Narkotykowy koncern „Żaby” i „Chińczyka”

Jerzy W. ps. Żaba zbudował prężnie funkcjonujące przedsiębiorstwo narkotykowe. (Fot: materiały operacyjne policji)

Jedenastu członków gangu handlarzy narkotykami odpowie przed sądem za udział w przemycie i dystrybucji kilkudziesięciu kilogramów heroiny - dowiedział się portal tvp.info. Z ustaleń śledczych wynika, że działający w stolicy gang stworzył całą sieć dystrybucyjną, a narkotyki ukrywane były m.in. w magazynach zmienianych co 2-3 miesiące.

Akt oskarżenia w sprawie narkohandlarzy trafił już do sądu. Śledczy z wydziału przestępczości zorganizowanej stołecznej prokuratury apelacyjnej zakończyli właśnie jeden z ostatnich wątków dotyczących działalności tzw. gangu Żaby. Grupa kierowana przez Jerzego W. ps. Żaba, jednego z hersztów grupy pruszkowskiej w latach 2000-2005 przemyciła do Polski co najmniej kilkaset kilogramów heroiny wartej dziesiątki milionów zł. Banda handlowała także kokainą i rzadziej amfetaminą.

Oskarżenie gangsterów (dotąd zarzuty usłyszało już ponad 30 osób) było możliwe dzięki złamaniu zmowy milczenia członków bandy. Bezcenne okazały się zeznania Stanisława S., jednego z zaufanych herszta. Jego dawni kompani mają mu za złe nie tylko, że zaczął sypać, ale że sam się zgłosił do CBŚ z propozycją współpracy. Kropkę nad i postawiły zeznania, wspólnika Żaby w narkotykowych interesach - Jarosława M. ps. Chińczyk vel James. To on opowiedział śledczym jak funkcjonował mechanizm handlu narkotykami w stolicy, w której zaopatrywali się zresztą członkowie band z północnej i południowej Polski.

Z zeznań „Chińczyka”, obecnie ma status małego świadka koronnego (złagodzenie wyroku w zmian za współprace z wymiarem sprawiedliwości) jawi się obraz dobrze zorganizowanego przedsiębiorstwa. Narkotyki kupowane były w Bułgarii, gdzie ich sprzedażą zajmował się Janusz B-Sz. ps. Kaszpirowski oraz rezydent albańskiej mafii o pseudonimie „Mały”. Gangsterzy płacili za kilogram heroiny ok. 15 tys. marek a później równowartość tej sumy w euro. Po odbiór pakietów – najczęściej dwóch do pięciu kilogramów narkotyku, przyjeżdżali kurierzy wyposażeni w walizki i torby ze spajanymi skrytkami. Turyści wracali później spokojnie do Polski autobusami rejsowymi.

Przemycony towar trafiał do punktów zbiorczych. Tam ukrywano go w bezpiecznym opakowaniu np. pudełku po ciastach, dodawano trochę zwykłych zakupów i zanoszono do magazynów. – Sieć magazynów była bardzo zmyślnie zorganizowana. To były mieszkania wynajmowane na podstawione osoby na dwa lub trzy miesiące. Potem magazyn przenoszono gdzie indziej. Dla bezpieczeństwa jednorazowo w magazynie trzymano kilogram heroiny i pól kilograma kokainy. Opiekun mieszkania miał specjalny telefon, przez który składał zapotrzebowanie na brakujący towar – opowiada jeden z warszawskich śledczych.

Z akt śledztwa wynika, że gang Żaby nie narzekał na brak ruchu w interesie. – Co dwa trzy dni były dostawy do magazynu. Po pół kilograma heroiny i kokainy – zeznawał jeden ze świadków. Z kolei członek szajki dilerski twierdzi, że dzienny obrót sięgał od 50 do 90 gramów heroiny i 20 gramów kokainy, co daje w sumie ok. 20 tys. zł zarobku. W grupie był ścisły podział ról i zysków. Magazynierzy dostawali stałą pensję sięgająca 5-6 tys. zł , plus premie. Ich podwładni zarabiali 1000 zł tygodniowo. Uliczni dilerzy byli na procencie od sprzedaży. Nie mogli brać towaru od innych grup przestępczych. Niesubordynacja tak jak i nielojalność karane było pobiciem. Czasem zdarzało się, że jakiś handlarz zniknął bez śladu. Herszt grupy pobierał 20 proc zysków z operacji. Sam opłacał się zarządowi gangu pruszkowskiemu.

Przed warszawskim sądem toczy się już proces 29 członków Żaby. Sam boss nie dożył końca procesu. W kwietniu zmarł na raka. Do dziś nie wiadomo, czy sąd odda jego rodzinie kosztowności warte pół miliona euro znalezione w tajnej skrytce mafioso. Śledczy zapowiedzieli, że będą walczyć o zabranie tej fortuny. Teraz na ławach oskarżonych zasiądzie jeszcze kolejnych 11 członków gangu.

Zobacz więcej