemocowym, stygmatyzującym i po prostu przeze mnie nieakceptowalnym zachowaniem dorosłego względem mojego dziecka. Raz, gdy lekarka na otwarcie wizyty rzuciła do mojej córki: „Gdzie masz gumkę do włosów? Nie masz? Do gabinetu pediatrycznego ZAWSZE wchodzimy ze związanymi włosami”.Zawsze? A kto tak powiedział – pomyślałam. A córka spojrzała na mnie przerażona tonem pani doktor, jej dziwnymi oczekiwaniami…Tak, oczywiście już słyszę jęk oburzonych, że przecież lekarka mogła, jej gabinet – jej zasady. A ja uważam, że nie ma nic bardziej opresyjnego, zwłaszcza w kontekście lekarskiej wizyty, niż musztrowanie (małego!) pacjenta już od progu, bo niby jak takie absurdalne skądinąd hasło miałoby otworzyć bezpieczną przestrzeń do dialogu? Jak miałoby zminimalizować jego strach przed badaniem? No jak?Chwilę później córka poszła do gabinetu zabiegowego, w którym jej łzy (nastąpił wybuch po musztrze sprzed 10 minut) zostały skwitowane starym jak świat: „Nie przesadzaj”. A gdy odpowiedziałam, że dziecko ma prawo do tego, by pokazać swoje emocje, nawet płacząc, jeśli pobranie krwi wprowadza je w dyskomfort, pani fuknęła pod nosem i, mam wrażenie, zrobiła wszystko, by to konkretne pobranie córka zapamiętała na długie lata.Dwa dni później klasa córki wybrała się na warsztaty kulinarne. A tam okazało się, że jeśli dziewięcioletnie dziecko wykona polecenie pani prowadzącej niewłaściwie i zamiast w kostkę pokroi mięso w paski, lub na odwrót – szczerze mówiąc, jakie to ma znaczenie – to jest dyskwalifikowane, wyrzucane poza nawias grupy, odstawiane na bok, bo przecież „zrobiło to źle”. A pani instruktorka wtedy wkracza do gry i kroi tak, jak jej się podoba. Jak być powinno.A ja się pytam, czy takie zajęcia były po to, by pani udowodniła światu, jak równą kroi kostkę? By zademonstrowała swoją wyższość? Chyba nie.Nie rozumiem też, dlaczego fakt, że komuś w czasie krojenia cebuli poleciały łzy – także okazał się dyskwalifikujący.Nie jesteś twardzielem, jesteś beksą, bo płaczesz, jak kroisz cebulę, zatem siadaj, zrobię to za ciebie, bo ja nie płaczę w czasie tej czynności – może tak pomyślała sobie organizatorka warsztatów przekonana o swojej supermocy. A co pomyślało dziecko?No tak, do niczego się nie nadaję…Takich przykładów mogłabym mnożyć. Fakt, to zupełnie inny kaliber niż opowieści z domu Słojkowskiego, ale jednak. Opresyjne, pełne przemocy, przedmiotowe traktowanie dzieci wciąż jest w Polsce faktem. Wciąż rozlewa się jak wulkaniczna lawa.I szczerze mówiąc, mam już tego dość. Naprawdę nie chciałabym, by jeszcze kiedyś jakikolwiek dorosły, podsumowując swoje dzieciństwo, powiedział jak Słojkowski: Urodziłem się zerem.Czytaj też: Piotr Pręgowski mówi o walce o życie. Kiedy prywatne wyznania gwiazd mają sens?