RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Salaput” skazany na 15 lat więzienia

1
Andrzej P. po jednym z kolejnych zatrzymań przez policję (fot. policja)

Na 15 lat więzienia skazał warszawski sąd Andrzeja P. ps. Salaput, bossa gangu markowskiego. Gangstera uznano za winnego ściągania haraczu od przydrożnych prostytutek, handlu narkotykami, paserstwa maszynek do golenia i zapalniczek oraz kierowania gangiem. Wyrok zaskoczył nawet prokuratora, który żądał dla „Salaputa” znacznie niższej kary.

Markowscy gangsterzy za wszelką cenę chcieli nie dopuścić do wydania wyroku w sprawie działań bandy i głośnej strzelaniny w Markach w 2009 r., w czasie, której zginął jeden z przestępców. A to przed wygłoszeniem mowy końcowej zasłabł jeden podsądnych, to znów inny chciał wyłączyć prokuratora. Wcześniej przestępcy próbowali zmienić skład sędziowski. Najwyraźniej czuli, że wyrok może być dla nich nie lada zaskoczeniem. I tak się stało.

Sąd zaskoczył wszystkich. Zarówno prokuraturę jak i oskarżonych. I tak skazując Wojciecha Sz. ps. Komandos oskarżonego o usiłowanie zabójstwa w czasie strzelaniny w Markach, sąd uznał, że zdarzenie to należy zakwalifikować jako udział w bójce z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jakim była broń palna. Wszystko dlatego, że główny świadek oskarżenia, który ochoczo zeznawał w czasie śledztwa, przed sądem odwołał swojej słowa, twierdząc, że został pobity przez przesłuchujących go policjantów i dlatego obciążył kompanów. Sąd jednak uznał, że ma wątpliwości, co do zamiaru zabójstwa, ale za wiarygodny uznał udział „Komandosa” w ataku na konkurentów. I skazał gangstera na 15 lat więzienia.

Jeszcze bardziej zaskoczony był Andrzej P. ps. Salaput, gdy usłyszał, jakie rozstrzygnięcie przygotował sąd w jego sprawie. Prokuratorom z warszawskiej apelacji udało się oskarżyć tego osławionego bohatera kronik kryminalnych o kilka przestępstw. Część zarzutów dotyczyło haraczowania prostytutek pracujących na trasie z Marek do Zegrza. Kobiety musiały płacić 20 zł dziennie w sezonie jesień-zima 2008/09. Od innych „pań” bandyci ściągali 500 zł haraczu tygodniowo. Zdaniem śledczych „Salaput” miał zarobić na tym procederze nawet 170 tys. zł. Gangster odpowiadał także za kierowanie gangiem markowskim. W procederze tym, zdaniem prokuratorów, nie przeszkadzał mu nawet pobyt w więzieniu w latach 2005-2007. „Salaput” odpowiadał także za paserstwo  zapalniczek i maszynek do golenia, ukradzionych z jednego z transportów.

Andrzej P. to bardzo barwna postać stołecznego półświatka. Pierwsze notowania zaliczył, gdy miał 13 lat. Potem błyskawicznie robił karierę w przestępczym fachu. W połowie lat 90., nie wrócił do więzienia z przepustki i przez ponad rok ukrywał się, co nie przeszkadzało mu jednak walczyć z gangiem Henryka Niewiadomskiego ps. Dziad. Poszło o kompana P. – Andrzeja Cz. ps. Kikir, na którego ludzie „Dziada” dokonali nieudanego zamachu. Wcześniej „Salaput” został uprowadzony przez gang pruszkowski. „Pruszkowiacy” chcieli rzekomo, aby wskazał miejsce ukrycia „Dziada”. Aby zmusić „Salaputa” do mówienia przypalali mu stopy w ognisku. Nie wiedzieli, że obaj gangsterzy pałają do siebie serdeczną nienawiścią.

„Salaput” wyszedł z więzienia w czerwcu 2004 r. i – zdaniem policji – zaczął odtwarzać grupę markowską. Jego banda specjalizowała się w wymuszaniu haraczy od podwarszawskich przedsiębiorców. Opornym podpalono firmy lub domy. Pod koniec 2004 r. w Markach, Radzyminie czy Sulejówku doszło do 12 takich podpaleń. Gang nie stronił także od porwań. Rodzina jednej z ofiar musiała zapłacić 100 tys. dolarów. W styczniu 2005 r. „Salaput” został zatrzymany przez policję, a następnie oskarżony o wymuszanie haraczy i handel narkotykami. W listopadzie 2006 roku boss został postrzelony w rękę. Niedługo potem znowu trafił za kraty. Po krótkiej odsiadce, wyszedł na wolność, by w kwietniu 2009 r. ponownie wrócić za więzienne mury.

Kres grupy markowskiej miał miejsce po strzelaninie przed cmentarzem w Markach w marcu 2009 r. Gang markowski zdecydował się przejąć tirówki stojące w okolicach stolicy. „Opiekę” nad prostytutkami sprawowali najpierw gangsterzy z Mokotowa, a później z grupy „Szkatuły”. Bandyci z obu grup umówili się na spotkanie 18 marca w okolicach cmentarza w Markach. Kilka godzin przed spotkaniem, czterech markowskich gangsterów wzięło broń z meliny i postanowiło urządzić zasadzkę na konkurentów. Założyli kominiarki i schowali się w krzakach przed cmentarzem. Jak zeznawał jeden ze świadków, mieli zaatakować, gdy w pobliże auta ich kompanów podjadą samochody z konkurentami. Najpierw przyjechało audi z czterema członkami gangu markowskiego.

Bitwa pod cmentarzem rozegrała się w dwóch aktach. W pierwszym bandyci z Marek ostrzelali konkurentów. Cudem żaden z ośmiu „gości” nie został ranny. „Warszawiacy” uciekli. „Markowscy” siedzieli na terenie cmentarza i sprawdzali broń, przed drugą turą walki i nagle doszło do tragedii. Jeden z gangsterów postrzelił kompana w plecy. W tym momencie pod cmentarz podjechało ok. 15 samochodów z uzbrojonymi „Szkatułowcami”. Padły kolejne strzały, ale gang markowski zajęty był ewakuacją rannego kompana, którego podrzucili do szpitala przy ul. Szaserów. Na ratunek było już jednak za późno.

Wyrok nie jest prawomocny. Oskarżeni już zapowiedzieli apelację.

Zobacz więcej