„Bezkresny lęk”. Jesteśmy przemęczeni – mówi większość polskich rodziców. Duża większość, bo prawie 80 proc. matek i ojców. Ale to nie samo rodzicielstwo tak wyczerpuje, tylko wszystko to, co wokół. Chcemy być jak najlepszymi rodzicami. Idealnymi. Stąd też tytuł raportu Fundacji Kosmos dla Dziewczynek, który próbuje odpowiedzieć na pytanie, czym jest dziś rodzicielstwo, i zbadać kondycję rodziców, brzmi: „Wyczerpani doskonałością”. Czytamy poradniki, śledzimy profile „parentingowych influencerów” w mediach społecznościowych, staramy się zapewnić dzieciom jak najlepszą edukację, zdrową dietę, ciekawe zajęcia dodatkowe. Na angielski i inne dodatkowe zajęcia zapisujemy roczne już dzieci, uważnie przyglądamy się każdemu etapowi rozwojowemu, jesteśmy w stałym kontakcie z nauczycielami i wychowawcami. Czytamy Jaspera Juula, praktykujemy rodzicielstwo bliskości i cały czas zadajemy sobie pytanie: czy to wystarczy?Niepewność, presja – także wobec samych siebie – i lęk, w tym także o pieniądze – sprawia, że jesteśmy wyczerpani. Aż 78 proc. matek i 63 proc. ojców przyznaje, że jest przemęczona. Część skarży się na brak wsparcia, bo mało kto może liczyć na tę „wioskę”, która potrzebna jest do wychowania jednego dziecka. Wioski nie ma – są wymagania. Aż 70 proc. matek i ojców chciałoby być jeszcze lepszymi rodzicami, a 64 proc. przyznaje, że czuje się przytłoczona natłokiem informacji. Do tego dochodzi lęk o dzieci, który odczuwa 72 proc. rodziców. To gotowy przepis na wypalenie rodzicielskie. Joanna Szulc, psycholożka: Na wypalenie rodzicielskie składa się wiele przyczyn, niektóre z nich mają swoje źródła w historii. Rodzice współczesnych nastolatków to osoby, które zahaczyły o czas transformacji ustrojowej. Pamiętają zgrzebność i biedę PRL-u, a potem nagły wybuch kapitalizmu, z jego bezwzględnością i nowymi możliwościami. Trzeba było zagryzać zęby, ciężko pracować, ale można się było dorobić. I wielu ludzi zamarzyło o tym, by dać dzieciom fajne życie, z zagranicznymi wyjazdami, dobrą edukacją, dostępem do różnych udogodnień i atrakcji. W dużym skrócie – rodzice ciężko pracowali, a dziecko miało spełniać ich marzenia. Przestawało być tylko dzieckiem, a stawało się ambitnym projektem. To od rodziców wymagało ogromnych wyrzeczeń, a dla dzieci było wielkim obciążeniem, bo stawiało je pod presją, a bez realnego wsparcia zapracowanych rodziców. Czytaj też: Przemoc w przedszkolu? Dyrektorka „w olbrzymim szoku” po doniesieniachWszystko kręci się wokół dzieciMagda, 45 lat, mama dwojga dzieci: Z dzieciństwa pamiętam, że zajmowaliśmy się sami sobą. Lataliśmy po dworze z „kluczem” na szyi i jakoś nikt specjalnie się nami nie przejmował. Rodzice byli, ale pracowali, chodzili na wywiadówki, jeździliśmy na wakacje, odrabialiśmy prace domowe. I w sumie tyle. U nas jest inaczej, mam wrażenie, że całe moje życie kręci się wokół dzieci. Na mnie nie ma czasu ani miejsca. No właśnie. Cytowana w raporcie dr Dorota Szczygieł, psycholożka, adiunktka na Uniwersytecie SWPS, pyta: skąd bierze się ten nadmiar odpowiedzialności? „Współczesne rodzicielstwo funkcjonuje w warunkach wysokich oczekiwań. Od rodziców wymaga się dziś nie tylko opieki i troski, ale także stałej uważności, wspierania rozwoju dziecka oraz podejmowania ‚właściwych’ decyzji na kolejnych etapach wychowania. W ostatnich dekadach ukształtował się model intensywnego rodzicielstwa, w którym dziecko staje się centrum życia, a rodzic ma być nieustannie dostępny i odpowiedzialny za większość aspektów jego funkcjonowania” – komentuje raport. Do tego odnosi się Joanna Szulc, która wyjaśnia, że na socjologiczne czynniki nakłada się zalew informacji i nowych trendów, najpierw opisywanych w prasie parentingowej, a potem na forach internetowych, w portalach, wreszcie mediach społecznościowych. – Młodzi rodzice dostawali dziesiątki sprzecznych informacji od rzekomych ekspertów, byli bombardowani przekazami marketingowymi – „musisz to kupić dla dziecka”, „musisz dopilnować, żeby twoje dziecko”, „nie wolno ci przegapić tych objawów”… Zaniepokojeni rodzice, zamiast czerpać radość z kontaktu z dzieckiem, często czuli lęk o to, czy ono dobrze się rozwija, czy nie pozostaje w tyle za rówieśnikami. Zapisywali na specjalne zajęcia (taniec i angielski już dla rocznych dzieci), rehabilitowali „na wszelki wypadek”, kupowali wyłącznie edukacyjne zabawki. Żeby nie przepuścić żadnej okazji do wyposażenia dziecka na przyszłość – dodaje. Przy okazji pogłębiała się przepaść między pokoleniem dziadków i rodziców (zupełnie inaczej podchodzących do opieki i pielęgnacji, nie mówić o wychowaniu dzieci). Zresztą wielu rodziców wyjeżdżało do odległych miast za pracą i wychowywało swoje dzieci z dala od wspierającej obecności krewnych. Mamy więc połączenie wysokich oczekiwań, niepokoju, presji i osamotnienia.Czytaj też: Media społecznościowe uzależniają? Facebook zignorował uwagi pracownikówNie wyrabiam. „Bezkresny lęk”Ale to nie wszystko, bo spokojnemu rodzicielstwa nie sprzyja i sytuacja na świecie. Trzeba dołożyć jeszcze niepewność zatrudnienia, kryzys, pandemię, lęk przed wojną, przebodźcowanie technologią oraz kryzys zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. – Wychodzi nam idealne środowisko do życia w nieustannym niepokoju, zmęczeniu i poczuciu bezradności – mówi Joanna Szulc. Ola, 40 lat, mam trojga dzieci: Czasami mam poczucie, że oszaleję. Wszystko jest edukacyjne, zdrowe, fit, trzeba podawać takie suplementy, być obecnym rodzicem, wozić na zajęcia, non stop siedzieć w librusie. Doba jest za krótka na wszystko, a w dodatku jak tylko wejdę do internetu, dostaję dziesiątki, zwykle złych, wiadomości. Nie wyrabiam.72 proc. rodziców często odczuwa niepokój o swoje dzieci, przy czym matki częściej niż ojcowie (79 proc. wobec 65 proc.). Najczęściej obawy dotyczą bezpieczeństwa w sieci, zdrowia psychicznego i fizycznego. – To ta część raportu, która zwróciła moją największą uwagę – mówi pediatra, dr Katarzyna Zych-Krekora. – Tu się kryje duża część odpowiedzi na pytanie, dlaczego jako rodzice jesteśmy tak wyczerpani, a jednocześnie surowi wobec siebie, bo tę poprzeczkę stawiamy sobie naprawdę wysoko. Kiedyś lęk miał granice, dziś jest bezkresny. Kiedyś rodzic porównywał się najwyżej do własnych rodziców, sąsiadów albo kilku znajomych rodzin. Dziś porównuje się do milionów obrazów z internetu, a to budzi poczucie bycia gorszym, niewystarczającym. Na ten sam aspekt uwagę zwraca w raporcie Marcin Perfuński, dziennikarz znany w sieci jako SuperTata: „Współczesny świat podsuwa nam nierealne wzorce w postaci wymuskanych profili w mediach społecznościowych, na których dzieci są zawsze uśmiechnięte i puciate niczym na obrazach Rubensa, a fit rodzice z matchą w dłoniach zastanawiają się, co zrobić z tym ogromem wolnego czasu, jaki daje im zawsze grzeczne potomstwo. Tymczasem realność tego, co znajduje się poza kadrem fotek z Instagrama, bywa wspólna nam wszystkim: przepełniony kosz na brudną bieliznę, nierozpakowana zmywarka, sterta rozsypanych klocków na podłodze, na które oczywiście wciąż nadeptujemy. Szkoda, że zamiast przybijać sobie wtedy piątki i wyciągać nawzajem z trudności, częściej w sytuacjach kryzysowych pytamy: ‚Gdzie byli rodzice?’. Mentalność rankingów, nieustannego oceniania i porównywania się przesiąka współczesne rodzicielstwo i to chyba jeden z największych triggerów naszych czasów. Bo zawsze będziemy niewystarczający, zawsze ktoś będzie miał lepiej i zawsze komuś nie będzie się podobać nasz model wychowania”.Chcemy więc być jeszcze lepsi – aż 70 proc. z nas deklaruje, że chciałoby być jeszcze lepszymi rodzicami. Ale nie będziemy lepszymi rodzicami, jeśli będziemy wyczerpani. Napięta twarz, grymas rozdrażnienia i telefon w ręceOla, 42 lata, mam jedynaczki: Mam poczucie, że nie daję rady. Zdarza mi się, że podniosę głos, krzyknę, a jeśli to się wydarzy, czuję się jak najgorsza matka świata, która zafundowała dziecku traumę na całe życie. Joanna Szulc: Wypalony, zmęczony rodzic nieczęsto patrzy dziecku w oczy, a jeśli już, to raczej nie z łagodnym uśmiechem lub neutralnym wyrazem twarzy. Ma napiętą twarz, grymas rozdrażnienia na twarzy, skupia się na tym, co negatywne, trudne, stresujące. Nie oskarżam rodziców, rozumiem ich emocje. Tylko, że tak to właśnie wygląda z perspektywy dziecka, które na dodatek często widzi twarz mamy lub taty podświetloną ekranem telefonu i skupioną na cyfrowych bodźcach, zamiast na dziecku. Tymczasem ono z twarzy rodzica wyczytuje informacje o świecie, o sobie, o ludziach wokół. Gdy widzi napięcie i stres, odczuwa niepokój. Część dzieci reaguje wycofaniem, smutkiem, kumulowanym stresem. Część będzie pokazywać napięcie na zewnątrz poprzez różne trudne zachowania, np. agresję w kontaktach z rówieśnikami czy problemy z nauką. Rodzic widzi, że z dzieckiem coś się dzieje i napięcie jeszcze wzrasta. Problemy zaczynają się nawarstwiać. Czasem jest tak, że dziecko trafia do specjalisty, np. psychologa, ale to cała rodzina potrzebuje pomocy.Dr Katarzyna Zych-Krekora podkreśla, że fakt, iż aż tylu rodziców zgłasza wyczerpanie, nie oznacza, że są niewydolni. – Pytanie, czym tak naprawdę są wyczerpani? Bo skoro rano idą do pracy, w której odczuwają permanentny stres, później boją się, czy zdążą odebrać dziecko z przedszkola czy szkoły na czas, czy mają w domu idealny wege/fit posiłek i wyrobią się na zajęcia dodatkowe, to będą wyczerpani i rozżaleni, także dlatego, że nie mają ani chwili na oddech (to aż 59 proc. rodziców). Do tego dochodzą obawy o bezpieczeństwo finansowe.Czytaj też: Kobiety, które przełamują bariery. Finał plebiscytu „16 Liderek Równości”Od pierwszego do pierwszegoPrzeprowadzone w 2021 roku przez dra Konrada Piotrowskiego z SWPS badania wykazały, że posiadania rodziców żałuje aż 13 proc. polskich rodziców. To wyższy odsetek niż w innych krajach. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych i Niemczech wynosi on 7-8 proc. Powody takich postaw skupiają jak w soczewce to, o czym mówią rodzice cztery lata później; rodzice mówią o silnym wypaleniu rodzicielskim, wysokiej wrażliwości na oceny społeczne oraz problemach finansowych. Z kolei z danych Centrum Adama Smitha wynika, że koszty wychowania jednego dziecka do 18. roku życia to 346-358 tys. zł; średnie wydatki to 1602-1659 zł, choć wielu rodziców powie, że te kwoty są o wiele wyższe. Grupą, która znajduje się w szczególnie trudnej sytuacji, są samotni rodzice. W Polsce to dwa miliony samotnych matek, przy czym trzeba zaznaczyć, że prawie 300 tys. osób zobowiązanych do płacenia alimentów nie wywiązuje się z tego obowiązku. 43 proc. rodziców jest przekonana, żeby byliby lepszymi rodzicami, gdyby ich sytuacja finansowa była lepsza. Czyli: gdyby nie musieli wciąż martwić się, czy wystarczy im do pierwszego. Ania, 37-letnia mama dwojga nastolatków: Sama wychowuję dzieci. Dostają alimenty, po tysiąc złotych. Do tego dochodzi 800 plus na dwoje dzieci – i to jest duża pomoc, nie wiem, jak poradziłabym sobie bez tych pieniędzy. Żyję skromnie, z otwartą tabelką excela. Pieniądze to moje główne zmartwienie. Joanna Szulc: Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez pieniędzy trudno o spokojne funkcjonowanie. Nie rozumie tego tylko ten, kto nigdy nie bał się, że nie wystarczy na jedzenie, buty dla dziecka, wycieczkę szkolną i inne podstawowe potrzeby. Myślenie o tym, skąd wziąć pieniądze powoduje stres, branie nadgodzin czy dodatkowych zleceń, co wiąże się ze zmęczeniem. A przy dzieciach wydatków jest dużo. Zdarza się, że z trudem opłacone zajęcia przepadają, bo dziecko się rozchorowało albo że strój podarł się na treningu i trzeba kupić nowy… Każda taka sytuacja to dla zapracowanego rodzica (szczególnie myślę tu o rodzicach samotnie wychowujących, pozbawionych wsparcia, walczących o alimenty) kolejny stresor. Łatwo wybuchnąć, skierować złość na dziecko, powiedzieć coś, czego wcale się nie myśli. Na pewno łatwiej być spokojnym rodzicem, gdy ma się mniej zmartwień. Oczywiście są sposoby, by pracować nad swoimi przekonaniami i zachowaniami, a także modyfikować oczekiwania, ale czasem po prostu trzeba pieniędzy na leczenie czy transport. I ktoś je musi zdobyć. Tym kimś jest rodzic (głównie matka, bo to głównie kobiety samotnie wychowują dzieci – w Polsce to prawie dwa mln kobiet), który zaciska zęby, bierze dodatkowe zlecenie, i daje radę. Bo musi. Tyle tylko, że odbywa się to kosztem jego zdrowia, w tym psychicznego, i czasu z dzieckiem. Zamień dopaminę na serotoninęDr Katarzyna Zych-Krekora: Kiedyś istniały naturalne amortyzatory tych obaw, mam tu na myśli przede wszystkim rodziny wielopokoleniowe, realną pomoc bliskich czy wolniejsze tempo życia. Nie ma złotych rad, bo wielu z nas jest trudno, a te oczekiwania, które sami sobie narzucamy, wcale nie pomagają, ale chyba warto przystopować. I pamiętać, że dobry rodzic to ten emocjonalnie dostępny; nie ten idealnie cierpliwy i wiecznie uśmiechnięty, ale obecny i przewidywalny. Z naciskiem na obecny realnie, nie tylko obok, z telefonem w ręce. Badania pokazują, że większość dorosłych spędza w social mediach nawet 4 godziny dziennie, przeglądając rolki w telefonie – żeby złapać chwilę dla siebie, wyłączyć się, odpocząć. Dać sobie trochę dopaminy. Ale tę dopaminę lepiej zamienić na serotoninę, po prostu będąc z dzieckiem. To nie muszą być wymyślne czynności, wystarczy wspólnie przygotowanie kolacji czy kubek ciepłego kakao. Czytaj też: Zakaz social mediów dla najmłodszych? Sondaż nie pozostawia wątpliwości