Czwarta rocznica wojny w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, którą Kreml określił mianem „operacji specjalnej”. Sama nazwa zdradzała istotę planu: to nie miała być długa, wyczerpująca wojna, lecz szybkie, ograniczone uderzenie, które w ciągu kilku dni złamie ukraińskie państwo. W Moskwie zakładano, że elity w Kijowie uciekną, administracja się rozsypie, a wojsko – pozbawione centralnego dowodzenia – przestanie stawiać opór. Cztery lata później widać wyraźnie, że był to jeden z największych strategicznych błędów w całej historii Rosji. Plan Kremla opierał się na kilku założeniach. Po pierwsze: Ukraina jest państwem słabym i wewnętrznie podzielonym, a jej społeczeństwo nie będzie gotowe do masowej mobilizacji. Po drugie: armia ukraińska nie odeprze uderzenia z kilku kierunków jednocześnie – z północy na Kijów, ze wschodu na Donbas i z południa na Chersoń czy Zaporoże. Po trzecie wreszcie: Zachód ograniczy się do słabych sankcji i nic nieznaczących politycznych deklaracji.Niedoszacowanie i przecenienieW pierwszych godzinach inwazji wiele przemawiało za tym, że ów plan może się powieść. Desant na Hostomel oraz kolumny pancerne zmierzające ku Kijowowi, Charkowowi i Chersoniowi sprawiały wrażenie dobrze skoordynowanej operacji. Jednak szybko okazało się, że Rosja nie walczy z rozpadającym się „sztucznym państwem”, lecz ze zdeterminowanym społeczeństwem i nieźle przygotowaną armią.Moskwa drastycznie nie doszacowała przemian, jakie zaszły w Ukrainie po 2014 roku. Rewolucja godności, aneksja Krymu i wojna w Donbasie wzmocniły tożsamość narodową, a armia nie dość, że przeszła realny chrzest bojowy, to jeszcze była szkolona przez instruktorów z NATO. W tym kontekście nie sposób też przecenić znaczenia symbolu, jakim była decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o pozostaniu w stolicy. Jego wystąpienia stały się sygnałem, że państwo funkcjonuje, a władza nie zamierza kapitulować.Rosja przeliczyła się także co do własnych możliwości. Propaganda latami budowała obraz zmodernizowanej armii, zdolnej do szybkich, precyzyjnych operacji. Tymczasem inwazja ujawniła problemy logistyczne, brak koordynacji, przestarzałą łączność i skutki wieloletniej korupcji, np. w postaci nieistniejącego sprzętu. Wielokilometrowy konwój stojący pod Kijowem stał się symbolem tych słabości i dowodem rosyjskiej kompromitacji – zamiast błyskawicznego marszu na stolicę był chaos i podatność na ukraińskie ataki.Błędna okazała się też kalkulacja polityczna. Kreml zakładał, że podzielona i uzależniona energetycznie Europa ograniczy się do symbolicznych reakcji. Stało się odwrotnie: sankcje były szerokie, dostawy broni rosły, a Niemcy dokonały strategicznego zwrotu w polityce bezpieczeństwa. NATO nie tylko się nie rozpadło, lecz zostało wzmocnione rozszerzeniem o Finlandię i Szwecję. Zamiast podzielonego Zachodu, Rosja otrzymała większą jedność. Zamiast ograniczenia obecności NATO w regionie – jej wzmocnienie. Nie sposób ocenić tego inaczej niż jako fundamentalną porażkę Kremla.Zmieniający się charakter wojny?Po nieudanym marszu na Kijów wojna przestała być operacją manewrową nastawioną na szybkie przejęcie centrów politycznych. Rosyjski blitzkrieg załamał się, a ciężar walk przeniesiono do Donbasu, gdzie konflikt przybrał formę wyniszczającego, artyleryjskiego „pełzania” opartego na masie ognia.Czytaj też: USA nie chcą Ukrainy na szczycie NATODynamika jednak nie zniknęła całkowicie. Lato i jesień 2022 roku przyniosły spektakularne ukraińskie kontrofensywy w obwodach charkowskim i chersońskim, które pokazały, że front wciąż może się załamać. Były to jednak epizody w coraz bardziej statycznym konflikcie. Od początku 2023 roku linia walk zaczęła się stabilizować, a symbolem tej fazy stała się bitwa o Bachmut – miesiącami toczone walki o zrujnowane miasto, ważniejsze politycznie i psychologicznie niż operacyjnie.Obrazy z frontu przypominały relacje z I wojny światowej: sieci okopów, zaminowane pola, artyleryjskie przygotowania trwające godzinami.Konflikt ujawnił brutalną prawdę: w Europie po zimnej wojnie zabrakło zapasów amunicji i mocy produkcyjnych. Ukraina zużywała w szczytowych momentach tysiące pocisków artyleryjskich dziennie, Rosja jeszcze więcej. Wojna stała się pojedynkiem przemysłów zbrojeniowych. Dla państw Zachodu oznaczało to konieczność szybkiego zwiększenia produkcji i redefinicji podejścia do bezpieczeństwa. Dla Rosji – przestawienie gospodarki w tryb wojenny, zwiększenie wydatków obronnych i sięgnięcie po wsparcie zewnętrzne. Pomocną dłoń do Moskwy wyciągnęły Chiny, Korea Północna i Iran.Jednym z najbardziej widocznych przełomów stało się masowe wykorzystanie bezzałogowców. Tanie drony FPV zaczęły pełnić rolę latającej amunicji precyzyjnej, zdolnej niszczyć czołgi, transportery opancerzone czy stanowiska artylerii. Obie strony szybko adaptowały się do nowych warunków – rozwijając środki walki radioelektronicznej i systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu.Wraz z nasyceniem frontu technologią – sensorami, dronami rozpoznawczymi i systemami zakłóceń – pole walki stało się bardziej „przezroczyste”. Trudniej było ukryć koncentrację wojsk, łatwiej namierzyć ruch przeciwnika, co jeszcze bardziej ograniczyło możliwości prowadzenia dużych operacji manewrowych. W efekcie front wszedł w fazę długotrwałej stagnacji – choć nie bezczynności – a każde jego przesunięcie, nawet najdrobniejsze, oznaczało ogromne straty.Czytaj też: Putin nadal sądzi, że wygra wojnę z Ukrainą. I… nie ma innego wyjściaRównolegle trwała wojna rakietowa i powietrzna. Rosja systematycznie uderzała w infrastrukturę energetyczną Ukrainy, próbując złamać odporność społeczeństwa w okresach zimowych. Ukraina odpowiadała atakami dalekiego zasięgu na rosyjskie rafinerie, składy paliw, lotniska i inne uzasadnione cele wojskowe w głębi terytorium przeciwnika. Wojna stała się specyficznym „konkursem wytrzymałości” – o to, kto dłużej utrzyma tempo produkcji, mobilizacji i wsparcia sojuszniczego.Lata, które zmieniły EuropęW lutym 2026 roku państwo ukraińskie funkcjonuje, armia walczy, a społeczeństwo – mimo zmęczenia – nie uległo załamaniu. Z drugiej strony Moskwa utrzymała kontrolę nad częścią okupowanych obszarów na wschodzie i południu Ukrainy, tworząc lądowy korytarz na Krym i wzmacniając swoją obecność nad Morzem Azowskim. To realne zdobycze terytorialne – w tym momencie niemożliwe do odzyskania – okupione jednak ogromnymi stratami ludzkimi i sprzętowymi.Pytanie brzmi: czy te zyski równoważą koszty? W wymiarze politycznym trudno mówić o sukcesie. Rosja nie podporządkowała sobie Ukrainy; nawet jeśli konflikt zakończy się zamrożeniem linii frontu, to polityczne i społeczne oddalenie Kijowa od Moskwy wydaje się trwałe.Jednym z deklarowanych celów Moskwy było powstrzymanie dalszego rozszerzania NATO i odsunięcie infrastruktury sojuszniczej od rosyjskich granic. Efekt okazał się odwrotny, o czym już pisałem, warto wszak dodać, że przystąpienie Finlandii do Sojuszu wydłużyło granicę rosyjsko-natowską o ponad tysiąc kilometrów. Ponadto na wschodniej flance wzmocniono obecność wojskową, zwiększono liczbę ćwiczeń i rozbudowano plany obronne. Państwa europejskie zaczęły podnosić wydatki na obronność do poziomów niewidzianych od dekad. W wielu stolicach wojna stała się argumentem za odbudową przemysłów zbrojeniowych i zwiększeniem zdolności odstraszania – ten aspekt również przesądza o strategicznej porażce Kremla.Rosyjska gospodarka nie załamała się pod ciężarem sankcji, jak przewidywali niektórzy analitycy w 2022 roku, ponieważ dochody z eksportu surowców, wsparcie państw spoza zachodniego kręgu sankcyjnego oraz ścisła kontrola państwa nad kluczowymi sektorami pozwoliły utrzymać stabilność makroekonomiczną. Stabilność ta została jednak osiągnięta kosztem głębokiej przebudowy priorytetów budżetowych – coraz większa część środków trafia na obronność, a inwestycje cywilne schodzą na dalszy plan. W efekcie gospodarka staje się mniej zrównoważona, a emigracja wykwalifikowanej kadry, ograniczony dostęp do technologii i długofalowa izolacja od rynków zachodnich stopniowo podkopują jej potencjał rozwojowy. Aby utrzymać stabilność w takich warunkach, państwo coraz silniej opiera się na wydatkach wojskowych, kontroli i mobilizacji. W ten sposób utrwala się model zmilitaryzowany – bardziej odporny na krótkoterminowe wstrząsy, lecz mniej zdolny do dynamicznego wzrostu. Problem w tym, że skoro stabilność polityczna została zbudowana wokół logiki wojny, zakończenie „spec-operacji” może okazać się dla Kremla równie ryzykowne, jak jej przedłużanie.A to oznacza, że wojna może jeszcze długo trwać…CZYTAJ TEŻ: Na Kremlu nie będą zadowoleni. Symboliczna decyzja Estonii w rocznicę wojny