„Nie dolewałam paliwa". Martyna trafiła do szpitala z poparzeniami obejmującymi 63 procent powierzchni ciała. Co czuje, gdy słyszy, że biokominek wybucha, bo ktoś go nieodpowiednio używał? – Śmiać mi się chce. Mój kominek palił się poprzedniego dnia. Nie zawiniłam – mówi nam. Anna: – Podobno był straszny huk. Ja tego huku nie słyszałam.Martyna: – To był potężny wybuch. Przewróciło mnie na łóżko.Adriana: – Pamiętam tylko, że zaczęły mi się palić włosy.Coś się skończyłoAnna z mężem zamieszkała w domu jednorodzinnym. Gdy się urządzali, postanowili: w salonie stanie biokominek. Pracowała wówczas w pobliskim sklepie od siedmiu lat, bywała zmęczona. Udało jej się znaleźć nową pracę w urzędzie. Ale nacieszyła się nią przez miesiąc, bo zdarzył się wypadek.Martyna pracowała w galerii w Wołominie, lubiła tę pracę, szczególnie za ludzi, z którymi była zżyta. Urlopy najczęściej spędzała nad polskim morzem, szczególnie ulubiła sobie Sopot. Po tym, jak jesiennego wieczoru w jej sypialni wybuch biokominek, o wyjazdach i opalaniu się musiała zapomnieć.Adrianna lubiła swoje życie z partnerem i synem w Starachowicach. Po pracy spędzali każdy dzień w trójkę, przeważnie aktywnie. Co weekend wyjścia na ryby, rolki, na rower. To się skończyło.Z tego, co pamiętamAnna: – Był 30 listopada 2024 roku. Dokładnie pamiętam, bo to Andrzejki. Szczęście w nieszczęściu, że dzień wcześniej zawiozłam córki do cioci. W domu byłam tylko ja i mąż. Włączyliśmy sobie film, rozpaliliśmy biokominek, mieliśmy taki nieduży. Przeważnie go nie dotykałam, ale akurat mąż przysnął na kanapie, pomyślałam, doleję paliwa. Wydawało mi się, że już się nie palił, chwyciłam za bańkę i boom. Wybuch.Czytaj także: DDA: Mój ojciec po 10 piwach dopiero zaczynał picieMartyna: – Był październik, koło 18. Przyjaciółka poleciła mi film, planowałam go sama obejrzeć. Nalałam sobie lampkę wina, otworzyłam chipsy. To miał być miły wieczór. Niestety, nie wyszło. Potężny huk, wszystko wokół zaczęło się płonąć.Ada: – Mój partner wyjechał tego dnia na narty ze znajomymi. Byłam w domu sama z synem, posiedzieliśmy dłużej niż zwykle, jak to w piątek. Położyłam Ignasia spać i chciałam poczekać na Miłosza. Z tego, co mogę sobie przypomnieć, w pewnym momencie zaczęły mi się palić włosy.Sama czerńAnna: – Nie zemdlałam. Pobiegłam do łazienki. Rozebrałam się, weszłam do wanny i zaczęłam się polewać zimną wodą.Martyna: – Otuliłam się kocem, pobiegłam do łazienki, weszłam pod prysznic i tam się gasiłam. Ada: – Pobiegłam do łazienki. Jak się potem okazało, nie otworzyłam normalnie drzwi, tylko je wyrwałam. Z taką siłą pociągnęłam za klamkę, że urwało zamek.Anna: – To teściowa zadzwoniła po karetkę, mąż do mnie przybiegł, polewał wodą. W pokoju ugasił, co się tliło.Martyna: – Wychodziłam z pokoju, w którym paliło się wszystko. Nie miałam, jak zadzwonić po straż, bo telefon został w środku.Ada: – Sąsiad pytał przez balkon, czy mi pomóc. Powiedziałam mu, że nie trzeba, że poradzę sobie sama.Martyna: – Wyszłam na zewnątrz. Za furtką byli już sąsiedzi, to oni wezwali pomoc.Anna: – Jak przyjechała karetka, byłam już tak zziębnięta, że cała dygotałam.Ada: – Policja i straż przyjechały bardzo szybko, ale ja już tego nie pamiętałam.Martyna: – Przed wyjściem zdążyłam zobaczyć się w lusterku. To nie był piękny widok. Byłam dosłownie cała czarna.Nie ma, jak dawniejNa SOR-ze w Ciechanowie Anna została opatrzona chłodzącymi opatrunkami i maściami. Lekarze podjęli jednak decyzję o przewiezieniu jej do Warszawy, jak najszybciej. Do transportu została uśpiona. Obudziła się dopiero dobę później. – Wyglądałam dosłownie, jak mumia – pamięta. Na OIOM-ie spędziła cztery dni. Była znieczulona, nie czuła jeszcze bólu.Czytaj także: Detektywka: Zgłasza się do mnie coraz więcej kobiet, które mają stalkeraMartyna usłyszała w szpitalu w Siemianowicach Śląskich, że ma poparzone 63 procent powierzchni ciała. – Pierwsze dwa tygodnie to był głównie niewyobrażalny ból. Nikomu czegoś takiego nie życzę – mówiła mi jeszcze w lipcu 2024 roku, gdy rozmawiałyśmy na planie programu „Reporterzy”.Ada z SOR-u w Starachowicach została karetką przetransportowana do wschodniego Centrum Leczenia Oparzeń w Łęcznej. – Zawsze uważałam się za osobę, która ma wysoki próg bólu – mówiła w reportażu – jednak tego, co wtedy przeszłam, nie da się opisać. Niemiłosierne pieczenie, niemiłosierny ból w całym ciele.Z Anną rozmawiam już w marcu 2026 roku: – Obudziłam po pierwszej operacji i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nigdy nie czułam się jak wtedy, organizm miałam wycieńczony. I nie byłam w stanie wytrzymać zmian opatrunków na sali. Za każdym razem prosiłam o narkozę.W szpitalu spędziła 74 dni. Pierwsze tygodnie 35-latka leżała właściwie bez ruchu, w pampersie. Musiała być karmiona, bo nie była w stanie sama wziąć do ręki łyżki. – To chyba było najtrudniejsze – Anna powstrzymuje płacz – jak człowiek tak nagle stał się zupełnie bezradny.Noga, klatka piersiowa, cała szyja, twarz i dłoń poparzone. I były to w przypadku Ady poparzenia głębokie. Spędziła w szpitalu dwa miesiące. – Przez ten czas nie mogłam się zobaczyć z synem – mówi.Martyna trafiła do szpitala z poparzeniami obejmującymi 63 procent powierzchni ciała. Jej blizny ciągną się dziś od brody po kolana, wybuch poparzył twarz, szyję, całe ręce, klatkę piersiową i część pleców.Czytaj także: Społeczeństwo zmęczenia. Coraz więcej obowiązków, mniej poczucia sensuAnnie przy wypisie prowadzący ją lekarz powiedział coś, co nią wstrząsnęło. – Mówił, że podczas pierwszej operacji, którą przechodziłam, mój stan był tragiczny i że myślał, że tego nie przeżyję. Obrażenia były bardzo rozległe, straciłam też mnóstwo krwi.Ada: – Wiedziałem, że w szpitalu walczono o moje życie, ale jeszcze wypierałam swój stan. Myślałam, zrobią opatrunki, rany się wygoją i będzie jak dawniej. Nie. Nie jest jak dawniej.Lęk przed lustremAnna: – Jeszcze gdy poszłam po wybuchu do łazienki, spojrzałam w lustro. I się ucieszyłam. Bo mam do dziś blizny głównie na podbródku, szyi i dekolcie, ale nie na twarzy. Co dla kobiety, wiadomo, jest najważniejsze.Martyna: – Z moich pięknych długich włosów nie zostało praktycznie nic, byłam łysa. Kiedy ściągnęli mi o opatrunek z twarzy, zobaczyłam zupełnie innego człowieka. Nie poznałam się w lusterku. Nie miałam brwi, nawet uszu. Po prostu mi odpadły, lekarze musieli je rekonstruować przy przeszczepach skóry. Nie potrafiłam się pokazać ludziom na oczy, miałam nawet problem, by pokazać się rodzinie.Ada: – Co pomyślałam, gdy się zobaczyłam? Człowiek kciuk. Moja żuchwa nie była w ogóle zarysowana, od uszu miałam od razu szyję, żadnych zarysów twarzy. Wszystko było napuchnięte, twarde, obolałe. I z jednej strony czułam głęboki smutek i bezsilność. Z drugiej radość, że przeżyłam.Dziury w pamięciAnna po wyjściu ze szpitala musiała właściwie od nowa nauczyć się chodzić. By wejść na piętro swojego domu, ćwiczyła krok po kroku tygodniami. Zasiłek rehabilitacyjny dostała po pół roku. Po tym czasie stwierdzono, że nie będzie jej już potrzebny i może iść do pracy.– Byłam rozczarowana. Lekarz pomachał moimi rękami, powyginał tu i tam i uznał, że jestem w pełni zdrowa. A przecież moja rehabilitacja trwać będzie miesiące, jeśli nie lata. Nie pomyślał, że psychicznie też mogę nie być gotowa, żeby żyć jak dawniej?Gdy poznałam Martynę, leczyła się już półtora roku. Przeszczepy, ćwiczenia, zabiegi, lasery. Większość z potrzebnych do normalnego funkcjonowania poparzonej osobie środków nie jest refundowana. A Martyna nie jest w stanie pracować. Pomaga jej głównie mama.Czytaj także: Wpłacili kaucję i czynsz za miesiąc. Właścicielce napisali: Na tym koniecPsychicznie? – Po wypadku miałam dużą fobię społeczną. Poszłam na kilka spotkań z psychologiem, brałam proszki, żeby w ogóle zasnąć. Największe wsparcie miałam w rodzinie i przyjaciółkach. Dzisiaj jestem już zupełnie innym człowiekiem. Potrafię pokazać swoje blizny i nie wstydzę się ich.Ada: – Zawsze powtarzam, że jestem najważniejszym świadkiem tamtego zdarzenia, a tak mało pamiętam. Choć wracają flashbacki, chodzę na terapię. Psycholożka powiedziała, że moje dziury w pamięci są normalne.Anna: – Jeszcze w szpitalu pytano mnie, czy potrzebuję psychologa, ale odmówiłam. Poradziłam sobie przede wszystkim dzięki mojemu mężowi. Pomogło poczucie, że nie jestem sama. Ale, jak tylko słyszę informację o pożarze czy że ktoś jest poparzony, przypominają mi się tamte sceny i co wtedy czułam. Długo musiało minąć, zanim wsiadłam choćby w samochód i odważyłam się poprowadzić bez poczucia, że nic się już złego mi nie przytrafi. Gdy ktoś rozpala ognisko na dworze, trzymam się z daleka.Wszystkie trzy bohaterki nadal przechodzą rehabilitację i zabiegi zapobiegające przykurczom.Sumienie producentaPo pierwszym szoku, operacjach i powrocie do domu, pojawiło się pytanie, jak do tego doszło?Anna: – Nie byłam świadoma, że w biokominku był mały płomień. Jak się później okazało, gdy dolewałam do ognia, ten płomień jeszcze tam się tlił.Ada: – Ja nie dolewałam paliwa. To wydarzyło się po prostu samo z siebie.Prokurator, który badał okoliczności zdarzenia w starachowickim mieszkaniu Ady, umorzył śledztwo. Zakwalifikował to, co się stało w salonie, jako nieszczęśliwy wypadek.Martyna: – Wiem, że niektórzy dolewali paliwa do nie do końca wygaszonego biokominka. U mnie paliło się 18 godzin wcześniej.– Co czujesz, gdy słyszysz, że biokominek wybucha, bo osoba nieodpowiednio go używała? – pytam ją.– Śmiać mi się chce. Strażacy uznali w toku sprawy, że to była iskra elektrostatyczna. Mogła pójść od ubrań, wytworzyć się przy ocieraniu. Mój biokominek palił się przecież poprzedniego dnia.Anna: – Na początku czułam się winna. Po co w ogóle go dotykałam. Ale dzisiaj się nie zadręczam, tak się stało. Muszę iść dalej.Czytaj także: Spotkali się na randkę. Ona go zawstydziła, on ją pobił i podpaliłAda: – Pogodziłam się z tym, że był to nieszczęśliwy wypadek. A że jest ich niemało, zostawiam bezpieczeństwo tego typu urządzeń sumieniu producentów.Martyna: – Nie zawiniłam.Anna: – Nie czytałam instrukcji, przyznaję. Nie planuję pozywać producenta, nawet nie wiem, kto nim był.Ada: – Pozew? Nie myślałam o tym. Najważniejsze jest teraz moje zdrowie.Martyna: – Nie wykluczam, że gdyby zebrało się więcej poszkodowanych jak ja, taki pozew zbiorowy mógłby zostać napisany. W szpitalu poznałam sześć osób po takim wypadku, jak mój, z którymi do tej pory mam kontakt.– Kupisz jeszcze biokominek? – dopytuję.– Nie. I nikomu takiego zakupu nie polecam. Mój przykład pokazuje, że nawet przy dobrym stosowaniu i przy odpowiednich warunkach, wybuchy się zdarzają.Ada: – Nie kupię. Nigdy w życiu. I nikomu nie polecam, odradzam wręcz. Nie dolewałam paliwa, dlatego nie kupiłabym drugi raz, wycofałabym z produkcji.Anna: – Mąż po wypadku odremontował pokój. Oczywiście biokominek usunęliśmy. Obawę przed nim i przed ogniem będę miała już chyba do końca życia.BliznyEwa Lewandowska z Fundacji Jagoda imienia Jagody Pachota zauważa wzrost przypadków poparzeń w wyniku wybuchu biokominków. – A są to zwykle oparzenia ciężkie, przy których potrzebna jest długotrwała hospitalizacja – podkreśla w rozmowie z nami – i które trudno wyleczyć. Dotykają rąk, klatki piersiowej, szyi i twarzy i są po prostu trudne do wyleczenia.Czytaj także: Matka biologiczna i matka społeczna. Jedna ma pełnię praw, druga żadnychOpiekunka podopiecznych trafiających do fundacji wyjaśnia, że wypadki tego typu bardzo mocno wpływają na psychikę. – Poparzona osoba oprócz pomocy medycznej, często potrzebuje tej psychologicznej, bo po wypadku traci wszystko, zdrowie, sprawność, nawet mieszkanie, ale przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Do przepracowania takiej traumy potrzebuje lat.W fundacji Jagoda jest ekspertką specjalizująca się w wypadkach z użyciem biokominka, która sama ma takie doświadczenie za sobą. To właśnie do niej trafiają poparzeni wymagający wsparcia psychologicznego.Najtrudniejszy po wypadku, zdaniem Ewy Lewandowskiej, jest jednak powrót do pełnej sprawności. – Ciężko powiedzieć, czy da się powrócić do stanu, jak sprzed wypadku, bo całkowitej normalności poszkodowani mogą nigdy nie zaznać.Jak mówi, po wyjściu ze szpitala leczenie wcale się nie kończy, rozpoczyna się bowiem czas leczenia blizn, walki z przykurczami, bliznami przerostowymi, bliznowcami. Poparzone miejsca trzeba stale masować, nosić uciskowe ubranka, unikać słońca.Czytaj także: Uchodźczyni z Ukrainy: W dniu wybuchu wojny nie płakałam. Łzy przyszły potem– A czasem i tak to blizny na psychice goją się u naszych podopiecznych najdłużej.***Paula Szewczyk – reporterka, podejmuje tematy społeczne. Nominowana do nagrody Grand Press, nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej i Journalists Excellence Awards. Autorka książki „Ciała obce”, nagrodzona „Koroną Równości” KPH, nagrodą NGO Hero oraz nagrodą specjalną w konkursie Pióro Nadziei Amnesty International. Z wykształcenia polonistka, z pochodzenia Rzeszowianka.Napisz do autorki: paula.szewczyk@tvp.pl