„Myślę, że interesują nas te same gwiazdy”. Kiedy USA postanowiły po II wojnie światowej „przygarnąć” cennych niemieckich naukowców, prezydent Harry Truman obiecywał, że do Stanów Zjednoczonych nie wjedzie żaden aktywny nazista. Operacja „Spinacz” (ang. „Paperclip”) pokazała jednak, że dla dużych zysków czasem przymyka się oko nawet na okrutną historię. Wiosną 1945 roku, gdy w Europie było jeszcze słychać ostatnie wojenne wystrzały, amerykańskie oddziały dotarły do Peenemünde, czyli centrum niemieckiego programu rakietowego. W wielkich halach leżały porozrzucane plany, części rozmontowanych prototypów i pozostałości tego, co miało być „cudowną bronią” Hitlera. Na miejscu nie było już za to większości inżynierów. Zdążyli uciec kilka dni wcześniej, ale nie przed Amerykanami, lecz przed Armią Czerwoną.Ludzie, którzy jeszcze niedawno projektowali pociski uderzające w Londyn, teraz na wszelkie sposoby próbowali ocalić własne życie. A najlepiej spróbować do tego zrobić użytek ze swojego talentu po stronie kogoś innego niż przegrani. Tak zaczęła się operacja, która zmieniła później historię zimnej wojny: „Spinacz”. Kiedy skończyła się wojna, zaczęło się „polowanie” Niemcy skapitulowały, a Zachód i Wschód błyskawicznie rozpoczęły nowy wyścig. Tym razem jednak nie chodziło o terytorium. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki doskonale wiedziały, że potęga przyszłości rodzi się nie w okopach, lecz w laboratoriach. Tymczasem największe zbrojeniowe centrum badawcze w Europie właśnie przestało istnieć.Słowo „rakieta” coraz częściej pojawiało się w raportach amerykańskiego wywiadu. W Berlinie krążyły plotki o inżynierach z Peenemünde, którzy zamierzają się poddać. Jednym z nich był Wernher von Braun. Podpis tego 33-letniego konstruktora, członka NSDAP i SS, widniał pod każdym projektem rakiety V-2.Do Von Brauna dotarło, że wojna dla Niemiec jest skończona, ale jego kariera dopiero się zaczyna. Wraz z kilkunastoma współpracownikami zniszczył dokumenty, które mogłyby obciążyć ich podczas procesu, spakował plany techniczne i ruszył na południe. Konstruktorzy liczyli na to, że w razie czego trafią w ręce Amerykanów, ale nie Rosjan.Kilka dni później, gdy konwój ich ciężarówek został zbombardowany, von Braun został ranny. Kiedy – ze złamaną i zabandażowaną ręką – stanął przed oficerem wywiadu USA, wypowiedział zdanie, które przeszło do historii: „Myślę, że interesują nas te same gwiazdy”.Z Peenemünde prosto do White SandsVon Braun został przewieziony do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Tam zaczęło się przesłuchiwanie, które bardziej przypominało rozmowę kwalifikacyjną niż śledztwo. Amerykanie dobrze wiedzieli, kim jest pojmany. Mieli świadomość, że to on stoi za bronią, która zabiła tysiące cywilów w Londynie oraz Antwerpii. Rozumieli też, że jego wiedza może dać im coś, czego nikt inny nie ma: technologię sięgającą kosmosu.CZYTAJ TEŻ: „Twierdza Ukraina” to nie fanaberia, a konieczność. Także z perspektywy PolskiWkrótce ruszył plan „Overcast”, który później przemianowano na „Operation Paperclip”, czyli „Spinacz”. Oficjalnie chodziło o „zabezpieczenie niemieckiego potencjału naukowego”, ale w praktyce chodziło po prostu o ściągnięcie niemieckich naukowców do USA, zanim zrobią to Rosjanie.W dokumentach programu pojawiło się ponad 1,6 tys. nazwisk inżynierów, lekarzy, chemików, fizyków, ekspertów od broni i lotnictwa. Większość miała mniej lub bardziej problematyczne życiorysy. Niektórzy byli wysokimi oficerami SS, inni jeszcze niedawno przeprowadzali eksperymenty na więźniach.Harry Truman zatwierdził program w 1946 roku, z zastrzeżeniem, że „żaden aktywny nazista nie zostanie sprowadzony do Stanów Zjednoczonych”. Ta obietnica pozostała jednak tylko na papierze. Agenci JIOA – specjalnej jednostki, która koordynowała projekt – uporali się z problemem w inny sposób: zaczęli zmieniać życiorysy. Z akt Niemców zniknęły zdjęcia w mundurach SS, za to pojawiały się stwierdzenia typu „członek partii z przyczyn zawodowych”. Historycy pisali później o „największej amerykańska amnezji XX wieku”.„My byliśmy tylko naukowcami”W Peenemünde, w północno-zachodniej części wyspy Uznam, von Braun i jego zespół stworzyli V-2, słynną rakietę, która wznosiła się na 90 kilometrów, osiągała prędkość 5 tysięcy kilometrów na godzinę i zabijała tysiące ludzi, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył usłyszeć, że nadlatuje. V-2 była inżynieryjnym i wojskowym arcydziełem, ale przy okazji moralnym koszmarem – nie tylko z powodu skutków działania. Kiedy produkcję sprzętu przeniesiono do podziemnej fabryki Mittelwerk koło Nordhausen w Turyngii, w jej tunelach pracowało ponad 20 tys. więźniów pobliskiego obozu koncentracyjnego Dora-Mittelbau. Warunki były nieludzkie: brud, głód, egzekucje. Śmierć uznawano tam jednak za część procesu technologicznego i koszt, z jakim należy się liczyć dla „wyższego celu”.Von Braun odwiedzał fabrykę kilkukrotnie. Po wojnie przekonywał jednak, że „nie wiedział o zbrodniach” i że jego zadaniem było „projektowanie, nie polityka”. Ten sam argument powtórzyło potem wielu jego kolegów: – My byliśmy tylko naukowcami – mówili. Amerykanom ten argument w zupełności wystarczył, tym bardziej że nie było miejsca na dylematy moralne. W końcu zaczynała się nowa rozgrywka, czyli zimna wojna. Nowe laboratoria, stare sumieniaPod koniec 1946 roku pierwsi niemieccy naukowcy wylądowali w USA. Ulokowano ich w Fort Bliss w Teksasie, potem przeniesiono do White Sands Proving Ground w Nowym Meksyku. Na pustyni, w otoczeniu amerykańskich żołnierzy, Niemcy testowali zrekonstruowane V-2 i uczyli Amerykanów, jak budować rakiety.CZYTAJ TEŻ: „Dziś widzę wielką Warszawę”. Ostatnie chwile walczącej stolicyByło w tym coś groteskowego z jednej, a oburzającego z drugiej strony: dawni oficerowie SS mieszkali w wojskowych barakach, odbierali amerykańskie pensje i wysyłali dzieci do szkół na południu Stanów. Oficjalnie byli „gośćmi rządu”, a nieoficjalnie – pracownikami nowego imperium.Czas jednak płynął, a społeczne opory topniały. Zimna wojna wymagała przecież pragmatyzmu, a wojsko potrzebowało ludzi, którzy umieli budować rakiety. Von Braun był właśnie takim człowiekiem. W 1950 roku został przeniesiony do Huntsville w Alabamie, gdzie kierował pracami nad rakietami Redstone i Jupiter. Dwadzieścia lat później jego dzieło – Saturn V – wyniosło ludzi na Księżyc.„Ameryka ma swoją rakietę. I swojego niemieckiego geniusza” – zachwycał się w 1958 roku „Life Magazine”. W tamtym czasie niewiele osób chciało pamiętać, skąd ten geniusz przyjechał. Von Braun występował w telewizji, współpracował z Walt Disney Productions, opowiadał Amerykanom o podróżach międzyplanetarnych. Stał się swego rodzaju naukowym celebrytą. Jednak w archiwach Departamentu Sprawiedliwości cały czas leżały akta z zeznaniami więźniów z Mittelbau-Dora, którzy wspominali egzekucje i przymusową pracę przy montażu rakiet. Dokumenty te przez lata pozostawały tajne. Nic dziwnego, skoro były dowodem na kłopotliwy kompromis, na jaki poszła Ameryka. Z potępianych nazistów w uwielbianych naukowców Kiedy w 1949 roku prezydent Truman mówił o „moralnym przywództwie wolnego świata”, w Fort Bliss cały czas działała niemiecka enklawa. Naukowcy, którzy jeszcze kilka lat wcześniej podpisywali dokumenty SS, teraz grali w golfa z oficerami amerykańskiej armii. Zimą z Europy przyjeżdżały do nich żony, a dzieci uczyły się angielskiego, żeby szybciej wtopiły się w nowy kraj.Wernher von Braun, najbardziej znany spośród sprowadzonych naukowców, czuł się już w USA jak ryba w wodzie. Pisał artykuły do popularnych magazynów, prowadził wykłady o „człowieku przyszłości” i opowiadał o bazach na Marsie. Mówił płynnym, choć twardym angielskim, jednak jego niemiecki akcent okazał się częścią wizerunku, który wiele osób uznawało za „uroczy”. Pod tym amerykańskim entuzjazmem krył się największy moralny paradoks tamtych czasów: kraj, który wygrał wojnę z nazizmem, właśnie budował swoją potęgę na jego technologicznym dziedzictwie i z udziałem ludzi, których jeszcze niedawno potępiał.Można zapomnieć o czyjejś przeszłości, jeśli usprawiedliwia to przyszłośćW 1950 roku von Braun i jego zespół trafili do wspomnianego Huntsville. Miejsce było dawną bazą wojskową na południu kraju. Nic niezwykłego, po prostu tam znalazła się akurat wolna przestrzeń, jednak wkrótce baza zamieniła się w coś, co nazywano „Rocket City”. To właśnie tam powstała rakieta Redstone, a potem Jupiter-C, która wyniosła pierwszego amerykańskiego satelitę na orbitę.CZYTAJ TEŻ: Mołdawia ma dość Rosji. „Putin to kolejny Hitler”Von Braun stał się niezaprzeczalną gwiazdą. W 1952 roku magazyn „Collier’s” zamieścił jego futurystyczny esej o podróży na Księżyc. Dwa lata później Walt Disney zaprosił Niemca do współpracy przy cyklu programów „Man in Space”. W każdym odcinku uśmiechnięty konstruktor z entuzjazmem opowiadał Amerykanom, jak wygląda start rakiety i w jaki sposób człowiek może funkcjonować w próżni kosmicznej.Telewizja go pokochała, widzowie zresztą też. Widzieli na ekranie sympatycznego naukowca, nie oficera SS z przeszłością w zakładach Mittelwerk, w których umierali ludzie.Gdy „The New York Times” pisał w 1955 roku, że „von Braun łączy niemiecką precyzję z amerykańskim optymizmem”, nikt już nie pamiętał, iż dekadę wcześniej ta „precyzja” oznaczała budowanie rakiet spadających na cywilów. Amerykanie zwyczajnie uznali, że przeszłość można zapomnieć, jeżeli tylko przyszłość zapowiada się obiecująco.Kiedy Armstrong stanął na Księżycu, on odbierał gratulacje Von Braun nie był jedynym Niemcem, który w ramach operacji „Spinacz” przeszedł moralne oczyszczenie. Do USA w podobny sposób trafił także Arthur Rudolph, inżynier odpowiedzialny za produkcję rakiet V-2 w obozie Dora-Mittelbau. To właśnie on nadzorował pracę więźniów, a po wojnie Amerykanie uznali go za „niezastąpionego specjalistę”.W „Rocket City” Rudolph pracował ramię w ramię z von Braunem. W latach 60. kierował programem Saturn V, który wyniósł misję Apollo na Księżyc. W 1969 roku, kiedy Neil Armstrong wypowiadał słynne słowa o „małym kroku dla człowieka…”, Arthur Rudolph był wśród osób, które odbierały gratulacje z Białego Domu.Dopiero czternaście lat później, w 1983 roku, śledztwo amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości ujawniło przeszłość Niemca. W obliczu procesu o zbrodnie wojenne inżynier zrzekł się obywatelstwa i wrócił do ojczyzny. „Zrobiliśmy, co musieliśmy” – powiedział wtedy „Los Angeles Times”. – To była wojna. Potem była inna wojna – tłumaczył się, doskonale wiedząc, że w tamtych czasach etyka przegrywała z dążeniem do postępu. „Ojciec medycyny kosmicznej” miał świadomość obozowych eksperymentów Jeszcze bardziej dwuznaczną postacią był Hubertus Strughold, lekarz Luftwaffe, który podczas II wojny światowej nadzorował eksperymenty z wysokością i ciśnieniem. Po wojnie Amerykanie zatrudnili go w bazie Wright-Patterson, gdzie kierował badaniami nad fizjologią lotów kosmicznych. Prasa nazywała go „ojcem medycyny kosmicznej”.Nazwisko Niemca znalazło się na medalach NASA, a studenci cytowali jego prace. Dopiero w latach 90. światło dzienne ujrzały dokumenty, z których wynikało, że Strughold był świadomy eksperymentów przeprowadzanych na więźniach Dachau. Tych, które pomagały ustalić, jak długo człowiek przeżyje w próżni.CZYTAJ TEŻ: Rzeź Woli. Niemiecka zagłada dzielnicy, o której zbyt długo milczanoStrughold jednak już wtedy nie żył. Jego nazwisko usunięto z nagród, chociaż nikt nie kwestionował faktu, że jego badania rzeczywiście pomogły w rozwoju lotów kosmicznych. To było w tej sytuacji najbardziej tragiczne: zbrodnie, które kosztowały życie wielu osób, po latach pozwoliły człowiekowi sięgnąć gwiazd.„Kto opanuje przestrzeń kosmiczną, opanuje przyszłość Ziemi” Amerykańska administracja przez lata tworzyła wrażenie, że program „Spinacz” był tylko „transferem wiedzy”. Sytuacja zamieniła się, kiedy w 1957roku Związek Radziecki wystrzelił Sputnika. W obawie przed „przegraną w kosmosie” przestano zadawać pytania o moralność.W senacie zaczęły się przesłuchania dotyczące „naukowej luki”. Podczas jednej z debat senator Lyndon B. Johnson stwierdził – Kto opanuje przestrzeń kosmiczną, opanuje przyszłość Ziemi. To jedno zdanie usprawiedliwiało milczenie o przeszłości.„Spinacz”, który początkowo był półtajnym przedsięwzięciem wywiadu, teraz został elementem narodowej dumy. Von Braun trafił do NASA, a jego zespół w Huntsville stał się symbolem amerykańskiego postępu. Kiedy prezydent Kennedy zapowiedział lot na Księżyc, niemieccy inżynierowie siedzieli w pierwszym rzędzie, klaszcząc. To oznaczało jedno: przeszłość przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Wizerunek, któremu nic nie było w stanie zaszkodzićKluczową rolę odegrały tu media. Artykuły w „Life”, „Time” czy „Collier’s” przedstawiały niemieckich naukowców jako wizjonerów, którzy „zostawili za sobą ciemną przeszłość”. Nikt nie pytał, co dokładnie kryło się za tą „ciemną przeszłością”. W latach 60. amerykańska opinia publiczna potrzebowała bohaterów. NASA dawała ich w zestawie z rakietami, kombinezonami i patriotycznymi przemówieniami. Kiedy w 1969 roku Neil Armstrong postawił stopę na Księżycu, nikt nie chciał słuchać o bestialstwie w obozie Mittelbau-Dora. Von Braun mówił wtedy: – Dajcie nauce wolność, a poprowadzi ludzkość ku lepszemu światu. Patriotyczne z jednej strony, ale z drugiej okrutnie ironiczne w ustach człowieka, który przez lata projektował broń masowego rażenia. Przemysł medialny, zwłaszcza w czasach zimnej wojny, zbudował jednak wokół von Brauna legendę amerykańskiego zbawcy, niemal hollywoodzką. Gdy Niemiec występował u Disneya, w koszulce NASA i z uśmiechem na ustach, publiczność widziała w nim „człowieka przyszłości”. To był majstersztyk propagandy: wystarczyło parę animacji, kilka ujęć startujących rakiet i szczere spojrzenie w kamerę, żeby cała przeszłość zniknęła. CZYTAJ TEŻ: Sportowiec, święty, poeta, generał. Słynni Nawroccy, których nie znaliścieTen mit przetrwał dekady. Dopiero w latach 80. dokumentaliści zaczęli drążyć temat. Na jaw powoli wychodziła prawda, jednak wizerunek „geniusza, który dał Ameryce Księżyc” jeszcze przez wiele lat pozostawał nienaruszony. Moralny przewodnik świata z „trupami w szafie”Wielu historyków do dziś przekonuje, że operacja „Spinacz” była nieunikniona, bo w 1945 roku Stany Zjednoczone musiały wybierać: albo Niemcy trafią do nich, albo do Moskwy. Wybór między moralnością a bezpieczeństwem wydawał się prosty. Tak było jednak tylko w teorii. W praktyce Ameryka wchłonęła część tego, z czym walczyła. I choć nie przyjęła nazistowskiej ideologii, przejęła coś z jej chłodnego pragmatyzmu.Von Braun dostał obywatelstwo USA w 1955 roku. W 1970 toku został dyrektorem Centrum Lotów Kosmicznych im. Marshalla w NASA. W 1972 roku otrzymał natomiast najwyższe odznaczenie cywilne, czyli Medal za Wybitną Służbę Publiczną. W latach 70. niektórzy amerykańscy dziennikarze zaczęli się głośno zastanawiać, czy można zbudować moralne imperium na nie do końca uczciwych fundamentach. Odpowiedzi jednak nie padały. Państwo, które lubiło myśleć o sobie jako o moralnym przewodniku świata, miało teraz w gabinetach ludzi, których przeszłość przeczyła tej narracji. Zamiast rozliczeń wybrano milczenie w imię postępu. W pewnym sensie, mimo ujawnienia prawdy, trwa ono do dziś: w muzeach kosmicznych nazwisko von Brauna pojawia się częściej niż Rudolpha czy Strugholda. Historia woli przecież pamiętać zwycięzców. Kiedy świat świętował triumf misji Apollo, Wernher von Braun był już bowiem symbolem amerykańskiego sukcesu. W Białym Domu uśmiechał się do prezydenta Nixona, w Huntsville wznoszono mu pomniki. Na starych zdjęciach z Mittelwerk jego twarz rozmyto, żeby nie można było rozpoznać nowego bohatera USA. Historia jednak nie zapomina, do tego nie zawsze okazuje się lojalna wobec swoich ulubieńców.Odkrycie archiwalnych dokumentów wywołało szok W 1977 roku dziennikarze „The New York Times” dotarli do raportów, które przez trzy dekady leżały w sejfach resortu obrony. Z dokumentów wynikało jednoznacznie, że wielu naukowców sprowadzonych w ramach programu „Spinacz” było aktywnymi członkami NSDAP i SS. Niektórzy mieli bezpośredni udział w eksperymentach na więźniach, inni kierowali obozami pracy przymusowej.Artykuł wywołał szok, chociaż raczej krótkotrwały. W czasach, gdy Stany Zjednoczone miały większe problemy, bo próbowały otrząsnąć się po Wietnamie i Watergate, przeszłość z lat 40. wydawała się historią z innego świata. Tamto odkrycie okazało się jednak początkiem fali. W 1985 roku Departament Sprawiedliwości utworzył Office of Special Investigations (OSI), który miał ścigać zbrodniarzy wojennych żyjących w USA. Jednym z pierwszych, którzy trafili pod lupę, okazał się Arthur Rudolph.CZYTAJ TEŻ: Tych miejsc boją się najgorsi przestępcy. Najsłynniejsze więzienia świataNiemiec nie zaprzeczał, że pracował w Mittelbau-Dora. Zaprzeczał jedynie, że „miał wybór”. – Byłem tylko inżynierem – powtarzał. Biografie zaczęły odsłaniać prawdę o bohaterachAmerykańskie społeczeństwo, przyzwyczajone do prostych narracji, nie potrafiło później pogodzić dwóch obrazów: bohatera, który pomógł wygrać wyścig kosmiczny i człowieka, który kiedyś służył zbrodniczemu systemowi.Dla wielu Wernher von Braun był – bez wielkiej przesady – tym, kim Einstein dla wcześniejszej epoki, czyli uosobieniem naukowego geniuszu. Różnica polegała na tym, że Einstein uciekł przed nazizmem, a von Braun z niego wyrósł.Kiedy w latach 80. ukazywały się pierwsze poważne biografie „naukowców z importu”, na przykład autorstwa Michaela Neufelda, idealny wizerunek von Brauna zaczynał upadać. Autorzy nie mieli już skrupułów, żeby pisać o jego przynależności do SS, obecności w tunelach obozu Dora czy ignorowaniu ludzkiego cierpienia. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wiele osób nadal wolało wersję historii niczym z bajek Disneya.W filmach dokumentalnych NASA wciąż przedstawiano von Brauna jako człowieka, który „poświęcił życie, żeby dotknąć gwiazd”. To był mit potrzebny Ameryce, do tego bardzo wygodny, bo przecież każda potęga potrzebuje swoich założycieli. Nawet jeśli ci założyciele nosili kiedyś nazistowskie mundury. „Wartościowi dla amerykańskich badań” W latach 90., gdy zimna wojna już się skończyła, ujawniano coraz więcej dokumentów. W archiwach pojawiły się raporty CIA i JIOA pokazujące, że amerykańskie władze celowo tuszowały przeszłość wielu naukowców. Nie chodziło zresztą tylko o von Brauna, który stał się najbardziej znaną postacią operacji.Do USA w ramach programu sprowadzono m.in. Kurta Blome’a – lekarza SS, który eksperymentował z bronią biologiczną, Waltera Schreitera – eksperta od pocisków V-1 i Hansa Kammlera – wysokiego oficera odpowiedzialnego za budowę obozów koncentracyjnych. Ten ostatni zniknął zresztą w tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie z pomocą amerykańskiego wywiadu.Wszyscy oni byli określani jako „wartościowi dla badań”. Słowo „wartościowi” pojawiało się w raportach dziesiątki razy.CZYTAJ TEŻ: Wczasy w „1670” a rzeczywistość. Jak naprawdę wypoczywali sarmaci?Legenda von Brauna zaczęła się chwiać już w 1977 roku, po jego śmierci. Jednak minęło jeszcze wiele lat, zanim jego nazwisko zaczęto stawiać obok haseł „nazistowski program rakietowy” i „praca niewolnicza”. W Huntsville, czyli mieście, które zbudował, przez lata obchodzono „Von Braun Day”. Dopiero w XXI wieku pojawiły się głosy, że pora zacząć nazywać rzeczy po imieniu. W 2019 roku lokalny historyk stwierdził w rozmowie z „The Washington Post”: – Jeśli chcemy naprawdę rozumieć historię NASA, musimy przyznać, że zaczynała się w tunelach śmierci. Nie można mieć jednego bez drugiego. Dla wielu mieszkańców to był szok. Ale też lekcja, że postęp techniczny nie wymazuje niemoralnych czynów. Pytanie aktualne do dziś. Czy cel uświęca środki? Po upadku muru berlińskiego i odtajnieniu części dokumentów zimnowojennych Ameryka stanęła przed pytaniem, którego dotąd unikała: czy cel faktycznie uświęca środki?W latach 2000. w Smithsonian Air and Space Museum zorganizowano debatę o roli niemieckich naukowców w programie kosmicznym. Dyskusja szybko przerodziła się w spór: czy rakieta Saturn V była symbolem ludzkiego geniuszu, czy moralnego kompromisu? Jedni bronili von Brauna, powtarzając, że „uratował tysiące istnień, które mogły zginąć, gdyby technologia trafiła w ręce Sowietów”. Inni odpowiadali: – Nie można mówić o ratunku, jeśli wcześniej budowało się broń, która zabijała cywilów. Historia programu „Spinacz” okazała się testem dla współczesnej etyki nauki, bo przecież pytanie nie dotyczyło już tylko lat 40., lecz teraźniejszości. Co z dronami, sztuczną inteligencją albo inżynierią genetyczną? Czy jeśli coś może zmienić świat, mamy prawo przymykać oko na to, jak powstało?Niemieccy naukowcy to dzisiaj pionierzy dla osób, które nie mają pojęcia o ich przeszłościOperacja „Spinacz” nie było jedynie epizodem zimnej wojny. Okazała się ostrzeżeniem, które brzmi dziś może nawet głośniej niż w 1945 roku. Pokazała, że nauka nie jest moralna ani niemoralna. To ludzie nadają jej kierunek. Jednak dziś wiemy, że kiedy ludzie decydują, iż liczy się wynik, a nie koszt, wszystko staje się dopuszczalne.Von Braun lubił mawiać: – Rakieta działa perfekcyjnie, tylko w złym kierunku. To miał być żart po nieudanym teście V-2. Trudno nie dostrzec tu analogii z jego sytuacją. Naukowiec perfekcyjnie pracował dla USA, tylko przeszłość miał nieidealną. Gdy dzisiaj patrzymy na rakiety SpaceX startujące z Florydy, trudno nie dostrzec pewnej ciągłości. Wiele technologicznych fundamentów współczesnej astronautyki powstało właśnie wtedy – w cieniu akcji „Spinacz”. Niektóre rozwiązania, konstrukcje silników, systemy stabilizacji to przecież dziedzictwo ludzi, którzy zaczynali od broni V-2.Nowe pokolenie inżynierów patrzy na nich jak na pionierów, często nie wiedząc, kim naprawdę byli. Ale jeśli „Spinacz” może czegoś nasz nauczyć, to tego, że postęp bez rozliczenia może szybko doprowadzić do zapomnienia o ludzkiej krzywdzie. CZYTAJ TEŻ: ZSRR jako mem, czyli sowieckie kłamstwa