Przegląd tygodnia. Przed minionym weekendem dowiedzieliśmy się, że dwoje obywateli Polski otrzymało azyl na Węgrzech i natychmiast pojawiły się spekulacje, że chodzi o Zbigniewa Ziobrę i jego żonę. W poniedziałek rano były minister sprawiedliwości i były prokurator generalny potwierdził te doniesienia w długim wpisie opublikowanym na portalu X. Oświadczył, że wybrał „walkę z politycznym bandytyzmem i bezprawiem” oraz że stawia opór „postępującej dyktaturze” w imię zasad, którymi (jak podkreślał) zawsze się kierował. Uznał się za ofiarę osobistej zemsty Donalda Tuska i jego środowiska, zapowiadając pozostanie za granicą do czasu przywrócenia w Polsce gwarancji praworządności. „Tak dziś rozumiem swój publiczny obowiązek” – pisał. Ziobro zapewniał jednocześnie, że nie zamierza zrzec się mandatu poselskiego i nadal będzie pełnił swoją funkcję, tyle że z Węgier. Tłumaczył też, że wystąpił o objęcie międzynarodową ochroną również swojej żony, by – jak to ujął – nie dopuścić do pozbawienia dzieci opieki matki i uczynienia z niej „ofiary zastępczej psychopatycznej zemsty Donalda Tuska”. Problem w tym, że wobec Patrycji Koteckiej nie toczy się żadne postępowanie i nie grozi jej areszt.Oficjalnie politycy Prawa i Sprawiedliwości błyskawicznie podchwycili narrację o „reżimie” i „kryptodyktaturze” Donalda Tuska, powielając ją na platformach społecznościowych oraz w wystąpieniach radiowych i telewizyjnych. Nieoficjalnie jednak wyglądało to znacznie mniej spójnie. Przynajmniej część polityków PiS nie była uprzedzona o poniedziałkowym komunikacie Ziobry i w pośpiechu konsultowała się telefonicznie i SMS-owo, ustalając, co właściwie mówić w tej sprawie. Trudno uznać to za szczególnie koleżeńskie zagranie ze strony byłego ministra.Już kilka tygodni wcześniej prominentny polityk PiS Ryszard Terlecki, zapytany przez Justynę Dobrosz-Oracz, z charakterystyczną ostatnio dla siebie szczerością przyznał, że sprawa Zbigniewa Ziobry „topi” Prawo i Sprawiedliwość. Kilkanaście godzin po informacji o azylu kolejni politycy PiS, w tym Mateusz Morawiecki, zaczęli publicznie deklarować, że oni sami z Polski by nie wyjechali. Trudno nie odczytać tego jako lekko zawoalowanej krytyki decyzji Ziobry, zwłaszcza że sondaże publikowane jeszcze przed świętami jasno pokazywały: zdecydowana większość Polaków uważa, że Zbigniew Ziobro powinien stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości.Sprawa pozostaje rozwojowa. Węgry, gdzie Ziobro znalazł bezpieczną przystań, są w Unii Europejskiej krajem najbardziej przychylnym Rosji, a rządy Viktora Orbána regularnie spotykają się z krytyką międzynarodowych instytucji. Za kilka miesięcy odbędą się tam wybory, po których – jak wskazują sondaże – Orban nie ma już gwarancji utrzymania władzy. Jeśli przegra, a rządy przejmie obecna opozycja, los politycznych azylantów może się znacząco skomplikować. Tym bardziej że węgierska opozycja już dziś ostro krytykuje decyzje o udzielaniu azylów politycznych.Czytaj też: Ziobro pozbawiony pensji. „Spektakularna ekscytacja bumelką”***Sprawa Zbigniewa Ziobry skutecznie przykryła temat, który miał być w poniedziałek numerem jeden w polskiej polityce: drugą turę wyborów na przewodniczącego (a właściwie przewodniczącą) Polski 2050. Wiemy już bowiem, że do decydującego starcia weszły dwie kandydatki: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra funduszy i polityki regionalnej, oraz Paulina Hennig-Kloska, ministra klimatu i środowiska. To one uzyskały najwięcej głosów w sobotniej pierwszej turze.Głosowanie odbywało się drogą elektroniczną, a tuż po godz. 22 członkowie partii mieli poznać nazwisko nowej liderki. Zamiast tego głosowanie zostało anulowane z powodu problemów technicznych, system przestał działać, a w oficjalnym oświadczeniu Polski 2050 mowa jest o możliwej ingerencji zewnętrznej, część polityków partii mówi wprost o ataku hakerskim. Skala problemu robi wrażenie: przy około 800 osobach uprawnionych do głosowania system odnotował ponad 20 tysięcy prób oddania głosu.Co dalej z wyborami w Polsce 2050? W piątek 16 stycznia wciąż tego nie wiadomo. To tego dnia Rada Krajowa partii miała zdecydować, czy powtórzona zostanie druga tura, czy całe wybory. Ten drugi scenariusz otwiera drzwi do powrotu Szymona Hołowni. Dotychczasowy przewodniczący (którego nazwisko wciąż widnieje w oficjalnej nazwie ugrupowania) nie wyklucza ponownego startu. Pytany przez dziennikarzy, odpowiada, że decyzji jeszcze nie podjął, ale zrobi to, co będzie dobre dla partii.Nie wszystkim jednak ten pomysł się podoba. Trudno też nie odnieść wrażenia, że cała sytuacja ma w sobie coś absurdalnego i jednocześnie ośmieszającego dla ugrupowania, które aspiruje do miana nowoczesnej i sprawnej siły politycznej. Polska 2050 ma dziś w Sejmie 31 posłów i jest istotnym elementem koalicji rządzącej, jednocześnie sondaże dają jej około półtora procenta poparcia.Czytaj też: Polska inwestuje w obronność. „Chronimy także Europę”***Prezydent Karol Nawrocki wziął udział w pielgrzymce kibiców na Jasną Górę. Wiemy, że środowisko kibicowskie jest bliskie sercu obecnego prezydenta i nie ma w tym niczego niewłaściwego. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy wydarzenie religijne zaczyna przypominać trybunę stadionową. Podczas spotkania dało się słyszeć głośne okrzyki w rodzaju „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, a także inne, dobrze znane przyśpiewki. Trudno więc nie postawić pytania, czy Jasna Góra jest właściwym miejscem dla tego typu manifestacji. Zresztą dość szybko po wydarzeniu pojawiły się głosy niektórych duchownych, którzy jasno stwierdzali, że to ani czas, ani miejsce na takie hasła.Cała sytuacja stoi też w sprzeczności z deklaracjami samego Karola Nawrockiego, który zapewniał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. Trudno przecież budować wspólnotę przy akompaniamencie agresywnych haseł kibolskich.Największe emocje wzbudziło jednak to, co działo się nieco poza oficjalnym programem pielgrzymki. Chodzi o serdeczne powitanie prezydenta z Tomaszem P., pseudonim „Dragon” – wielokrotnie karanym przywódcą gangu kiboli Jagiellonii Białystok. Wirtualna Polska przypomniała jego historię: „Dragon” czeka na wyrok drugiej instancji po tym, jak dwa lata temu został nieprawomocnie skazany na sześć lat więzienia za kierowanie gangiem, pobicia oraz propagowanie nazizmu.Służba Ochrony Państwa tłumaczy, że nie otrzymała wcześniej listy uczestników spotkania, a osoby zaproszone miały zostać wskazane w ostatniej chwili przez Kancelarię Prezydenta. Z kolei szef Kancelarii, Zbigniew Bogucki, przekonuje, że spotkanie miało charakter publiczny. Niezależnie od tych wyjaśnień, sytuacja, w której prezydent Rzeczypospolitej serdecznie wita się z osobą obciążoną tak poważnymi zarzutami, budzi niesmak.***Rosnące sondaże Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna zaczęły kusić niektórych polityków Prawa i Sprawiedliwości (głównie tych związanych z frakcją tzw. „maślarzy”), by delikatnie sugerować, że po wyborach w 2027 roku koalicja z Braunem nie byłaby całkowicie wykluczona.Tę narrację postanowił jednak uciąć prezes PiS Jarosław Kaczyński. O Grzegorzu Braunie powiedział wprost, że jest to polityk, który „dalece przekroczył granice nieprzekraczalne dla polityków w naszej sferze cywilizacyjnej”. Kaczyński zasugerował również, że ewentualna koalicja z Braunem mogłaby fatalnie wpłynąć na relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi, jednym z naszych kluczowych sojuszników, a według części prawicowego środowiska wręcz jedynym realnym gwarantem bezpieczeństwa.Tyle że historia uczy ostrożności wobec podobnych deklaracji. Wystarczy przypomnieć sobie, co Jarosław Kaczyński mówił przed 2006 rokiem o Andrzeju Lepperze. Jak się to skończyło, wszyscy pamiętamy: rządem PiS–Samoobrona–LPR. Dlatego trudno nie mieć wątpliwości, czy po 2027 roku, gdyby to właśnie partia Grzegorza Brauna okazała się kluczem do powrotu PiS do władzy, podobne deklaracje pozostałyby w mocy. Mam wrażenie, że argumenty by się znalazły. Oczywiście dla dobra Polski.***Według informacji Daily Mail Donald Trump miał polecić amerykańskim dowódcom przygotowanie planu dotyczącego inwazji na Grenlandię. W ocenie prezydenta Stanów Zjednoczonych taki ruch miałby być uzasadniony koniecznością obrony USA przed zagrożeniem ze strony Rosji i Chin.Zarówno premierka Danii, jak i europejscy przywódcy wykluczają scenariusz, w którym Grenlandia znalazłaby się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. W ubiegłym tygodniu opublikowano wspólne stanowisko europejskich liderów, w którym podkreślono, że jedynymi podmiotami uprawnionymi do podejmowania decyzji w sprawach Grenlandii są jej mieszkańcy oraz Królestwo Danii.Gdyby Donald Trump zdecydował się na jakikolwiek ruch wbrew Europie, byłby to potężny cios w spójność NATO. A to właśnie Sojusz Północnoatlantycki pozostaje naszym kluczowym gwarantem bezpieczeństwa i sprawia, że mimo wojny toczącej się tuż za naszą wschodnią granicą, możemy wciąż spać dość spokojnie. Pozostaje pytanie, czy także w tym przypadku wśród polskich wyznawców ruchu MAGA znaleźliby się obrońcy tłumaczący, dlaczego taki krok Donalda Trumpa jest uzasadniony i konieczny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.Czytaj też: Islandia z obawą zerka na Grenlandię. Twardy argument za wejściem do Unii