Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. O zamachach na World Trade Center, a może bardziej na wyobrażenia o tym, jak bezpieczny jest współczesny świat, dowiedziałam się jako 16-latka. Świadoma nastolatka znająca kawałek historii, zainteresowana polityką, oglądająca „Wiadomości”, bo przecież telewizje informacyjne wtedy ledwie raczkowały. Pewnie, że wcześniej coś tam wiedziałam o tym, co działo się w byłej Jugosławii, Zatoce Perskiej, Czeczenii, ale przecież ta wiedza była mocno ograniczona do kilku minut podsumowania w serwisie, lub przeczytanego w gazecie rodziców jakiegoś tekstu. Zero nagrań wybuchów zalewających internet, zero szokujących zdjęć, w zasadzie zero obaw o własne bezpieczeństwo, bo przecież świat nie był wtedy jeszcze tak otwarty, jak jest teraz. Chyba nie znałam nikogo, kto planowałby wakacje po drugiej stronie globu, albo oglądałby teatralne sztuki na Broadwayu.Wiadomo było, że to, co dzieje się – gdzieś tam – nas w zasadzie nie dotyczy. Że bolesne doświadczenie wojny mój kraj ma za sobą. Strach związany z aktem terroru z 11 września – dopadł mnie dopiero, gdy miałam 16 lat. Przez naście lat żyłam bez jakiegokolwiek poczucia zagrożenia.Cztery lata później ten strach dopadł mnie już dość dosłownie, bo 7 lipca 2005 roku akurat wsiadłam do londyńskiego metra, by jechać do kolejnych miejsc, w których miałam zostawić swoje CV. Jako studentka szukałam tam wakacyjnej pracy i dobrego zarobku.Ale nagle metro się po prostu zatrzymało. Kazano nam wysiąść i choć miałam już ze sobą telefon komórkowy, kultową Nokię 1100, nie mogłam jej użyć, by dowiedzieć się, skąd ta panika, bo po prostu „odcięto” sieć. Biegłam więc ze zdenerwowanym tłumem, ludźmi, którzy pewnie wiedzieli już więcej ode mnie, aż w końcu trafiłam do włoskiej knajpy, w której BBC informowało o serii wybuchów w metrze, skoordynowanym ataku przeprowadzonym przez zamachowców-samobójców. Nie mogłam zadzwonić do rodziny, która – co oczywiste – bała się o mnie, wiedząc, że jestem w Londynie…Przecież miałam aż 21 lat, sama wyjechałam z kraju, tylko przez przypadek znalazłam się w oku cyklonu i choć przerażona i bez pieniędzy, na które liczyłam, wróciłam chwilę później do Polski, to jednak przez moją głowę nie przechodziły myśli związane z poczuciem zagrożenia czyhającego na mnie na każdym kroku. Nie scrollowałam internetu (a nawet jeśli, to na pewno nie w takim stopniu, w jakim scrollujemy dzisiaj!), nie bombardowały mnie – nomen omen – drastyczne nagrania naocznych świadków, nie było X, TikToka i Instagrama, jakoś łatwiej było racjonalizować, odciąć się od tego, dyskutować o wydarzeniu, ale jednocześnie nie chłonąć jak gąbka każdej najmniejszej informacji go dotyczącej.Czytaj też: Maria Seweryn mówi o walce o alimenty. Ale takich głosów potrzeba więcejZmącony spokójW tym tygodniu pomyślałam, chyba po raz pierwszy (choć może podobne myśli gdzieś tam mgliście pojawiały się w momencie ataku Rosji na Ukrainę), że byłam szczęściarą, bo los dał mi tych kilkanaście lat dorastania w tzw. bezpiecznym świecie. Że mój spokój – w jakimś wymiarze – został zmącony, tak na poważnie, dopiero w 2001 roku, że byłam chyba pierwszym takim polskim pokoleniem i może ostatnim, które mogło mieć poczucie, że nic nam nie grozi. Choć wiem, że wielu uzna to za ignorancję czy banał, ale ja właśnie tak czułam. I z pewnością z tym poczuciem było mi dobrze.Nasze dzieci takiego dzieciństwa już mieć nie będą. Bo co z tego, że Polska wciąż wydaje się dość bezpieczna, skoro od czterech lat za naszą granicą rozgrywa się regularna wojna. Co z tego, że Bliski Wschód jest „tak daleko”, skoro reperkusje tej wojny odczujemy wszyscy. Już nie chodzi nawet o to, że nagle wiele turystycznych kierunków zostało odciętych czy że wystrzeliły ceny paliw, bo wiadomo, że na wojnach najwięcej tracą „zwykli” ludzie. Ale to też banał.Chodzi mi o to, że widmo aktów terroru będzie znów nas straszyć, że znów rozmawiamy o fatwie, że to, co do niedawna było bardzo dalekim Wschodem, którym niewielu w Polsce się interesowało, nagle stało się tematem numer jeden. Z tymi wszystkimi potwornymi przekazami wideo, z całą tą zalewającą nas informacyjną falą, przed którą we współczesnym świecie już nie sposób uciec.I jak odpowiedzieć dziewięcioletniemu dziecku na pytanie: „czy jesteśmy bezpieczni?”, skoro nie powinno się dzieci okłamywać?