Im dłużej potrwa, tym gorzej dla naszych portfeli. Od Iranu dzieli nas wiele kilometrów, ale to wcale nie znaczy, że atak USA oraz Izraela na ten kraj jest dla nas odległym problemem. Wprost przeciwnie. Polacy już teraz płacą za wojskową operację Donalda Trumpa, choć nie wprost – jednak dla portfeli Polaków oznacza to realne i rosnące koszty. O kosztach konfliktu na Bliskim Wschodzie opowiada portalowi TVP.Info Marek Zuber, ekonomista i analityk rynków finansowych, ekspert Akademii WSB. Portal TVP.Info: Przeciętny Polak zaczął odczuwać finansowe skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie, kiedy postanowił zatankować auto i przekonał się, że ceny paliwa mocno wzrosły. Tyle tylko, że te podwyżki na stacjach mogą się okazać dopiero początkiem naszych wydatków. Marek Zuber: Miejmy nadzieję, że to wszystko się szybko zakończy, a przynajmniej uspokoi i nie będzie eskalować, a konsekwencje okażą się bardzo ograniczone. Ale rzeczywiście, ten kontekst paliwa jest najszybszy do zobaczenia. Skoro cieśnina Ormuz, przez którą przepływa 20 procent światowego handlu ropą, jest zamknięta, to ta ropa nie płynie w inne części świata.Oczywiście, świat ma rezerwy, które wystarczyłyby na wiele tygodni. Jednak same zakłócenia w dostawach to moment, kiedy – po pierwsze – działają spekulanci, którzy chcą wykorzystać sytuację, czyli kupują po to, żeby podbić cenę i zrobić więcej zamieszania na rynku, mając nadzieję, że cena w przyszłości jeszcze bardziej wzrośnie, a oni będą mogli sprzedać i na tym zyskać, a po drugie – są realne zakupy: „nie wiadomo, czy za miesiąc ta ropa będzie, to może ja kupię teraz, bo potem cena może być jeszcze wyższa; zrobię sobie zapas”. Problem jest jeszcze taki, że kraje Bliskiego Wschodu ograniczają wydobycie gazu i ropy. Skoro cieśnina jest zamknięta, to magazyny po prostu wypełniają się surowcami, których nie ma jak wysłać w świat. Magazyny, na przykład w Iraku czy w Kuwejcie, mają już bardzo wysokie poziomy zapełnienia, nie ma jak produkować, bo nikt nie jest w stanie tej ropy na bieżąco odbierać. Takie informacje oczywiście też idą w świat i wywołują niepokój, poza tym są wodą na młyn dla spekulantów. CZYTAJ TEŻ: Dziesiątki zniszczonych zabytków w Iranie. Spełniły się groźby TrumpaWzrost cen ropy pociąga za sobą wzrost cen benzyny i oleju napędowego. W przypadku tego drugiego zresztą jest dodatkowy element: jest to tak zwane paliwo wojenne. Skok cen w przypadku oleju napędowego jest więc większy niż w przypadku benzyny, przy czym tutaj znowu bardziej chodzi o strach i działanie spekulantów niż realne przełożenie się mniejszej podaży na ceny, które płacimy na stacjach.No właśnie, przecież ceny na stacjach benzynowych wzrosły błyskawicznie. Szybciej niż ten droższy surowiec zdążyłby w ogóle dotrzeć do naszego kraju. Tak, proszę zobaczyć: jeżeli Orlen kupuje ropę, to ta ropa przyjeżdża do rafinerii, jest przerabiana na benzynę i olej napędowy. Ona nie trafia do naszych zbiorników w ciągu jednego dnia, tu jest potrzebny pewien cykl produkcyjny. Dlatego oczywiście nie jest tak, że podwyżki, które od razu obserwujemy na stacjach, wynikają z faktycznego wzrostu cen benzyny i oleju napędowego. Ale to są naczynia połączone, więc taki efekt natychmiastowego wzrostu obserwujemy. Płacimy więcej za olej napędowy czy benzynę, dlatego nasze budżety bezpośrednio to odczuwają, ale to nie wszystko. Niestety ropa naftowa jest używana w bardzo wielu gałęziach przemysłu, a transport jest wykorzystywany praktycznie wszędzie, więc obok wzrostu cen na stacjach, mamy jeszcze drugi efekt: przełożenie się wyższych cen ropy i oleju napędowego na ceny towarów i usług. Ten efekt jeszcze nie jest w zasadzie widoczny. Gdyby sytuacja uspokoiła się w ciągu kolejnych dni albo nawet ten konflikt się zakończył, to wzrost inflacji – wzrost cen wynikający z tego skoku cen ropy – nie będzie poważny. To może być 0,1, może 0,2 pkt proc., być może nieco więcej w perspektywie kolejnych miesięcy. Taka zmiana byłaby w zasadzie nieodczuwalna, ale jeżeli ta wyższa cena zostanie z nami dłużej, to oczywiście efekt wzrostu inflacji będzie wyższy. Mówiąc krótko: będzie drożej – i to jest już coś, co będzie obserwowane. Co prawda do sezonu wakacyjnych wyjazdów zostało jeszcze trochę czasu, ale tu też może nas czekać niemiła niespodzianka, prawda? Tak – i to nie jest tylko kwestia turystyki na Bliskim Wschodzie czy w krajach ościennych; słyszymy też między innymi o potencjalnym zagrożeniu Turcji. Ważny jest tu również element przesiadkowy. Przecież nadal odbywają się loty do Azji – biznesowe, cargo, ale też po prostu loty turystyczne, więc to ma wpływ na podróżujących. Znowu pytanie: ile to potrwa? Dzisiaj koszty związane z przemieszczaniem się przez kraje arabskie do innych państw, przede wszystkim oczywiście w Azji, są wyższe, dlatego że bilety zdrożały właśnie ze względu na konflikt i utrudnienia. CZYTAJ TEŻ: Putin tylko zaciera ręce. Rosja zarabia miliony dzięki konfliktowi w IranieJeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy, dość nieoczywista. Iran jest dużym producentem pistacji. Już mamy wzrost cen tych orzechów, właśnie z powodu sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zresztą tych elementów jest więcej. Blokada cieśniny Ormuz ogranicza dostęp do nawozów, których ceny wzrosły. Tamtędy transportowany jest również hel używany w produkcji półprzewodników. Już dzisiaj czytamy katastroficzne wizje dotyczące wzrostu cen żywności czy czipów z tego powodu. Ale prawda jest znowu taka, że kluczem jest odpowiedź na pytanie, jak długo cieśnina będzie blokowana. Podobnie jak w przypadku ropy czy gazu. Gdyby to wszystko skończyło się w ciągu kilku dni, efekty dla świata nie będą poważne. Nie brakuje też na przykład narzekań właścicieli firm transportowych, którzy zastanawiają się, czy przy stawkach, na jakie podpisali umowy, w ogóle opłaca im się wyjeżdżać w trasy. Może się okazać, że na niektórych kursach niewiele zarobią. Nie możemy tego dzisiaj wykluczyć. Na razie mamy z jednej strony uwolnienie rezerw ropy naftowej, a z drugiej – kolejne ataki Iranu. Szczególnie ten nocny atak pod koniec tygodnia pokazał, że nie jest prawdą to, co mówi Trump, że USA praktycznie zniszczyły potencjał Iranu do wykonywania takich ataków. W kierunku Izraela poleciało wiele rakiet, nie wszystkie zostały przechwycone. To też musiało być zaskoczenie dla niektórych. Dostaliśmy dobrą wiadomość z punktu widzenia rynku, czyli o uwolnieniu rezerw i zwiększeniu podaży, ale równocześnie pojawiły się informacje o atakach Iranu, które oznaczają, że potencjał do ataku cały czas jest. Można powiedzieć, że te dwa elementy „zniosły się” pod kątem rynku surowców energetycznych. Po pierwszych spadkach cen ropy znowu wróciliśmy w okolice 100 dolarów. Wydaje się, że te 90 - 100 dolarów na baryłkę to będzie nowa rzeczywistość kolejnych dni, jeżeli nic nadzwyczajnego się nie wydarzy – ani złego, ani dobrego. To „złe” to eskalacja konfliktu, a „dobre” to albo szansa na deeskalację konfliktu, albo realne przejęcie kontroli, na przykład przez amerykańską flotę, nad cieśniną Ormuz. Pytanie, czy to jest technicznie możliwe. Dzisiaj Trump nawołuje do wspólnego działania w tym zakresie. Jest jeszcze jedna rzecz: jeżeli Iran będzie puszczał statki, które wożą ropę do Indii i do Chin, to ten ubytek w dostarczaniu surowca na skutek zamknięcia cieśniny Ormuz dramatycznie spada. To byłaby też ważna informacja działająca na rzecz obniżenia ceny ropy na świecie. To będzie trochę wróżenie z fusów, ale spróbujmy: gdyby miał pan w skali od 1 do 10 oszacować, jakie jest ryzyko, że na polskich stacjach zobaczymy paliwo po 10 złotych za litr, to co by pan powiedział? To jest na dzisiaj jeden. Tylko, ale jednak zawsze jeden. Jeżeli na przykład Iran zatopi amerykański lotniskowiec – to jest z różnych przyczyn bardzo trudne, ale wystarczy, że zaatakuje i doprowadzi do pożaru, zniszczy kilka samolotów, wyłączy go na kilka dni z operacji – sama taka informacja to już moim zdaniem złotówka wyżej. Jeżeli zatopi, to przekraczamy 10 złotych. Szczególnie jeżeli chodzi o olej napędowy, który bardziej podrożał jako paliwo wojenne. Takie zatopienie lotniskowca to byłby szok dla świata.CZYTAJ TEŻ: Amerykanie skopiowali Shaheda. „Kamień milowy”No i mamy jeszcze kontekst wyborów w USA. Mam tu na myśli wybory uzupełniające w drugiej połowie roku, a istnieje powszechnie znana zależność: droga benzyna to mniejsze poparcie dla aktualnie rządzących. Trump stanie na rzęsach, żeby ustabilizować rynek, dlatego że już dzisiaj sondaże Republikanów nie są, powiedziałbym, specjalnie optymistyczne. Gdyby jeszcze Amerykanie mieli płacić średnio więcej niż 5 dolarów za galon, chociaż w różnych stanach te ceny też są zróżnicowane, w niektórych już jesteśmy w tych okolicach, to moim zdaniem prawdopodobieństwo utraty władzy w obu izbach przez Republikanów bardzo rośnie. Co oznacza koniec takich rządów Trumpa, jakie mamy w tej chwili, gdzie w zasadzie jedynym ograniczeniem okazał się sąd najwyższy. Dlatego Trump zrobi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Stany Zjednoczone jednak mają określone możliwości oddziaływania na świat, szczególnie na wiele krajów arabskich, same mają potężne złoża. Mamy informacje o tym, że dwa koncerny, czyli Shell i Chevron, wejdą do Wenezueli. Oczywiście nie da się zwiększyć wydobycia w Wenezueli trzykrotnie w ciągu trzech dni, bo to są miliardy dolarów, cały proces, ale te wszystkie działania, wsparte przez amerykański rząd, potencjalnie też mogą ułatwić zejście z cen wyraźnie poniżej 90, może nawet 80 dolarów. Myślę, że Trump o tym wie. On oczywiście mówi, że droższe paliwo to niski koszt w porównaniu do zagrożenia użyciem broni atomowej przez Iran albo że wysoka cena ropy to zarabianie na sprzedaży przez USA, ale sądzę, że do przeciętego Amerykanina taka argumentacja nie trafi. Moim zdaniem administracja zrobi wszystko, żeby ten okres wysokich cen nie trwał długo. Ekonomia ostatecznie decyduje o większości rzeczy, za to na tę ekonomię nie zawsze ma wpływ wyłącznie to, co prawdziwe albo logiczne. Odpowiem pani na to konkretnym przykładem z poniedziałku i wtorku, czyli pierwszych dwóch dni roboczych po ataku. Gaz TTF, czyli gaz w szybkich spotowych dostawach w Europie w tygodniu przed atakiem był na poziomie 32-33 euro za MWh. Pierwszego dnia mamy bardzo mocny wzrost cen gazu TTF, choć jeszcze nie taki dramatyczny. Po czym następuje atak dronów na instalację gazową w Katarze. Katar mówi: „wstrzymujemy produkcję”. I cena gazu rośnie do 60 euro, czyli praktycznie o 100 proc. w ciągu dwóch dni. Czy racjonalnie możemy wytłumaczyć dwukrotny wzrost ceny gazu w sytuacji, kiedy kończy się sezon grzewczy, magazyny w Europie wypełnione są w 30 proc., co oznacza, że nawet jeżeli żaden gaz nie będzie do Europy płynął, to i tak wystarczy nam go na około 4-5 tygodni zużycia? Mówię o takich warunkach klimatycznych, jak są dzisiaj, a przecież wiadomo, że nie będzie tak, żeby ten gaz w ogóle nie płynął, tym bardziej że Katar odpowiada tylko za 4 proc. surowca kupowanego przez Europę. Nie ma ryzyka odcięcia dostaw z Norwegii, Danii, Stanów Zjednoczonych. I jeszcze raz powtarzam: mamy takie rezerwy, jakie mamy, kończy się zima. Jaki jest racjonalny argument, żeby gaz w Europie podrożał dwa razy? CZYTAJ TEŻ: Wywołał wojnę, teraz wciąga innych. Trump liczy, że wyślą okręty do ZatokiTo jest właśnie spekulacja, to jest właśnie strach. Te czynniki mocno wpływają na ceny, szczególnie w tym pierwszym momencie. Tylko żeby rozkręcić spekulację, musi być jakiś argument, element, który przestraszy inwestorów. Takim elementem była oczywiście wojna, a potem ogłoszenie przez Katar, że wstrzymuje produkcję gazu. Jeżeli na przykład wszyscy rzucimy się i zaczniemy kupować benzynę, to mocno wzrośnie popyt. W takich sytuacjach może się zdarzyć, że niektóre stacje przez chwilę nie będą miały paliwa. Wtedy wybuchnie kolejna panika, będziemy jeszcze bardziej kupować na zapas. Gdyby świat w taki sposób podszedł do tematu wojny na Bliskim Wschodzie, to naprawdę już realnie doszłoby do bardzo mocnego wzrostu cen wynikającego ze wzrostu popytu. Nasza psychika, nasz strach – lub jego brak – także oczywiście wpływa na to, co się realnie dzieje na rynku. Co dla pana jako ekonomisty jest największym zagrożeniem w związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie? Czego absolutnie nie chciałby pan zobaczyć? Oczywiście najgorsze jest to, że giną ludzie. To jest najważniejsza kwestia i najlepiej, żeby ta wojna się jak najszybciej skończyła. Wersja optymistyczna jest taka, że w ciągu godzin albo dni dochodzi do zawieszenia broni. Świat szybko wraca do normalności. Natomiast wersję pesymistyczną widzę na dwa sposoby. Pierwszy scenariusz: Iran zatapia amerykański lotniskowiec. To oczywiście tylko symbol. Chodzi o to, że pojawia się jakiś nowy element układanki. Iran dysponuje bronią, która jest w stanie zrobić znacznie więcej, niż dotychczas zostało uczynione. Do tego oczywiście skutecznie blokuje cieśninę, a Amerykanie nie są w stanie zabezpieczyć przepływających statków i te statki są topione, znowu giną ludzie. Wtedy ekonomicznie mamy „no limits”. Być może przekraczamy rekord cen ropy z 2008 roku, czyli – z tego, co pamiętam – 147 dolarów za baryłkę. W pierwszym okresie, bo na dłuższą metę wyobrażam sobie zwiększenie produkcji przez Stany Zjednoczone, Wenezuelę i parę innych krajów, żeby ten efekt zniwelować. Ale to są miesiące, może kwartały, natomiast na początku mamy z całą pewnością bardzo mocny wzrost cen, przede wszystkim ropy. CZYTAJ TEŻ: Banki i firmy finansowe ewakuują biura w DubajuDrugi scenariusz: toczenie się tego konfliktu w takiej formule jak dzisiaj, przy założeniu, że Amerykanie i ewentualnie sojusznicy w miarę kontrolują cieśninę Ormuz, zdarzają się incydenty, ale bardzo rzadkie. Jeśli takie wystrzeliwanie rakiet, bombardowanie trwa tygodniami, to, brutalnie mówiąc, świat przyzwyczaja się do tego konfliktu. Jest ryzyko, że zginą marynarze płynący statkami przez cieśninę, ale te jednostki i tak płyną, ponieważ przyzwyczajamy się do ryzyka. I wtedy widzę to tak, że w perspektywie dwóch, trzech miesięcy rynek również się w miarę ustabilizuje. Może nawet być tak, że cena ropy nie będzie podwyższona, czyli to nie będzie 90-100 dolarów za baryłkę jak teraz, tylko właśnie bardziej 70-80 dolarów, które obserwowaliśmy przed konfliktem. Taki scenariusz też jest absolutnie realny. Są jeszcze nieco mniej oczywiste zagrożenia związane z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Tak, wspominałem już choćby o kwestii nawozów, czyli cen żywności. Kolejny element jest związany na przykład z wojną w Ukrainie. Im więcej broni zostanie zużyte na Bliskim Wschodzie, na przykład pocisków antyrakietowych, choćby systemu Patriot, tym pewnie większy problem będzie z tym, żeby Ukraina takie pociski dostawała. To może oczywiście oznaczać większe sukcesy Rosji na froncie, ale dotyczy także nas.Jeśli chcemy zamawiać jeszcze więcej broni – a szykujemy się do tego, chociaż wokół programu SAFE niestety zrobiła się polityczna afera – to nawet polskie firmy będą korzystały z kooperacji zagranicznych. I może być tak, że będą opóźnienia w dostawach. Oczywiście kupujemy broń także poza programem SAFE, na przykład w Stanach Zjednoczonych. Pojawia się pytanie: czy kontrakty na dostawy się nie opóźnią? Jeżeli konflikt na Bliskim Wschodzie będzie trwał dłużej albo będzie eskalował, to Amerykanie będą produkować broń głównie na użytek w tym rejonie. A jaki wpływ konflikt w Iranie ma teraz na finanse naszego państwa? Są już jakieś namacalne konsekwencje? Proszę zobaczyć, że taka wojna, rozchwianie rynków surowcowych, może też potencjalnie oznaczać wzrost awersji do ryzyka. Efekt jest taki, że rentowność polskich obligacji wzrosła z około 5 proc. do 5,7 proc. To oznacza, mówiąc najprościej, że w tej chwili pożyczamy pieniądze o 0,7 punktu procentowego drożej niż przed wybuchem wojny. W dużej mierze to właśnie jej skutek, choć pewnie prezydenckie weto dla programu SAFE też mogło tu mieć jakieś znaczenie. Mamy więc namacalny dowód na to, że jednak nie jest to tylko kwestia dziejącej się gdzieś tam wojny, ale coś, co ma bezpośrednie przełożenie na nasze finanse publiczne. Jeżeli pożyczamy pieniądze drożej, musimy zgromadzić więcej środków, żeby potem ten dług obsłużyć, więc ma to swoje konsekwencje. Oczywiście to nie jest jeszcze żaden kryzys finansowy, ale świetnie pokazuje połączenie różnego rodzaju elementów związanych z funkcjonowaniem dzisiejszego świata. Można o tym pomyśleć również w kontekście na przykład takich planów jak finansowanie programu zbrojeniowego ze sprzedaży złota. Złoto może w każdej chwili podrożeć albo potanieć. Jeżeli proces generowania zysku dzięki sprzedaży złota miałby trwać dwa lata, a tak przecież zapowiadał prezes NBP, to tak naprawdę nie wiemy, ile tych pieniędzy będziemy w stanie uzyskać. Takie wydarzenia jak wojna też mogą działać albo na plus, albo na minus – i oczywiście pokrzyżować nam plany. Wniosek jest taki, że przeciętny Polak, który być może myślał, że jakaś cieśnina tysiące kilometrów stąd nie wpłynie zbytnio na życie w naszym kraju, może się nieźle zdziwić. Nie ma czegoś takiego, że coś dzieje się w jednym miejscu, a my jesteśmy w pełni chronieni. Nie ma. W mniejszym czy większym stopniu, może nie bezpośrednio, może rykoszetem, ale praktycznie każdy z nas te skutki odczuje. Jeśli to się szybko uspokoi, to impuls będzie nieznaczny. Oczywiście ten, kto tankuje, już odczuwa to na stacjach, ale z punktu widzenia budżetu całego roku nie będzie to pewnie miało jakiegoś większego znaczenia. Najważniejsze jest to, ile ten konflikt potrwa i czy będzie eskalował. Tak jak wspomniałem: jeżeli będzie trwał w takiej formule jak teraz, bez nadzwyczajnie złych wydarzeń, to po jakimś czasie, czyli kilku tygodniach, maksymalnie miesiącach, przyzwyczaimy się i sytuacja też powinna się stabilizować. Ale wtedy wpływ na nas wszystkich będzie już większy, bo jednak przed tą stabilizacją bardziej rozchwiane rynki i wyższe ceny ropy będą się coraz bardziej przekładały choćby na ceny innych towarów i usług. Ten impuls inflacyjny będzie dużo większy. Tym bardziej że nie tylko o ropę i gaz tu przecież chodzi. Czyli ostatecznie i tak będzie trochę jak w filmie: pan płaci, pani płaci, społeczeństwo płaci. Dokładnie tak!CZYTAJ TEŻ: Od awaryjnych lotów po konwoje. MSZ pomogło w ewakuacji tysięcy turystów