Obalenie reżimu nie uzdrowi sytuacji. Amerykański i izraelski atak na Iran przetrącił kręgosłup teokratycznego reżimu w Teheranie. Pytanie: co dalej? Wydaje się, że prezydent Donald Trump nie ma pomysłu, jak zaprowadzić ład w tym nieszczęsnym ze wszech miar kraju, ani możliwości ku temu. Sojusznicy Iranu – Rosja i Chiny – nie kiwnęli palcem, by mu pomóc. Straciły wizerunkowo, ale paradoksalnie to oni mogą zyskać na dłuższą metę. Grają dalekosiężnie na każde osłabienie USA i chaos na Bliskim Wschodzie może być im wyjątkowo na rękę. Atak na Iran był pewnym zaskoczeniem, wobec toczonych negocjacji z tym krajem. Można powątpiewać w intencje Amerykanów przed zaplanowanymi na czwartek 27 lutego rozmowami z przedstawicielami reżimu w Genewie, skoro – jak twierdzi Izrael – termin ataku został wyznaczony „kilka tygodni wcześniej”. Zapewne podczas ostatniej wizyty premiera Benjamina Netanjahu w Białym Domu.Głównym tematem kolejnej rundy rozmów miało być ograniczenie irańskiego programu nuklearnego – brutalna pacyfikacja antyrządowych protestów i dziesiątki tysięcy ofiar aż tak nie interesowały Waszyngtonu. Teheran sugerował, że porozumienie jest możliwe, jeśli „priorytetem będzie dyplomacja” i kraj będzie mógł, choć symbolicznie, wzbogacać uran. Reżim być może i był skłonny się układać. Na pewno miał prawo się bać.Przed rozmowami minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi jeszcze raz zapewnił, że jego kraj chce wykorzystywać energię jądrową jedynie w celach pokojowych, na przykład medycznych lub do produkcji energii. – Wzbogacanie uranu to nasze prawo, a rozwijana przez nas technologia jest dla nas bardzo ważna – tłumaczył Aragczi w rozmowie ze stacją CBS News.W ostatnich dniach Stany Zjednoczone podniosły stawkę i naciskały na szybkie zakończenie negocjacji. Żądały od Republiki Islamskiej całkowitego wycofania się ze wzbogacania uranu. Domagały się również, by kraj ograniczył produkcję rakiet balistycznych oraz odciął wsparcie finansowe i militarne dla fundamentalistycznych grup – Hezbollachu w Libanie, Hutich w Jemenie czy Hamasu w Strefie Gazy. Tworzenie „Osi oporu” było jedną z głównych taktyk reżimu na Bliskim Wschodzie.Wzbogacanie uranuPortal Axios ujawnił, że nowa propozycja USA obejmowała również 10-letnie moratorium na wzbogacanie uranu przez Teheran. Oferowano również drugiej stronie nieodpłatne dostarczanie nisko wzbogaconego paliwa jądrowego na potrzeby cywilne, co akurat byłoby bardzo rozsądnym rozwiązaniem.Serwis wskazał, że wysłannicy Białego Domu Jared Kushner i Steve Witkoff byli „skrajnie sceptyczni”, jeżeli chodzi o szansę osiągnięcia porozumienia. Amerykańska delegacja miała też „bardzo jasno” zadeklarować użycie siły militarnej, jeśli druga strona nie zaakceptuje warunków.Reżim odrzucił propozycje i groźby, co – jak się okazuje – i tak nie miało żadnego znaczenia. Podobnie jak słowa prezydenta Donalda Trumpa z orędzia wygłoszonego kilka dni przed atakiem. Groził, że jeśli Teheran nie spełni żądań amerykańskiej administracji, „to będzie bardzo zły dzień dla Iranu”. W tym czasie – dalej Axios – już od kilku dni miała toczyć się wojna.Jak ujawniono, termin wyznaczono pierwotnie na 21 lutego, po tym, jak załamały się poprzednie negocjacje. Celem byli przede wszystkim ajatollah Ali Chamenei i jego synowie. „Amerykańscy i izraelscy urzędnicy uznali, że jednym z głównych powodów była zła pogoda w regionie. Inny izraelski urzędnik stwierdził, że opóźnienie było spowodowane głównie przez stronę amerykańską i wiązało się z potrzebą lepszej koordynacji z siłami obronnymi Izraela” – przekazał Axios, powołując się na źródła.FortelWaszyngton i Tel Awiw chciały „wyraźnie dać do zrozumienia, że nie planują rychłego ataku, by Chamenei i inni poczuli się bezpiecznie” – powiedział anonimowy izraelski urzędnik. W tym czasie pilnie uważano, żeby Najwyższy Przywódca nie ukrył się w jakimś bunkrze. Stąd – padło wyjaśnienie – zgoda na kolejną turę rozmów dla odwrócenia uwagi.Co ciekawe, inne źródło przekonywało, że nowa data ataku została ustalona „ze względów taktycznych i operacyjnych”, zaś same rozmowy były „autentyczne”. Dowodziło, że gdyby prezydent Trump dostrzegł w Genewie znaczący postęp w negocjacjach, mógłby ponownie „opóźnić uderzenie”. Zwrot „opóźnić” jest jednak czym innym niż „odwołać”.Od kilku tygodni Pentagon gromadził na Bliskim Wschodzie duże siły wojskowe. W regionie operowała grupa uderzeniowa lotniskowca USS Abraham Lincoln, zbliżała się kolejna grupa uderzeniowa z lotniskowcem USS Gerald Ford. W bazie na południu Izraela stacjonują myśliwce wielozadaniowe F-22 Raptor. To największa koncentracja amerykańskich sił w rejonie Iranu od czasu interwencji w Iraku w 2003 roku.Było to zgodne z zasadą kompozycyjną, która przeszła do historii jako „Strzelba Czechowa”. „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam” – tłumaczył rosyjski pisarz w 1899 roku.Niedostatek planowaniaStrzelba wystrzeliła. Wywołała „Epicką Furię” i zbudziła „Ryczącego Lwa”. Trzeba przyznać, że kryptonimy operacji wojskowych Stanów Zjednoczonych i Izraela w ostatnich latach stają się coraz bardziej groteskowe. Mogą świadczyć o pewnym poziomie duchowym dowódców w Pentagonie i izraelskim resorcie obrony. Bardziej niepokojący jest niedostatek planowania strategicznego.Samo militarne założenie było dobre. Uderzenie jak największymi siłami w jak najkrótszym czasie w jak największą liczbę strategicznych obiektów oraz przywódców wroga pozwoliło go sparaliżować przy jednoczesnym ograniczeniu strat własnych do minimum. To jednak jedyne, na co stać administrację Trumpa. Nie ma jasnego planu, co potem – jak ustabilizować sytuację, jak zaprowadzić sprawiedliwy ustrój w Iranie.Ani jednego, ani drugiego nie zrobi zainstalowanie Cyrusa Rezy Pahlawiego, syna ostatniego szaha Mohammada Rezy Pahlawiego. Ma on wyłącznie nazwisko, zresztą będące symbolem szczególnie brutalnej dyktatury, obalonej w wyniku rewolucji islamskiej w 1979 roku. Jest też przedstawicielem obcej już kultury, a Irańczycy (i nie tylko) obcych niekoniecznie tolerują. Jakich słów Pahlawi by nie używał, byłby człowiekiem przysłanym przez znienawidzone USA i Izrael.Wielotysięczne demonstracje nie wyłoniły żadnych trybunów ludowych, których charyzma utorowałaby im drogę do władzy. Co bardziej aktywni manifestujący byli wyłapywani, katowani, skazywani na lata więzienia albo po prostu masowo mordowani. Organizacji żadnej nie byli w stanie zorganizować. Bezpieka z Gwardią Rewolucyjną, na czele skutecznie o to zadbała.Pogrobowcy ChameneiaSame naloty na Iran nie są w stanie uzdrowić sytuacji w tym nieszczęsnym kraju, niezależnie od heroicznej nazwy nadanej kryptonimowi operacji. Wyeliminowanie przywództwa nigdy nie usunie samej dyktatury. Nieważne jak bardzo zbrodniczy byliby ajatollahowie i ich pomocnicy, w Iranie nadal są setki tysięcy ich wyznawców, osób czerpiących profity, którzy w taki czy inny sposób utrzymają reżim, zadbają o spuściznę.Pogrobowcy Alego Chameneia dysponują i sami tworzą aparat terroru. Gdy wojna się skończy, będą odbudowywać własną totalitarną Republikę Islamską. Nie stworzą bowiem nagle demokracji liberalnej na wzór zachodni, która jest im całkowicie obca kulturowo. Poza tym demokracja ma ten brzydki dla zbrodniarzy zwyczaj, że lubi rozliczać, a tego należy się bezwzględnie wystrzegać.Czytaj także: Zakon Śmierci. Iran kroczy drogą Rosji Putina i Niemiec HitleraEliminowanie kolejnych liderów reżimu też nie rozwiąże problemu. Ajatollah Arafeh pełnił obowiązki Najwyższego Przywódcy po wyeliminowaniu Chameneia przez zaledwie dobę, dopóki i on nie stanął przed obliczem Miłosiernego Litościwego. Kolejny ajatollah Makarem Shirazi już ogłosił dżihad przeciwko USA i Izraelowi. Można zakładać, że i on wkrótce dołączy do poprzedników. Oczywiście będą kolejni, już bez szczególnej charyzmy, ale będą.Podobnie ze służbami. Teheran potwierdził śmierć szefa Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (Sepah-e Pasdaran) Mohammada Pakpura i doradcy ds. bezpieczeństwa Alego Szamchaniego. Zginąć mieli również szef sztabu generalnego sił zbrojnych Iranu Abdulrahim Musawi oraz minister obrony Aziz Nasir Zadeh. Do tego dziesiątki dowódców, przywódców, bonzów i tak dalej. Próżnia jest na bieżąco zapełniana, co widać po atakach odwetowych.Zmiana władzy w Iranie mogłaby się odbyć wyłącznie w wyniku operacji lądowej, opanowania całego kraju i całkowitej wymiany administracji. Irańczycy musieliby się nauczyć sprawiedliwie rządzić, a nie jakoś żyć pod butem. Jest to proces czasochłonny i wymagający zaangażowania znacznych sił. Dodatkowo musiałyby to być siły mające jakiś mandat międzynarodowy, i to bynajmniej nie Rady Pokoju.Sytuacja przedstawia się więc tak, że z obecnego chaosu w Iranie ani chybi zrodzi się kolejna dyktatura, która będzie rozwinięciem, raczej nie reinkarnacją poprzedniej. Jej mitem założycielskim będą nienawiść do USA i Izraela oraz brak zaufania do rodaków. Na uczciwą i sprawiedliwą władzę nie ma co liczyć.Rząd jedności narodowej w Teheranie nie powstanie – za duży jest rozdźwięk między gnojonymi przez lata Irańczykami a gnojącymi. Wydaje się, że nowa-stara władza będzie jeszcze intensywniej zabiegała o poparcie przeciwników Waszyngtonu, a więc Chin i Rosji. Licząc na gwarancje bezpieczeństwa, stanie się jeszcze łatwiejszym kąskiem.BRICS kontra NATO i G7Iran już jest członkiem BRICS, sojuszu będącego swoistym anty-NATO i zrzeszającym między innymi Chiny, Rosję i Indie. Nie jest to instytucja o charakterze militarnym, ale przede wszystkim ekonomicznym, której wartość w parytecie siły nabywczej już przekroczyła wartość państw z grupy G7.Marzeniem Pekinu i Moskwy jest uczynienie z BRICS przeciwwagi dla Stanów Zjednoczonych, stąd próby zwiększenia politycznego znaczenia tej organizacji. – Powinniśmy wspierać solidarność i współpracę, aby wspierać synergię na rzecz wspólnego rozwoju. Jak głosi chińskie przysłowie: „Dobrą stal wykuwa dobry kowal”. Skuteczniej poradzimy sobie z wyzwaniami zewnętrznymi tylko wtedy, gdy w pierwszej kolejności dobrze pokierujemy własnymi sprawami – mówił prezydent ChRL Xi Jinping podczas wirtualnego szczytu we wrześniu ubiegłego roku.Wiadomo, czym są rzeczone „wyzwania zewnętrzne”. – Powinniśmy wykorzystać nasze mocne strony, pogłębić praktyczną współpracę i zwiększyć produktywność naszej współpracy biznesowej, finansowej, naukowej i technologicznej, aby wzmocnić fundamenty, dynamikę i wpływ szerszej współpracy BRICS oraz zapewnić naszym narodom więcej praktycznych korzyści – dowodził Xi. Tu też można się domyśleć, czym są „praktyczne korzyści”.Republika Islamska do ostatnich godzin przed amerykańskim atakiem była aktywnie zaangażowana w to pogłebianie współpracy. Szczególnie z Rosją. Teheran wysyłał reżimowi Władimira Putina między innymi drony Shahed, wykorzystywane w atakach terrorystycznych na ukraińskie miasta. Ujawniono także, że Moskwa i Teheran podpisały porozumienie o sprzedaży do Iranu broni o wartości pół miliarda dolarów.Rosyjskie wyrzutnie dla IranuDziennik „Financial Times” podał, że w grudniu ubiegłego roku Rosja i Iran zawarły umowę na dostarczenie w ciągu najbliższych trzech lat 500 przenośnych wyrzutni 9K333 Verba oraz około 2,5 tysiąca pocisków 9M336. Są to zestawy pocisków rakietowych ziemia-powietrze czwartej generacji, przeznaczone do zwalczania celów powietrznych na niskim pułapie, w szczególności wrogich samolotów.Zestaw Verba został wyposażony w zaawansowaną technologię mającą skutecznie razić nawet w przypadku korzystania przez przeciwnika z wabików czy zakłóceń optycznych. Ulepszona głowica naprowadzająca pozwala na skuteczniejsze namierzanie zagrożeń o niskiej widoczności, w tym bezzałogowców, nawet w warunkach silnych zakłóceń elektronicznych.Można przyjąć, że reżim Chameneia chciał wzmocnić obronę przed amerykańskimi i izraelskimi atakami z powietrza. Zapewne nie łudzono się, że dzięki nim uda się odeprzeć spodziewaną ofensywę. Przypuszczalnie chodziło o jej utrudnienie, a na współczesnym polu walki i ono ma znaczenie.„Financial Times” przekazał, że niektóre systemy przeciwlotnicze mogły zostać dostarczone przed terminem, gdy nasiliły się groźby ze strony Waszyngtonu. W ostatnich tygodniach odnotowano kursowanie samolotu transportowego Ił-76 między lotniskiem w Mineralnych Wodach w Kraju Stawropolskim Federacji Rosyjskiej a Iranem.Nie wiadomo, czy w ostatnich dniach Irańczycy wykorzystali choć jedną wyrzutnię, którą Rosja wycenia na 40 tysięcy dolarów, czy wystrzelono choć jeden pocisk wart 170 tysięcy dolarów. Podobnie nie wiadomo, czy w akcji zostały użyte noktowizory Maugli-2, których dostawę pięciuset sztuk zadeklarowała Moskwa. Samo zamówienie tych urządzeń świadczy o dobrym zrozumieniu taktyki Amerykanów, celujących w operacje w warunkach ograniczonej widoczności i w nocy.Teheran z prośbą w MoskwieŹródła zaznajomione ze sprawą ujawniły, że Teheran po raz pierwszy zwrócił się do partnera w sprawie wyrzutni w lipcu ubiegłego roku. Odbyło się to więc niedługo po tym, gdy Izrael zaatakował jak zawsze w obronie (operacja „Naród jak Lwica”), zaś USA przeprowadziły ataki na irańskie instalacje jądrowe (operacja „Północny Młot”).Teokratyczny reżim najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że jego obrona przeciwlotnicza jest niewystarczająca. Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu ubiegłego roku izraelskie siły zniszczyły znaczną część irańskiej infrastruktury obrony przeciwlotniczej i zapewniły sobie przewagę. To ułatwiło Amerykanom zadanie. Kluczowe obiekty i zasoby wojskowe, a przede wszystkim nuklearne zostały wystawione na precyzyjne ataki powietrzne i poniosły znaczne straty.Najwyraźniej nieprawdą były późniejsze twierdzenia prezydenta Trumpa, który przekonywał, że „unicestwił” irański program nuklearny. Gdyby tak było, nie musiałby grozić, a potem przeprowadzać kolejnych ataków w ramach konieczności reakcji na „złowrogie ambicje nuklearne” Iranu.Dyplomacja to sztuka sygnałów. Można spekulować, czy ujawnienie kontraktu na zakup rosyjskiej broni przez Iran nie było ostrzeżeniem dla USA – pamiętajcie, że mamy potężnego sojusznika. Sama broń, nawet gdyby faktycznie została dostarczona i wykorzystana, nie mogła zmienić układu sił – co innego wsparcie Kremla.Tym bardziej że 17 stycznia ubiegłego roku Rosja i Iran podpisały 20-letnią umowę o partnerstwie strategicznym. Moskwa się postarała, celowo nie zawarła klauzuli o wzajemnej obronie. Około jedna trzecia jego artykułów dotyczy rozszerzonej współpracy wojskowo-technicznej, ale nie ma wiążącego zobowiązania do bezpośredniej pomocy wojskowej w przypadku ataku.Zamiast tego umowa przewiduje, że żadna ze stron nie powinna udzielać pomocy agresorowi oraz że obie strony będą przyczyniać się do działań deeskalacyjnych. Stanowi to ostry kontrast z porozumieniem Rosji z Koreą Północną, które zawiera wyraźne postanowienia dotyczące wsparcia wojskowego.Rosja boi się USAMoskwa zasygnalizowała poparcie, ale tak, żeby nie wejść na kurs kolizyjny ze Stanami Zjednoczonymi. Teheran teoretycznie wzmacniał swoją pozycję, ale bez uzyskania formalnych gwarancji był skazany na porażkę. Albo reżim Alego Chameneia nie mógł liczyć na więcej, albo został ograny.Owszem, w połowie lutego tego roku siły morskie obu krajów przeprowadziły wspólne ćwiczenia w Zatoce Omańskiej. Sygnał. Rosyjska propaganda twierdziła, że manewry odbyły się w pobliżu amerykańskiego lotniskowca. Był to jednak tylko pusty gest, który w Waszyngtonie nie zrobił wrażenia.Teokracja mogła się łudzić, że nie jest osamotniona, a nawet mogła połasić na podjęcie działań wykraczających poza zwykłą obronę i na przykład zakłócić ruch tankowców przez strategiczną Cieśninę Ormuz, co miałoby natychmiastowe konsekwencje dla globalnych rynków energii. Z jej punktu widzenia było to ostrzeżenie dla USA, że konflikt nie będzie bezkosztowy i miałby wpływ na rynki energetyczne, morskie szlaki handlowe oraz zakłóciłby już kruchą równowagę regionalną. Trump się nie przejął.Reżim liczył także na pomoc Chin, które prowadzą własną grę na osłabianie Stanów Zjednoczonych. Brytyjski dziennik „The Telegraph” i agencja Reutera informowały, że Teheran jest bliski zakupu chińskich pocisków naddźwiękowych CM-302, który teoretycznie mógłby zniszczyć amerykańskie lotniskowce. Jednostki te są rdzeniem strategii Pentagonu.Ponaddźwiękowy pociskBroń ta dotąd nie została użyta w walce. Jej producent, China Aerospace Science and Industry Corporation, twierdzi, że pocisk jest bardzo trudny do przechwycenia. Może się przemieszczać z prędkością nawet czterokrotnie większą niż dźwięk na odległość 290 km, przenosić ćwierć tony materiałów wybuchowych. Kluczem jest wykonywanie zygzakowatych ruchów w końcowej fazie lotu przed uderzeniem w cel, co ma zmylić obronę przeciwlotniczą atakowanego okrętu.Ujawniono, że negocjacje rozpoczęły się dwa lata temu, ale również przyspieszyły po ataku Izraela i USA. Nie sprecyzowano, ile konkretnie pocisków Iran zamierzał kupić, ani tego, kiedy mogłyby dotrzeć pierwsze dostawy. – Jeśli Iran będzie miał naddźwiękowe zdolności do atakowania statków w tym rejonie, będzie to oznaczało całkowitą zmianę – ocenił Danny Citrinowicz, były izraelski oficer wywiadu i analityk do spraw bezpieczeństwa.Czytaj także: Cele USA i Izraela w wojnie z Iranem są „zbieżne, ale nie identyczne”Agencja Reutera ustaliła, że gdy latem ubiegłego roku rozmowy weszły w końcową fazę, do Chin udali się wysocy rangą irańscy wojskowi i urzędnicy, w tym wiceminister obrony Massoud Oraei. Dziennikarzom agencji nie udało się ustalić, ilu pocisków miała dotyczyć i jaka kwota wchodziła w rachubę.– Iran ma porozumienia wojskowe i dotyczące spraw bezpieczeństwa ze swoimi sojusznikami i teraz jest odpowiedni moment, aby z nich skorzystać – mówił Reutersowi urzędnik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Reżim mógł liczyć na wsparcie, ale nie wiadomo, czy Chiny nie wycofały się z umowy wobec wzrostu napięcia w regionie, by na tym etapie nie drażnić USA.Ostatecznie Teheran nie osiągnął „naddźwiękowych zdolności do atakowania statków”. Był zdany na własne systemy rakietowe, które pozwoliły razić cele na terytorium sąsiadów będących sojusznikami Waszyngtonu, w Izraelu oraz brytyjską bazę na Cyprze. Jeżeli chodzi o zdolności obronne, nie ochroniły przywódców czy ośrodka wzbogacania uranu w Natanz niedaleko miasta Kom, na południe od Teheranu, atakowanego już podczas ubiegłorocznej wojny.Teheran bez pomocyBardziej bolesne dla reżimu było zorientowanie się, że sojusznicy mu nie pomogą. Chiny wyraziły jedynie „poważne zaniepokojenie” atakami USA i Izraela na Iran. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Pekinie wezwało do wstrzymania działań zbrojnych i szanowania suwerenności Iranu. Zaznaczono, że powinno się uniknąć dalszej eskalacji napięć i przywrócić dialog dyplomatyczny.„Suwerenność, bezpieczeństwo i integralność terytorialna Iranu powinny być szanowane” – podkreślił rzecznik chińskiego MSZ w komunikacie. „Apelujemy o natychmiastowe zaprzestanie działań wojskowych” – dodał. Wartość sprawcza takiej deklaracji była zerowa i również świadczyła, że Pekin nie chciał wejść na kurs kolizyjny w Trumpem.Xi Jinping musiał przełknąć kolejną gorzką pigułkę. Najpierw stracił dostęp do wenezuelskiej ropy po upadku Nicolasa Maduro, a teraz irańskiej. Chińczycy kupowali objętą sankcjami ropę, co było kroplówką dla reżimu w Teheranie, teraz zostali od niej odcięci, na domiar złego zaliczyli wizerunkową wpadkę. Zamiast być światowym liderem – taką mają ambicję – muszą się liczyć z USA.Również Rosja nie kiwnęła palcem, by pomóc sojusznikowi. MSZ w Moskwie zażądało przerwania działań zbrojnych i rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Zgłosiło też gotowość do włączenia się w proces rozmów. Putin wysłał do Teheranu telegram po śmierci Alego Chameneia, którego zabicie nazwał „cynicznym pogwałceniem moralności i prawa międzynarodowego”. Działania USA i Izraela określił natomiast mianem „amoralnych”. Obłuda i hipokryzja.Pieskow ubolewaRzecznik MSZ Dmitrij Pieskow oświadczył, że Moskwa ubolewa nad tym, iż „pomimo deklarowanego postępu w negocjacjach między Iranem a Stanami Zjednoczonymi sytuacja sprowadziła się do bezpośredniej agresji”. Jednocześnie, zapewniał, „kontynuuje prace, które leżą w jej interesie”. Zapewne Kreml konsultuje się z Pekinem, co robić.Bez wątpienia amerykański i izraelski atak na Iran był poważnym ciosem dla ambicji Rosji i Chin w budowaniu dwubiegunowego układu na świecie i osłabiania pozycji USA. Obnażył brak możliwości przeciwdziałania wobec ruchów Waszyngtonu. Dla Pekinu oznacza też wymierne straty finansowe, w postaci wzrostu cen ropy naftowej i straty kolejnego dostawcy surowca dla swojej nienażartej gospodarki.Z drugiej strony Moskwa i Pekin odniosły pewne korzyści. Po pierwsze otrzymały broń propagandową – „spójrzcie, oto Trump i Netanjahu łamią prawo międzynarodowe i przeprowadzają niesprowokowane ataki”. Może to w jakimś stopniu pomóc w konsolidacji własnego bloku geopolitycznego.Po drugie, gdy wojna się skończy, a w Iranie utrzyma się chaos, mogą tym łatwiej podporządkować sobie przyszłe władze w Teheranie. Długotrwała interwencja amerykańska osłabi przede wszystkim politycznie Biały Dom, a taka jest długoterminowa strategia Pekinu. Na dłuższą metę jedynymi zwycięzcami wojny w Iranie mogą być Rosja a przede wszystkim Chiny.