RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Nigdy nie czułam się odrzucona przez TVP

f
- Dziś już nie wyobrażam sobie, bym miała wstawać o świecie i biec na dyżur… Niech młodzi się meczą - mówi Bogumiła Wander

– Dziś trzeba być chamem, żeby zwrócić na siebie uwagę i na to nie ma mojej zgody. Niechęć do takiego stylu prowadzenia programów, postępowania z gośćmi, z rozmówcami przejawia się tym, że po prostu wyłączam telewizor – mówi Bogumiła Wander, jedna z ikon TVP, odpowiadając na pytania internautów portalu tvp.info.

Zawsze zastanawiało mnie, jak w trudnych czasach, w siermiężnej PRL-owskiej rzeczywistości – spikerki zabiegały o swoje stroje?Joanna

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale pracowałyśmy w naszych prywatnych strojach. W związku z tym nie zawsze wyglądało to tak rewelacyjnie i elegancko, jak w dzisiejszych czasach, kiedy o wygląd prezenterki dba sztab stylistów.

Zdarzało się nawet, że za stroje dostawałyśmy karcące uwagi naszych scenografów, ale to były wyjątki.

Żeby zdobyć nowe ubrania trzeba było kombinować, zwłaszcza jeśli prowadziło się np. Festiwal w Sopocie. Na międzynarodowej scenie trzeba było przecież dobrze wyglądać, a kupienie czegokolwiek nowego graniczyło z cudem.

Na szczęście dość często wyjeżdżało się wtedy za granicę, czy to prywatnie, czy służbowo i to nie tylko do krajów demokracji ludowej – dzięki temu pewne elementy garderoby można było sobie przywieźć. Ale kombinowanie to najlepsze określenie tego, na co byłyśmy skazane przy organizowaniu sobie strojów.

Czy zdawałyście sobie panie sprawę z tego, że występując w tych z trudem zdobywanych żakietach, garsonkach, sukienkach – kształtowałyście w Polsce trendy? Całe pokolenia Polek chciały wyglądać tak, jak wy. Liliana

Na szczęście wtedy nie była modna ekstrawagancja, a klasyka, rzeczy mało zobowiązujące. Na ogół prezentowałyśmy się w strojach skromnych, ale dobieranych pod kątem wizyjnym. Te ubrania musiały się sprawdzić w specyficznym oświetleniu. Takie kryteria brane były przez nas pod uwagę zdecydowanie częściej, niż te dotyczące kreowania trendów.

Podobno sama robiła sobie pani nawet makijaż? Czy w tamtych czasach były specjalne kursy make-up, czy musiałyście panie same uczyć się na błędach? Wiktoria

Tu muszę coś wyjaśnić. Nasze charakteryzatorki były znakomite, szkolone w najlepszych szkołach charakteryzacji, ale ponieważ w tamtych czasach we wszystkich pięciu studiach telewizyjnych działo się bardzo dużo, nakręcane były spektakle telewizyjne, kabarety, programy rozrywkowe – charakteryzatorki miały ręce pełne roboty i to takiej bardzo wymagającej. A my nie chciałyśmy im zawracać głowy.

Poza tym oszczędzałyśmy czas. Wtedy urodził się mój syn, miałam dużo obowiązków domowych. Rano wstawałam, przeglądałam szafę pod kątem programu i tego, co mogłabym na siebie włożyć. Zabierałam rzeczy do prasowalni, gdy były wyprasowane – zanosiłam je do samochodu. Potem wracałam na górę, myłam głowę, nakręcałam włosy na wałki, suszyłam je w trakcie gotując obiad, sprzątając dom, zamawiając wycinki prasowe… Gdy nadchodził czas wyjazdu do pracy – byłam praktycznie gotowa do wejścia na wizję. Z domu zabierałam tylko szminkę i puder.

Zazdrości pani dziennikarzom, prezenterom, którzy zaczynali pracę już w dobie internetu i innych technologicznych ułatwień? Irek

Przepracowałam w telewizji kilka lat, już w tych „nowych czasach”. Wchodziłam w tę technikę razem z młodymi, też czytałam z promptera. Jeszcze kilka lat temu zdarzyło mi się nawet prowadzić Festiwal w Sopocie. To było tuż przed remontem Opery Leśnej. Razem z Krysią Loską prowadziłyśmy koncert wspomnień. I jakież było zdziwienie, gdy my – przyzwyczajone do samodzielnego przygotowywania zapowiedzi – dostałyśmy gotowe schematy.

To brało się z konieczności pilnowania czasu antenowego, wszystko musiało zostać zaplanowane ze względu na reklamy. Dla mnie to było męczące, bo o wiele bardziej wolałam liczyć na siebie i na własne sformułowania, niż na gotowe zapowiedzi. Dlatego myślę, że nie mam czego zazdrościć młodszym pokoleniom.

Przez lata cała Polska zastanawiała się, czy między panią, Krystyną Loską i Edytą Wojtczak rzeczywiście była przyjaźń? Czy może dochodziło do sporów? Karolina

Żadnych sporów między nami nie było, być może także dlatego, że zmieniałyśmy się na dyżurach. Każdy dzień podzielony był na dwa dyżury, a w święta na trzy – i my się tak naprawdę tylko mijałyśmy. Był czas jedynie na pytania w stylu „Co u ciebie słychać?”, „Co się wydarzyło?”. Dlatego mogę zapewnić, że miałyśmy bardzo dobre relacje.

Jeśli była rywalizacja, to tylko między widzami, którzy jedną z nas darzyli większą sympatią, a inną mniejszą. Ale wtedy nie było wyliczeń, słupków oglądalności, istniała tylko specjalna komórka zajmująca się telefoniczną łącznością z widzami i odbieraniem listów. Ale najczęściej w tych listach wyrażano się o nas bardzo pozytywnie, proszono o autografy.

f
f
Bogumiła Wander pracę w telewizji zaczęła mając tylko 20 lat (fot. archiwum TVP)



Czy istnieje granica wieku, limit, po przekroczeniu którego trzeba opuścić antenę? Czy każdy ma swój własny czas i po prostu musi wiedzieć, kiedy „ze sceny zejść”? Julian

To świetna piosenka Perfectu, bardzo ją lubię… Przez długie lata pracowaliśmy w telewizji, a brak zmian na antenie wiązał się z teorią, że ludzie się do nas przyzwyczaili, że z nami się starzeją, że darzą nas zaufaniem i sympatią. Byliśmy filarami nie do ruszenia i cała nasza grupa odchodziła na własne życzenie.

Najpierw odszedł Janek (Jan Suzin – przyp. red.), potem Edyta Wojtczak i Krysia (Krystyna Loska – przyp. red.), a dopiero po kolejnych 10 latach odeszłam ja. W 2000 roku podjęłam decyzję o pożegnaniu się z wizją, bo i tak zasiedziałam się w tej młodej grupie.

Wówczas zostawiłam sobie jeszcze etat w redakcji i przygotowywałam taki cykliczny program baletowy: „Życie na pointach”. Jednak po kolejnych dwóch latach postanowiłam przejść na wcześniejszą emeryturę, mogłam to zrobić, bo pracę zaczęłam jako 20-latka, wypracowałam swoje lata…

Trudno było podjąć decyzję o definitywnym rozstaniu z telewizją?Piotr

Irytowały mnie ciągłe zmiany zarządzających telewizją. Naczelni redakcji też ciągle przychodzili nowi… Kiedyś chciałam zrobić reportaż z „Operacji Żagiel”, mąż planował udział w tym przedsięwzięciu. Znałam tę imprezę od podszewki, wielokrotnie jako żona kapitana brałam w niej udział, wiedziałam, że widzowie z przyjemnością zobaczyliby, jak koronowane głowy przychodzą do portów, by podziwiać żaglowce. Ale w odpowiedzi usłyszałam, że na taki reportaż nie ma pieniędzy.

Popłynęłam jednak na „Operację Żagiel”, a noce spędzałam na pokładzie, rozmyślając. Po trzeciej takiej nieprzespanej nocy wróciłam do kajuty, mąż się obudził i wtedy powiedziałam mu: „odchodzę z telewizji”. Poprosił tylko, żebym dobrze to przemyślała…



Kiedy wróciłam do Polski – od razu pojechałam na Woronicza. Szłam z „kartką”, na której były napisane dosłownie dwa zdania. Na korytarzu spotkałam Stanisławę Ryster i ona, w charakterystyczny dla siebie sposób spytała, co niosę. Dałam jej tę kartkę do przeczytania, a ona zaskoczona tym, co zobaczyła mówi:„Czy zwariowałaś?”. Odpowiedziałam jej, że chcę odejść sama, na własne życzenie, bo gdybym została zwolniona – niesmak pozostałby do końca życia.

Szybko okazało się, że miałam rację, potem wielokrotnie byłam zapraszana w charakterze gościa do różnych programów i mogłam z tych zaproszeń korzystać, bo nigdy nie miałam uczucia, że zostałam przez TVP „odrzucona”.

Jak dzisiaj wygląda dzień Bogumiły Wander? Mikołaj

W ostatnim czasie wydarzenia w prywatnym życiu wymagały mojego zaangażowania. Zachorowała mi mama, wzięłam ją do siebie i przez rok się nią opiekowałam. Kiedy mama odeszła, zabraliśmy się za budowę domu, tworzyliśmy go od zera, to zajęło dużo czasu…

A dziś już nie wyobrażam sobie, bym miała wstawać o świecie i biec na dyżur… Niech młodzi się męczą (śmiech).

Co najbardziej lubi pani oglądać w telewizji? Ma pani swoje ulubione programy rozrywkowe, publicystyczne, czy seriale? Kamil

Pozostaję przy publicystyce. Bo jeśli chodzi o programy, które są emitowane w komercyjnych stacjach i coraz częściej pojawiają się także w TVP, bo publiczna telewizja też musi przecież walczyć o widza – to one mnie zupełnie nie interesują.

Ostatnio, z mężem, oglądaliśmy powtórki „Kabaretu Starszych Panów”, stwierdziliśmy, że w porównaniu z tym, co teraz serwowane jest widzom – to różnica klas. Teraz się bijemy o Kubę Wojewódzkiego, a przecież za dużo jest poniżania ludzi, kpienia z nich. To nie w moim stylu, to mnie w ogóle nie interesuje.

Za to bardzo dużo czytam i kupuję całą prasę, która jest do kupienia. Nawet nie przeliczam ile to kosztuje, choć w związku z kryzysem – chyba będę musiała zrewidować to szaleństwo zakupowe.

Kiedyś powiedziała pani, że Magda Mołek jest pani telewizyjną ulubienicą. A gdyby została pani poproszona o wskazanie kogoś z TVP, kto zasługuje na pochwałę, kto by to był? Karol

Nie zatrzymywałabym się tylko przy Magdzie Mołek… Paulina Chylewska z TVP znakomicie nadaje się do tego zawodu. Pamiętam ją, gdy jeszcze jako nastolatka pracowała przy programie młodzieżowym „Rower Błażeja”. Od tamtej pory dźwiga wielkie telewizyjne przedsięwzięcia i świetnie nad tym panuje.

Bardzo lubię też Beatę Chmielowską-Olech, ona daje dużo ciepła. Uśmiecham się, gdy ją widzę w „Teleexpresie”.

Czy zdarza się pani złapać za głowę, gdy docierają do pani informacje o zarobkach gwiazd? Wielokrotnie mówiła pani o tym, że kiedyś gwiazdy szklanego ekranu nie zarabiały kokosów… Wanda

Bo wtedy nasze pensje były w wysokości średniej krajowej. Ale dziś nie łapię się za głowę czytając o stawkach, bo czasy się zmieniły i skoro stacje na to stać – walczą o pracowników finansami. Kiedyś była jedna telewizja i stawki były takie same dla wszystkich. Kontrakty nie były utajniane…

Co powiedziałaby pani wnuczce, gdyby za kilka lat przyszła i oświadczyła, że chce pracować w telewizji? Róża

f
f
Przyjaciółki z ekranu - Krystyna Loska i Bogumiła Wander (fot. archiwum TVP)

Kiedyś, gdy rozmawiałam z synem na temat jego przyszłości, powiedziałam mu, że może sobie wybrać taką drogę zawodową, jaką będzie chciał, ale kategorycznie zabraniam mu pracy w telewizji. Tak rzeczywiście myślałam, bo nie chciałam mieć syna kabotyna. Czy ktoś mógłby sobie wyobrazić, że ja mam syna o usposobieniu, wyglądzie, zachowaniu Kuby Wojewódzkiego? Przecież to byłby skandal, gdybym ja coś takiego z domu wypuściła…

Dziś trzeba być chamem, żeby zwrócić na siebie uwagę i na to nie ma mojej zgody. Niechęć do takiego stylu prowadzenia programów, postępowania z gośćmi, z rozmówcami przejawia się tym, że po prostu wyłączam telewizor.

A co do mojej wnuczki – decyzja nie należy do mnie. Za jej rozwój odpowiadają rodzice i zresztą znakomicie im to wychodzi.

Jest pani żoną żeglarza, kapitana Krzysztofa Baranowskiego. Czy kiedykolwiek stała pani w oknie wypatrując męża, martwiąc się o jego los? Wojciech

Zawsze się martwię o jego los, zwłaszcza teraz, bo za dziesięć dni mój mąż popłynie tą samą trasa, którą płynął żaglowiec Rzeszowiak (Rzeszowiak po złamaniu masztu dryfował po Morzu Norweskim u wybrzeży Wysp Owczych, jeden z członków załogi zginął w wyniku wypadku – przyp. red.). Tam fale o wysokości 12 metrów są rzeczą normalną…

Popieram jego wyczyny, wspierałam go zawsze, nawet gdy mówił mi, że chce samotnie opłynąć świat. Później to ja namawiałam go na drugi samotny rejs dookoła globu. Ale wtedy jeszcze pracowałam, żyła moja mama, dałam radę wytrzymać bez męża aż 12 miesięcy.

Dzisiaj jestem na emeryturze, jestem starsza o tyle lat, mąż przecież też jest starszy, dlatego tak się denerwuję…

Czego życzyłaby pani TVP z okazji 60-lecia?

Przede wszystkim życzyłabym przetrwania, dbania o pracowników – tak, by pracowali z miłości, oddania, zawodowstwa, a nie ze strachu. Bo i tak czasem bywa.

f
f
Mężem Bogumiły Wander jest kapitan Krzysztof Baranowski (fot. TVP)